#eg3He
Wydając mnóstwo pieniędzy na diagnozy, prywatne badania, konsultacje, usłyszałam wiele opinii; mogę umrzeć w ciągu miesiąca, trzech miesięcy, roku bądź dziesięciu lat. Oczywiście najlepiej zacząć chemię i „walczyć”. Pytanie, co to za walka? Walka o jakie życie? Spędzając przynajmniej 2-3 miesiące w szpitalu, tracąc włosy, siłę i siebie nie mam pewności, że kiedykolwiek poczuję się tak jak teraz. Nie wiem, czy chemia nie dobije mnie szybciej w moim stanie.
Nie będę się leczyć, tak jak żyje, tak i umrę. Nie mam męża, dzieci; jestem sama i umrę sama. Z rodziny nikt nie wie o mojej chorobie, nie chcę słuchać o tym, że warto się leczyć, tracić siły i umierać, próbując walczyć o lepsze życie. Wolę umrzeć bez tej męki, która nigdy nie da mi gwarancji, że będę zdrowa.
Jeśli wydaje Ci się, że w ten sposób umrzesz z godnością, to przykro mi, że nikt Ci tego nie uświadomił, ale nie ma czegoś takiego jak godna śmierć. Będziesz umierać w męczarniach z powodu własnej głupoty. Moja babcia niedawno dostała diagnozę bardzo złośliwego raka piersi, podjęła się chemioterapii, potem wycięli to, co zostało, teraz robią naświetlania profilaktycznie, bo gnojek lubi wracać w różnych miejscach. Tak, wypadły jej włosy, na moim weselu była w peruce, miewała dni mdłości (miała bardzo mocną chemię), zobaczyła też ludzi, którzy z rakiem walczą od kilkudziesięciu lat, kiedy wszyscy lekarze dawno już postawili na nich kreskę. Tacy ludzie mają zupełnie inne spojrzenie na życie, samo zobaczenie tego jest terapeutyzujące. Nie masz nic do stracenia, idź na tą chemię, bo głupio jest umierać z głupiej upartości.
Nie ma czegoś takiego jak "rak węzłów chłonnych z przerzutami". Napisane nieźle, ale na przyszłość sprawdź szczegóły, choćby w wiki, albo podpytaj znajomego lekarza.
Jestem lekarzem. Chłoniaki, zwłaszcza te agresywne, zwykle dobrze odpowiadają na chemoterapię, ale trzeba działać szybko (stąd te prognozy kilku miesięcy bez podjęcia leczenia). Jesteś młoda i jeśli nie masz poważnych chorób towarzyszących, to powinnaś dobrze tolerować chemoterapię. Trzymaj się!
Lekarz o nicku "zniczek". No dajesz promyk nadziei, nie powiem ;)
Jeśli stanowczo nie chcesz podjąć standardowego leczenia - w takim wypadku radziłabym Ci pójść w medycynę alternatywną. Ale sensowną: dobrze dobrana dieta i zioła (od doświadczonego zielarza). Normalnie nie dawałabym takiej rady, ale w sytuacji to albo nic, lepszy jest altmed. Może przez jakiś czas poczujesz się lepiej.
I dużo siły dla Ciebie.
Normalnie nie dawałabyś rady żeby jeść zdrowo (oraz nie jeść zdrowo, czyli post przerywany) ani stosować ziół od matki natury?
Czy muszę pisać taką oczywistość, że każdy powinien się zdrowo odżywiać? Chodzi mi o dietę dobraną konkretnie jako leczenie, przez człowieka, który się na tym zna. Czasami to wystarczy.
Ale na pewno nie doradzałabym przy poważnych chorobach zrezygnowania z normalnego leczenia - tutaj autorka sama podjęła taką decyzję. Mam znajomych w zawodach medycznych i słyszałam już historie o ludziach, którzy leczyli się ziółkami na poważne choroby, a potem przychodzili w takim stanie, że konieczne były poważne operacje. Są też ludzie, którzy „leczą się” u szarlatanów, ale tego nie polecam w ogóle.
Pewnie znasz też takie przypadki, gdzie poszedł pacjent z jednym problemem, dostał leki których skutki uboczne sprawiły, że leczy się teraz na trzy dolegliwości.
Znam. Ale w tej historii mamy diagnozę. Nie wzięłabym nigdy na siebie odpowiedzialności za przekonanie kogoś, że wyleczy raka ziołami, więc może zrezygnować ze standardowego leczeni. Inne, mniej poważne schorzenia - owszem. Czasem faktycznie lepiej zacząć od wzmocnienia organizmu w inny sposób, niż mocne leki.
Ja sama mam za sobą epizod leczenia silnymi lekami. Z mocnymi skutkami ubocznymi, które jedne minęły, inne pewnie nigdy nie miną. Ale mam 95% pewności, że gdyby nie te leki, to już bym nie żyła.