Wojtek to moja wielka miłość -"ten mężczyzna na całe życie". Kiedy mu o tym powiedziałam, zamknął mnie w friendzonie. Z friendzona jednak do szczęścia długa droga, wiec postanowiłam pogodzić się z jego decyzję i moim przykrym losem. Kumple, ziomki- zakodować, przyjąć i żyć dalej.
Żyłam dalej, poznałam Marka, który obecnie jest moim narzeczonym. Świetny facet, udany związek i szczęśliwa ja. I tutaj po paru latach pojawia ON!
Wojtek przyjeżdża jak gdyby nigdy nic by powiedzieć ze jednak jestem ta która kocha i o której nie może zapomnieć. "Musiał mi tylko o tym powiedzieć", "niczego nie oczekuje" "chce to z siebie wyrzucić" i "nie chce mieszać mi w życiu".
Teraz zwracam się do Was friendzonowi hipokryci. Ten "brat", ta "siostra" to nie jest wasze kółko adoracji żeby podnieć sobie samoocenę, wasza własność czy osoba do wykorzystania. Chcecie być przyjaciółmi to zachowujecie się jak przyjaciele i cieszcie się szczęściem drugiej osoby. Ale przede wszystkim bądźcie pewni co do swoich uczuć. Naprawdę nie łatwo kiedy kochasz osobę, która tego nie odwzajemnia.
To okropne uczucie, zdaje sobie sprawę ze mężczyzna którego kocham, z którym będę żyć, zakładać rodzinę, nie jest jedyny. Mam w głowie teraz tez tamta miłość, która odeszłaby w zapomnienie. Teraz tli się, ale tak naprawdę nigdy nie zapłonie wielkim płomieniem. Moje miejsce jest przy tym cudnym facecie, który śpi obok. A za to myślenie mam potworne wyrzuty sumienia...
A Ciebie Wojtek niech dotnie ogień, ale piekielny. Nu pogadi Wojtek, nu pogadi!
Kiedyś założyłam się z moim szwagrem, że w ciągu 90 minut wypiję 6 piw. No i wypiłam. Gdy dotoczyłam się do swojego pokoju, zrobiło mi się okropnie niedobrze. Myślę sobie – łazienka za daleko, ja ledwo chodzę, a ciul, wyjdę na balkon i zrobi mi się lepiej. Sytuacja potoczyła się dosyć przewidywalnie – porzygałam się i nasikałam sobie obok, bo za daleko było przecież do toalety, a kto by szedł. Dwie godziny po zdarzeniu obudził mnie wschód słońca, a ja, leżąca na wycieraczce z ogromnym bólem głowy, wróciłam do łóżka. No nic, stało się.
Rano budzi mnie krzyk mojej mamy, która od najgorszych wyzwisk przeklina wszystkie sarny, które to wtargnęły nam na podwórko w nocy, zeżarły tuje i inne roślinki, a w dodatku... obrzygały pelargonie. No masakra. Jak taka sarna mogła wejść i wyrzygać się na nasze kwiatki stojące pod balkonem?! A to leśne pasożyty mało mają w lesie liści? I jeszcze rzygają wszędzie!
Do dzisiaj nikt nie wie, że to ja obrzygałam te kwiatki, które później były do wyrzucenia.
PS W ramach podziękowania w tym roku odpimpowałam paśnik wszystkim ziomeczkom sarnom i tak dalej, coby głodne nie chodziły i więcej nie jadły nam krzaków. Fakt faktem uratowały mnie przed moją mamą, która pewnie by mnie ukamienowała.
Niech żyje natura i dzikie zwierzęta!
Wszyscy znamy seriale typu Szkoła, Szpital itd., itd. Są tam tak powtarzające się schematy, że mam zeszyt z zapisanymi wszystkimi kombinacjami. Kiedy zaczyna się taki serial i przedstawiają bohaterów, to od razu wiem kto co i z czym.
Te "seriale", takie "pienkne" :D
Nienawidzę upałów i dlatego cieszyłem się strasznie, jadąc do Kanady...
Przez dwa tygodnie mojego pobytu temperatura tylko raz spadła poniżej 30 stopni Celsjusza...
Nie cierpię wszelkich świąt, podczas których dostaje się prezenty. Z jednego powodu. Od rodziny mojego męża zawsze dostaję piękne, przemyślane prezenty. Coś, co rzeczywiście mi się przyda, a przy okazji jest ładne. Nie są drogie, w granicach do 100 zł (zależy, jaka okazja), ale zawsze się z nich bardzo cieszę. Widać, że ktoś pomyślał, zadał sobie trud, a przecież w dawaniu prezentów o to chodzi. Sama też staram się słuchać, co inni mówią i dawać prezenty, które mogą się komuś przydać, a wiem, że sam sobie ich nie kupi, bo np. żal mu trochę pieniędzy. Przy okazji są też ładne.
Moja rodzina to zupełnie inna bajka. Ja i mąż zawsze dostajemy coś „na odczepne”, np. pierdoły z Pepco, niezapakowane, z częściowo oderwanymi metkami. Zawsze jest mi przykro, jak widzę, gdy mąż dostaje laczki w nie swoim rozmiarze albo zasłonę, która nie pasuje na nasze okna. U mnie to wygląda podobnie. Uprawiam rośliny ozdobne, częściowo z tego żyję, sprzedając szczepki roślin kolekcjonerskich (taki sposób, aby połączyć hobby z pracą). Mam tego sporą kolekcję, o której rodzina wie (przecież mnie odwiedzają), jednak nie przeszkadza to mojej mamie, by na urodziny kupić mi spory zestaw sztucznych roślin (które niemal od razu wywaliłam na śmietnik, bo nie mam na to miejsca, zostawiłam tylko osłonki).
Swego czasu, podsuwałam im jakieś niedrogie, przydatne prezenty dla nas obojga, np. nowy garnek albo czajnik elektryczny czy piżama w odpowiednim rozmiarze, ale to nic nie dało. I tak mieli to gdzieś i na urodziny mąż dostał znowu jakiś badziew. Po prostu strasznie mi przykro. Nie dość, że mają nas gdzieś, to jeszcze trzeba wyrzucać albo wydawać gdzieś te wszystkie niepotrzebne rzeczy. Przecież to marnotrawstwo pieniędzy.
Dodam tylko, że nie chodzi o problemy finansowe u mojej rodziny. Rodzice dobrze zarabiają. Czas też nie jest problemem (mama pracuje w urzędzie na 3/4 etatu). Więc ilekroć zbliża się gwiazdka czy urodziny, to aż krew mnie zalewa.
W poprzednie wakacje byliśmy całą paczką w Bułgarii nad morzem. Pogoda była świetna, całymi dniami siedzieliśmy na plaży. To była mała miejscowość, ludzi dużo mniej niż w kurortach, można się było zrelaksować.
Jednego dnia gdy pływałem zachciało mi się kupę. Skierowałem się do brzegu, ale przyszedł mi do głowy inny pomysł. Dzisiaj jak o tym myślę, to sam się dziwię, ale w jakiś sposób połączenie upału, sporej odległości do najbliższej toalety oraz “W końcu już wiele razy sikałem w wodzie” sprawiły, że zdecydowałem się zrobić klocka w morzu. Przecież zaraz zatonie, nikomu krzywda się nie stanie.
Trochę oddaliłem się od ludzi i jedziemy z koksem. Jakie było moje zaskoczenie, gdy po chwili zobaczyłem dwa moje klocki unoszące się na falach. Przecież gówna nie unoszą się na wodzie? W muszli zawsze szły prosto na dno.
Nie rozumiałem co się stało, ale najwyraźniej odpaliłem dwie torpedy, które właśnie wraz z falami kierowały się w stronę brzegu i pluskających się tam, nieświadomych zagrożenia ludzi. Przez chwilę się łudziłem, że jednak zatoną. Gdy to nie nastąpiło to rzuciłem się za nimi w pogoń. Dość szybko je dogoniłem i chwyciłem po jednym w każdej dłoni. Nie wiem czy ktoś z was trzymał kiedyś gówno w ręce, ale uwierzcie - to nie jest przyjemne.
Obleciał mnie niezły strach. Byłem może 5 metrów od ludzi i stałem w wodzie z dwiema śliskimi brązowymi rybkami w rękach, nie mając pomysłu jak się ich pozbyć. Zdecydowałem, że je zakopię. Zanurzyłem się i pośpiesznie rozgarnąłem piasek, a następnie je nim przykryłem.
Wynurzyłem się akurat na czas, aby zobaczyć moją dziewczynę jak podpływa do mnie. Niestety moment później moje dwa łobuzy uciekły ze swojego niedoszłego grobowca i wynurzyły się zaraz przede mną...
Moja dziewczyna tylko popatrzyła na mnie, moje klocki i krzyknęła rzucając się do ucieczki. Do dzisiaj czasami mi to wypomina.
Ze swoim facetem jestem już od sześciu lat. Od roku mój luby często wspomniał o ślubie. Myślałam, że powoli planuje zaręczyny, więc na jego propozycję sali, muzyki czy menu reagowałam pozytywnie, jednak bez jakiegoś ogromnego entuzjazmu.
Ostatnio jednak przeszedł samego siebie. Rozpowiada rodzinie i znajomym o tym rzekomym ślubie, dzwoni po salach weselnych i ustala terminy. To nie jest tak, że ja nie chcę za niego wychodzić, ale brakuje mi pierścionka na palcu, żebym myślała o takich rzeczach. Próbowałam jakoś powstrzymać jego zapał, gdy zorientowałam się, dokąd to zmierza, mówiąc coś w stylu: „Co ty ustalasz, jak się jeszcze nie oświadczyłeś” lub wprost, że nie można myśleć o ślubie bez zaręczyn. Na podobne stwierdzenia odpowiada, że po co mi pierścionek, skoro ślub będę miała. No niby nie jest mi jakoś specjalnie potrzebny, ale zaręczyny to pewien etap i nie chciałabym go przegapić.
Jestem strasznie rozgoryczona, bo nie chcę uchodzić za taką pannę, co wręcz na siłę domaga się pierścionka, ale powoli nie wiem, co mam robić. Wiem, że nie jest to niezbędne, ale czułabym się o wiele lepiej, gdyby jednak do tych zaręczyn doszło. Rodzina już dopytuje (zwłaszcza moja) gdzie pierścionek, skoro tak dużo myślimy o ślubie. Mój facet udaje wtedy głuchego albo po prostu ignoruje pytania.
Jak pomyślę o tym, że kiedyś trzeba będzie odwiedzić rodzinę w celu dania zaproszenia, a rodzina zapyta o pierścionek, to mi się słabo robi. Bo co powiem? Zaręczyn nie było, bo mój facet poskąpił na pierścionek?
Chcę tego ślubu, ale nie tak powinno być.
Miałam jakiś kiepski nastrój, więc postanowiłam zrobić sobie pizzę. Żeby poprawić sobie humor, salami poukładałam w kształt uśmiechniętej buźki.
Pizza spłonęła.
Boję się osób upośledzonych, szczególnie z zespołem Downa. Spora liczba ludzi nie lubi przebywać w ich towarzystwie, ale dla mnie to prawdziwa katorga. Taki stan rzeczy bierze się z pewnego wydarzenia:
Jestem sternikiem motorowodnym - pływam z turystami szybkimi motorówkami. Poza zwykłymi ludźmi trafiają się też grupy kolonijne lub jak było w tym wypadku grupy z różnego rodzaju obozów dla niepełnosprawnych. 12 osób o różnym stopniu niepełnosprawności plus jeden opiekun, bez problemu weszli na łódkę, płynąłem z nimi spokojnie, żeby nikt nie panikował itd. wszystko szło świetnie aż do momentu wyjścia z łodzi. Cumowałem do schodów, które pomagały wyjść z łodzi na nabrzeże. Przez niski stan wody odległość między burtą a 1 schodkiem była dość znaczna(30-40 cm).
Wydaje się niewiele, ale jedna kobieta z zespołem Downa i niesamowita otyłością nie potrafiła wyjść na nabrzeże. Nie była w stanie podnieść tak wysoko nogi. Jej opiekunka nie potrafiła pomoc, ja nie chciałem się mieszać, a gdy sytuacja wyglądała już naprawdę źle(śliniąca się kobietą czołgająca się po schodach) byłem praktycznie sparaliżowany. Wciągać ja od góry? Próbowałem, ale była taka ciężka i wydawało się, że z samej złośliwości jeszcze się opiera, patrząc prosto w twarz i się śmiejąc…
Po 15 minutach takiej męki (oczywiście w towarzystwie setek gapiów, chętnych popatrzeć, ale nie pomóc) jakoś udało się ja wyciągnąć. Ale było to dla mnie tak obciążające, że teraz unikam tego typu ludzi jak tylko mogę. Największy strach? Że kiedyś moje dziecko przyjdzie na świat z tą chorobą...
Niedawno wraz z kolegą byłam w sklepie, stoimy w kolejce do kasy byłam przed nim, a on przed pewnym panem tzw typowym żulem. Facet pod wpływem % zaczął dość głośno pytać mojego kolegi czy jesteśmy razem, po tym jak odpowiedział nie, żul dość donośnym głosem powiedział do mnie, że jestem najpiękniejszą kobietą w sklepie i muszę być DZIECKIEM Z PEŁNEGO WYTRYSKU....
Zamarłam, mój kumpel zaczął płakać ze śmiechu, ja typowy burak na twarzy, pół sklepu w śmiech. Nigdy nie przeżyłam większego wstydu i przede wszystkim NIGDY nie usłyszałam takiego komplementu.
Dodaj anonimowe wyznanie