#uWRkS

Gdy byłam w liceum, kiedy rodziców nie było w domu wychodziłam do pobliskiego sklepu. Nic nadzwyczajnego, wystarczyło zamknąć drzwi, zbiec ze schodów, przejść 100 m i nawet po tej samej stronie ulicy był osiedlowy sklep. Ale ja chcąc być dorosła (w wieku 12, może 13 lat) zakładałam mamy biustonosz, stringi, które po ostatnim praniu zabrałam do swojej szafki i najlepsze ubrania.

Najlepszą z moich kreacji i chyba jedyną, która zapamiętałam w całości było od góry: włosy związane w ciasny kucyk na czubku głowy, czarna bluzka na ramiączkach z wróżkami z cekinami i różowymi napisami i oczywiście dekoltem, biustonosz mamy, który nawet dobrze nie leżał, cieliste rajstopy, oczywiście stringi, spódniczka różowa w jakieś równie słodkie wzorki i kozaczki na koturnie, dość ciepłe, zamszowe, koloru zgniłej zieleni, do tego ulubiona torebka mamy, która jej pasowała do kozaczków, a na to oczywiście cielista skórzana kurteczka mamy.

Dodatkowo makijaż większością kosmetyków jakie były w domu, a ich użycie sprawdzone na YouTube.

Mam nadzieję, że mnie tam nie pamiętają :D

#4s7fO

Wychowałam się w niewielkiej wsi. Moi rodzice zajmowali się rolnictwem i hodowlą zwierząt, w czym im pomagałam. Nigdy nie jeździliśmy na urlop, każde wakacje to niekończące się sianokosy i żniwa. Będąc dzieckiem nie przeszkadzało mi to, zwyczajnie w dzień praca, wieczorem rozpalaliśmy ognisko i piekliśmy ziemniaki i kiełbaski, wtedy to była dla mnie prawdziwa frajda.

Problem zaczął się w liceum, kiedy wyjechałam do większego miasta. Po wakacjach każdy się chwalił gdzie był, co zwiedził, a ja... no cóż, zmyślałam, że byłam nad morzem czy w górach, bo było mi zwyczajnie wstyd jak wyglądają moje wakacje z krowami i przy zbieraniu siana.

Teraz, kiedy jestem dorosła, mieszkam z narzeczonym w mieście, obydwoje pracujemy i na tyle dobrze zarabiamy, że stać nas na wczasy dwa razy w roku. Jeździmy najczęściej wiosną gdzieś po Polsce, a jesienią za granicę. Wiele zwiedziłam i teraz jest mi cholernie wstyd, że kiedykolwiek mogłam się wypierać swojego pochodzenia i kłamać. Przecież tak właśnie moi rodzice zarabiali na chleb, nie kradli, nie było nigdy w domu patologii czy alkoholu, a ja wstydziłam się tego, jak gdyby wychowali mnie alkoholicy.

To właśnie na tej wsi jest mi najlepiej. 
Nie na Lazurowym Wybrzeżu, Madagaskarze czy w Pradze. Prawie co weekend jeździmy do rodziców na wieś, tam idealnie odpoczywam, nawet jeśli trzeba im pomóc w pracach gospodarskich, tam jest cisza i święty spokój, dookoła las, hamak w ogrodzie, to moje wakacje all inclusive. Jestem wieśniakiem, kocham nim być i się tego nie wstydzę.

#f8MZq

Pisklakiem będąc, miałam pewną bardzo tajemną zabawę. Każda z moich zabawek była czymś w rodzaju lalki voodoo. Udawałam, że na przykład taki pluszowy niedźwiedź jest panem Zbigniewem spod trójki. Niedźwiedź był przeze mnie bity i zamykany w osobnym pudełku (izolatce), kiedy pan Z. był dla mnie niemiły. Wyobrażałam sobie, że człowiek odczuwa ten sam ból jaki zadawałam maskotce i przeciwnie - kiedy dbałam o pluszaka, człowiek był szczęśliwy.
Wyobraźcie sobie mój szok i przerażenie, kiedy maskotko-mamę pogryzł pies.

#vn1Zj

Mam 30 lat, w wieku 22 przeprowadziłem się ze wsi do miasta. Moja historia była dość prosta - tam gdzie mieszkałem jedyną perspektywą było zapieprzanie 10h dziennie u prywaciarza i wakacje raz w roku. Zero rozrywek, wszystko daleko, wszystko kręciło się wokół roboty i wódki.
W mieście złapałem pracę w jakimś magazynie. Szybko jednak zauważyłem że strasznie nudzi mi się kończąc pracę o 14. Miałem mnóstwo czasu a żadnego ogrodu, obejścia, pola... Wtedy koleżanka z pracy zaczęła narzekać że mąż w mieszkaniu nic nie umie zrobić. Że lampa nowa nie zawieszona od dwóch miesięcy, że kupiła nową baterię umywalkowa i że nadal nie ma kto założyć. Powiedziałem że wpadnę po pracy i zobaczę co da się zrobić.
Mieli w mieszkaniu podstawowe narzędzia jakąś wiertarkę i zestaw typu skrzyneczka wszystko w jednym. Wyglądało jak nowe.
Zamontowałem wszystko, nie chciałem kasy ale dała mi 100 zł za fatygę. Zajęło mi to raptem 2 godziny. Stawka 50zl na godzinę była dla mnie astronomiczna. Szybko podjąłem decyzję - kupiłem swoje własne podstawowe narzędzia. Wiertarka wkrętarka skrzynka z narzędziami typu kombinerki klucze... Wszystko nowe prosto ze sklepu - byłem zachwycony. W domu zawsze was było ale było albo stare albo bardzo stare.
Zaczęło się od poczty pantoflowej. Zarówno mąż koleżanki jak i ona sama zaczęli mnie polecać. Po trzech tygodniach miałem zarezerwowany każdy dzień po pracy. Zawsze po jednej usłudze żeby jednak z życia też korzystać. Po trzech miesiącach zacząłem też robić usługi w soboty. Po pół roku zrezygnowałem z pracy na magazynie, dostałem dotację na JDG kupiłem mnóstwo super sprzętu. Gdy pokazałem go tacie miał łzy w oczach. Nowiutkie szlifierki, wiertarka, piła ukośnica, odkurzacz przystawki no wszystko piękne. Z czasem wymieniłem też mojego starego Mondeo na większego Trafica. A teraz mam 30 lat. Własne mieszkanie bez kredytu. Jednego pracownika i zaklepany terminarz na pół roku. Pracuję po 8 - 10 h dziennie. Znalazłem kobietę jesteśmy razem szczęśliwi. Dostałem też diagnozę - Stwardnienie Rozsiane. Jestem drugi w rodzinie ale wiem że można z tym walczyć. Grunt to nigdy się nie poddawać.
Trzymajcie się - może kiedyś wam zmontowalem jakąś kuchnię albo zawiesiłem lampę !

#mpOw3

To było zeszłoroczne lato, na wakacje można było zostać w akademikach. Dziewczyna, która bardzo mi się podoba, dostała pokój blisko mojego. W tym akademiku jedna łazienka (toaleta, kabina, umywalki, prysznic) przypada na 4 pokoje i właśnie z nią m.in dzieliłem to pomieszczenie.

Podczas gdy myłem naczynia, ona postanowiła skorzystać z toalety. Wydobył się z niej dźwięk głośnego pierda. Nie zraziło mnie to, bo jestem wyrozumiały i sam miewam gazy. Ale po tym wydarzeniu usunęła mnie ze znajomych na FB i przestała odpisywać na jakiekolwiek wiadomości. Gdy mijamy się na uczelni, kończy się na zwykłym „cześć”. A znaliśmy się już około 2 lata. Żałuję, że nie nie podjąłem poważnych kroków  i nie powiedziałem jej o moim zainteresowaniu. Teraz już na to za późno.

Zawsze myślałem, że to moje gazy mogą odstraszyć potencjalne partnerki, ale to du*a dziewczyny pozbawiła mnie kontaktu z tak wspaniałą osobą.
Dziewczyny! Zdarza się, nie próbujcie utrzymywać mitu o niepierdzeniu, bo tracicie szansę na wspaniałe przeżycia i miłość. To nie wstyd.

#eZ2yx

Wojtek to moja wielka miłość -"ten mężczyzna na całe życie". Kiedy mu o tym powiedziałam, zamknął mnie w friendzonie. Z friendzona jednak do szczęścia długa droga, wiec postanowiłam pogodzić się z jego decyzję i moim przykrym losem. Kumple, ziomki- zakodować, przyjąć i żyć dalej. 

Żyłam dalej, poznałam Marka, który obecnie jest moim narzeczonym. Świetny facet, udany związek i szczęśliwa ja. I tutaj po paru latach pojawia ON!
Wojtek przyjeżdża jak gdyby nigdy nic by powiedzieć ze jednak jestem ta która kocha i o której nie może zapomnieć. "Musiał mi tylko o tym powiedzieć", "niczego nie oczekuje" "chce to z siebie wyrzucić" i "nie chce mieszać mi w życiu".

Teraz zwracam się do Was friendzonowi hipokryci. Ten "brat", ta "siostra" to nie jest wasze kółko adoracji żeby podnieć sobie samoocenę, wasza własność czy osoba do wykorzystania. Chcecie być przyjaciółmi to zachowujecie się jak przyjaciele i cieszcie się szczęściem drugiej osoby. Ale przede wszystkim bądźcie pewni co do swoich uczuć. Naprawdę nie łatwo kiedy kochasz osobę, która tego nie odwzajemnia.

To okropne uczucie, zdaje sobie sprawę ze mężczyzna którego kocham, z którym będę żyć, zakładać rodzinę, nie jest jedyny. Mam w głowie teraz tez tamta miłość, która odeszłaby w zapomnienie. Teraz tli się, ale tak naprawdę nigdy nie zapłonie wielkim płomieniem. Moje miejsce jest przy tym cudnym facecie, który śpi obok. A za to myślenie mam potworne wyrzuty sumienia...

A Ciebie Wojtek niech dotnie ogień, ale piekielny. Nu pogadi Wojtek, nu pogadi!

#DN1YR

Kiedyś założyłam się z moim szwagrem, że w ciągu 90 minut wypiję 6 piw. No i wypiłam. Gdy dotoczyłam się do swojego pokoju, zrobiło mi się okropnie niedobrze. Myślę sobie – łazienka za daleko, ja ledwo chodzę, a ciul, wyjdę na balkon i zrobi mi się lepiej. Sytuacja potoczyła się dosyć przewidywalnie – porzygałam się i nasikałam sobie obok, bo za daleko było przecież do toalety, a kto by szedł. Dwie godziny po zdarzeniu obudził mnie wschód słońca, a ja, leżąca na wycieraczce z ogromnym bólem głowy, wróciłam do łóżka. No nic, stało się.
Rano budzi mnie krzyk mojej mamy, która od najgorszych wyzwisk przeklina wszystkie sarny, które to wtargnęły nam na podwórko w nocy, zeżarły tuje i inne roślinki, a w dodatku... obrzygały pelargonie. No masakra. Jak taka sarna mogła wejść i wyrzygać się na nasze kwiatki stojące pod balkonem?! A to leśne pasożyty mało mają w lesie liści? I jeszcze rzygają wszędzie!

Do dzisiaj nikt nie wie, że to ja obrzygałam te kwiatki, które później były do wyrzucenia.

PS W ramach podziękowania w tym roku odpimpowałam paśnik wszystkim ziomeczkom sarnom i tak dalej, coby głodne nie chodziły i więcej nie jadły nam krzaków. Fakt faktem uratowały mnie przed moją mamą, która pewnie by mnie ukamienowała.
Niech żyje natura i dzikie zwierzęta!
Dodaj anonimowe wyznanie