Kilka dni temu weszłam z narzeczonym na nowy poziom związku.
Akurat miałam u niego nocować, już podczas oglądania filmów było mi niewygodnie, coś bolało. Pomyślałam, że może okruszki albo coś.
Poszłam pod prysznic i myjąc się wymacałam ogromnego, bolącego pryszcza na swoim biednym pośladku. Chciałam spróbować go wycisnąć, ale nie dość, że się chował głęboko w pośladek, to jeszcze zaczął bardzo boleć.
Zrezygnowana poszłam do sypialni, gdzie poinformowałam narzeczonego, że niestety, ale z seksu nici. Oczywiście nie chciałam mu powiedzieć czemu, ale bardzo nalegał, więc w końcu powiedziałam mu o moim problemie.
Kazał pokazać. Zrobiłam wielkie oczy, no ale OK. Pooglądał, wstał z łóżka i gdzieś wyszedł bez słowa, pozostawiając mnie w łóżku w niemałej konsternacji. Po chwili wrócił z igłą jednorazową, wodą utlenioną i plasterkami z minionkami. Założył rękawiczki i bardzo profesjonalnie zajął się pryszczem na moim pośladku. Ilość ropy była ogromna, a po wszystkim narzeczony był z siebie bardzo dumny.
Seksu tego wieczora i tak nie było, bo tyłek bolał dalej, a mnie przeszła ochota na cokolwiek, ale potem mu to wynagrodziłam ;)
Tego dnia wstałam lewą nogą. Nie dość, że męczył mnie okres, to jeszcze przypaliłam jajecznicę, stłukłam ulubiony kubek, a na koniec zepsuł mi się samochód i nie zdążyłam na poranny wykład. Jako że już byłam spóźniona, tak że nie było sensu już się specjalnie spieszyć, postanowiłam odwiedzić moja koleżankę, która mieszka blisko uczelni i wypłakać jej się w rękaw. Agnieszka wysłuchała mnie i na pocieszenie dała mi czekoladową muffinkę.
Godzinę później dostałam od Agi SMS-a o treści: „I jak? Czy ciasteczko zaczęło działać?”. Nie za bardzo wiedziałam o co chodzi. Dopiero w połowie mojej prezentacji na zajęciach z ekonomii zorientowałam się, że jestem na potwornym haju, a moja pocieszeniowa muffinka to klasyczne „kosmiczne ciasteczko” z marihuaną. Zorientowałam się też, że zamiast wygłaszać referat o pozacenowych czynnikach wpływających na popyt opowiadałam o tym, co zjem, kiedy wrócę do domu.
Wstyd mi do dziś.
Rzuciłam pracę w barze po dwóch dniach, gdy usłyszałam od starszej stażem koleżanki: "Słomek do drinków nie wyrzucaj, szef przyjdzie, to umyje". Nie wyrzuciłam i wciąż mi głupio, że ludzie dostali napój z czymś takim.
Bar wciąż funkcjonuje i ciągle wisi karteczka "Przyjmę do pracy".
Byłam najmłodszą osobą w zespole (20 lat). Reszta zespołu to kobiety zamężne i dzieciate. Praca taka, że jak skończysz to możesz iść do domu. Musiałam każde zadanie kończyć by osoba przejmująca moje stanowisko rano, nie kończyła mojej pracy. Zwyczajna uprzejmość koleżeńska by nie zwalać swojej pracy na druga osobę. Problem polegał na tym, że dostałam niepełny etat-6 godzin. Reszta kobietek miały pełne etaty.
Pokłóciłam się raz z szefem, że nie mam ochoty zostawać po godzinach, które są niepłatne
- Ale zdajesz sobie sprawę, że nikt nie będzie po tobie sprzątał?
- Mam określone godziny pracy.
- To musisz się sprężać.
- Choćbym chciała to się nie da.
- Daj spokój nie masz męża ani dzieci, żadnych zobowiązań, jesteś młoda masz więcej sił.
- Te dzieci trzeba kiedyś zrobić, mając nadgodziny...
- Dzieci to się w nocy robi!
- Randkuje też się tylko w nocy?
- No tak.
Człowiek całe życie się uczy ... :)
Dziadek w wyniku choroby stracił wzrok. Jakiś czas temu zauważyłem u siebie, że kanały w tv, których nie mam wykupionych, dają znak wodny, że kanał jest zablokowany. A ciekawym efektem ubocznym była ścieżka audio. Otóż kanał działa jak radio i normalnie idzie się wsłuchać w to, co się dzieje. Sprawdzenie, czy operator u dziadka może nadawać, zielone światło od dziadka, trochę ponad tydzień czekania na zakończenie migracji i mamy to. Najtańszy pakiet tv, a dziadek może sobie słuchać relacji sportowych, wszystkich meczów z jego ulubionych lig europejskich, filmu posłuchać. I tym sposobem znowu jestem ulubionym i jedynym wnuczkiem :)
Mój tatuś ma raka. Z przerzutami. Leczenie nie działa. Wszyscy cierpimy z tego powodu. Chyba najbardziej my, dzieci. Tata wyżywa się na nas. Jesteśmy źli, nic nie można powiedzieć. Z jednej strony mi go szkoda strasznie, a z drugiej jestem wściekły, bo zamiast pomyśleć chociaż trochę o nas, to ma tylko pretensje. Jak by się człowiek nie starał, wszystko jest źle. O psychologu nie chce słyszeć.
Mało to anonimowe, ale już z bratem nie wiem co robić. Nie wiem jak mu pomóc i samemu nie zwariować.
W wieku 12 lat uzależniłam się od hardcorowej pornografii i masturbacji, teraz mam 18 i jestem uzależniona od seksu. Anonimowe jest to, że jestem niepozorną, uroczą dziewczynką, która dobrze się uczy. Czuje pociąg seksualny do wielu facetów nawet tych dużo starszych. Mam dziwne fetysze i fantazje. Utrudnia mi to funkcjonowanie w normalnym życiu. Większość moich myśli sprowadza się do seksu, muszę robić to kilka razy dziennie żeby wystarczało. Wiem, że powinnam to leczyć, ale po pierwsze wymaga to większej ilości pieniędzy, a po drugie jest to dla mnie wstydliwy problem.
Zanim pierwszy raz złączyłem się w objęciach miłości z moją dziewczyną, minęło sporo czasu. Do niczego się nie spieszyliśmy, szczerze się w niej zakochałem, więc poznawanie jej i obdarzanie miłością było dla mnie ważniejsze niż sama fizyczność. Szanowałem też to, że ona potrzebuje czasu.
Gdy w końcu doszło do stosunku, byliśmy razem już 4 miesiące. Pierwszy raz zobaczyłem ją w całej okazałości i… poczułem się oszukany. Okazało się, że przez cały ten czas, gdy się widywaliśmy kilka razy w tygodniu, moja dziewczyna… wypychała sobie stanik SKARPETAMI. Rozumiecie to?
Nie zrozumcie mnie źle, ja nie jestem rozczarowany – ona jest najpiękniejsza na świecie! Czuję się jednak bardzo okłamany. Przecież to miłość, nie ma w niej miejsca na takie oszustwa. Nie chcę być okłamywany przez kobietę mojego życia! Podłamała moje zaufanie i jest mi teraz przykro. Czy coś jest ze mną nie tak, że tak się czuję?
Gdy byłam w liceum, kiedy rodziców nie było w domu wychodziłam do pobliskiego sklepu. Nic nadzwyczajnego, wystarczyło zamknąć drzwi, zbiec ze schodów, przejść 100 m i nawet po tej samej stronie ulicy był osiedlowy sklep. Ale ja chcąc być dorosła (w wieku 12, może 13 lat) zakładałam mamy biustonosz, stringi, które po ostatnim praniu zabrałam do swojej szafki i najlepsze ubrania.
Najlepszą z moich kreacji i chyba jedyną, która zapamiętałam w całości było od góry: włosy związane w ciasny kucyk na czubku głowy, czarna bluzka na ramiączkach z wróżkami z cekinami i różowymi napisami i oczywiście dekoltem, biustonosz mamy, który nawet dobrze nie leżał, cieliste rajstopy, oczywiście stringi, spódniczka różowa w jakieś równie słodkie wzorki i kozaczki na koturnie, dość ciepłe, zamszowe, koloru zgniłej zieleni, do tego ulubiona torebka mamy, która jej pasowała do kozaczków, a na to oczywiście cielista skórzana kurteczka mamy.
Dodatkowo makijaż większością kosmetyków jakie były w domu, a ich użycie sprawdzone na YouTube.
Mam nadzieję, że mnie tam nie pamiętają :D
Wychowałam się w niewielkiej wsi. Moi rodzice zajmowali się rolnictwem i hodowlą zwierząt, w czym im pomagałam. Nigdy nie jeździliśmy na urlop, każde wakacje to niekończące się sianokosy i żniwa. Będąc dzieckiem nie przeszkadzało mi to, zwyczajnie w dzień praca, wieczorem rozpalaliśmy ognisko i piekliśmy ziemniaki i kiełbaski, wtedy to była dla mnie prawdziwa frajda.
Problem zaczął się w liceum, kiedy wyjechałam do większego miasta. Po wakacjach każdy się chwalił gdzie był, co zwiedził, a ja... no cóż, zmyślałam, że byłam nad morzem czy w górach, bo było mi zwyczajnie wstyd jak wyglądają moje wakacje z krowami i przy zbieraniu siana.
Teraz, kiedy jestem dorosła, mieszkam z narzeczonym w mieście, obydwoje pracujemy i na tyle dobrze zarabiamy, że stać nas na wczasy dwa razy w roku. Jeździmy najczęściej wiosną gdzieś po Polsce, a jesienią za granicę. Wiele zwiedziłam i teraz jest mi cholernie wstyd, że kiedykolwiek mogłam się wypierać swojego pochodzenia i kłamać. Przecież tak właśnie moi rodzice zarabiali na chleb, nie kradli, nie było nigdy w domu patologii czy alkoholu, a ja wstydziłam się tego, jak gdyby wychowali mnie alkoholicy.
To właśnie na tej wsi jest mi najlepiej.
Nie na Lazurowym Wybrzeżu, Madagaskarze czy w Pradze. Prawie co weekend jeździmy do rodziców na wieś, tam idealnie odpoczywam, nawet jeśli trzeba im pomóc w pracach gospodarskich, tam jest cisza i święty spokój, dookoła las, hamak w ogrodzie, to moje wakacje all inclusive. Jestem wieśniakiem, kocham nim być i się tego nie wstydzę.
Dodaj anonimowe wyznanie