Przypomniało mi się wydarzenie sprzed lat.
Byłam kiedyś z zazdrosnym facetem, od czasów liceum, poszliśmy razem do tego samego miasta na studia i ogólnie zawsze chodziliśmy razem, wspólni znajomi, wspólne wyjścia...
Po roku studiów ja zmieniłam kierunek, więc poznałam nowych ludzi i rozstałam się z facetem. Wspólni znajomi okazali się być jego znajomymi, a mi zostali nowo poznani ludzie z roku.
Życie potoczyło się tak, że i ja, i on znaleźliśmy sobie nowych partnerów, ale jeszcze jakiś czas odzywaliśmy się do siebie.
Ja z moim nowym chłopakiem poszliśmy do kina, gdzie pracowała jedna ze "wspólnych" znajomych. Podeszła do mnie zapytać co u mnie, bo w sumie kontakt się urwał. Powiedziałam, że wszystko OK i jestem z nowym chłopakiem w kinie (on akurat kupował popcorn).
Kilka dni później dostaję SMS-a od byłego, treści dokładnie nie przytoczę, ale ogólnie było to oburzenie, czemu idę do kina tam, gdzie pracuje JEGO koleżanka i chwalę się jak u mnie jest dobrze i że mam nowego chłopaka. On sobie nie życzy takich akcji, które mają wywołać u niego zazdrość.
Witki mi opadły...
Ojciec powiedział mi, że mam znaleźć sobie pracę, a jak tego nie zrobię, to mam znaleźć sobie jakieś mieszkanie, bo nie zamierza utrzymywać nieroba. Gdy powiedziałam, że nie mogę pracować "legalnie" na pełen etat, usłyszałam "zawsze możesz zostać dziwką jak twoja matka".
Dodam, że mam 17 lat, a mama odeszła od nas, bo nie mogła znieść wiecznego poniżania ze strony tego chu*a. Szkoda tylko, że nie zabrała mnie ze sobą.
Mając 10 lat powiedziałam nauczycielce, że nie zrobiłam zadania domowego, ponieważ leciałam z ciocią helikopterem na zakupy...
P.S. Nieprzygotowania nie wpisała mi chyba za kreatywność.
W poprzednim związku zostałem zdradzony i nie do końca przepracowałem tę zdradę.
Jeszcze wtedy wybaczyłem eks tę zdradę, ale tak naprawdę to nie zastanowiłem się nawet dobrze, czy w ogóle powinienem. Bardzo się cieszyłem, że ona jednak nadal chce być ze mną, że „nadal mnie kocha”. Uwierzyłem, że po prostu mieliśmy gorszy okres, a ona się pogubiła. Wewnętrznie nadal obwiniałem trochę siebie, że nie byłem wystarczająco męski i dominujący — na co dzień i w seksie. Prawda była taka, że w seksie bardziej kręciły mnie scenariusze, gdzie to ona była dominująca, co jej jednak nie kręciło.
Postanowiłem zagrać w otwarte karty, przeprowadzić super szczerą rozmowę na temat oczekiwań każdego z nas co do seksu, fantazji seksualnych itp.
Po moich naciskach ona przyznała się, że kręciłyby ją trójkąciki z innym mężczyzną.
Wstyd się przyznać, ale wtedy też mnie to podnieciło, tak jakby po zdradzie cała zazdrość uleciała i teraz seks z innymi mnie miał już nie boleć, a nawet mógłby podniecać, gdy miałbym być jego częścią lub po prostu sobie patrzeć.
Eks proponowała, że w grę mógłby wchodzić także trójkąt z inną kobietą – „dla mnie” – ale szczerze mnie to nie kręciło. Bardziej kręciło mnie przekazanie jej info „popatrz, nie kręcą mnie inne kobiety, kręcisz mnie tylko ty i chcę zrobić wszystko, byś była zaspokojona”. Wiem, miałem odrzucić ten mindset bycia nie-męskim, ale nie dałem rady się wtedy zmienić. Nie zdążyliśmy nigdy tego zrealizować, bo wkrótce zdradziła mnie ponownie.
Tym razem postanowiłem, że naprawdę się zmienię, że teraz będę męski, twardy, dominujący. I udawało mi się to bardzo długo. Wkrótce poznałem nową kobietę, z którą jestem do tej pory, minęło już ładnych kilka lat, ale od pewnego czasu zaczynam wracać myślami do tych wydarzeń. Nie do samej osoby eks, ale tej konkretnej propozycji seksualnej. Szczerze to nie udało mi się zdusić tych fantazji w zarodku, pozwoliłem im żyć we mnie, aż urosły do tego stopnia, że za każdym razem jak myślę o seksie, to myślę o czymś takim. Za każdym razem jak uprawiam seks z nową partnerką, to mam te myśli w głowie i za każdym razem jestem bliski, by się jej do tego przyznać, ale tego nie robię. Nawet nie tylko dlatego, że mogłaby uznać, że jestem ohydny i mnie zostawić. Najbardziej boję się tego, że ją też mogłoby to kręcić i wtedy nie oparłbym się chęci wprowadzenia tego w życie. Wiem, że fantazje to nie rzeczywistość i to, co podoba nam się w fantazjach, niekoniecznie spodoba nam się w realu i może zepsuć to nasz związek, który jest w miarę udany.
Dlatego nie przyznałem się do tej pory.
Myślałem, by pójść do seksuologa z tym problemem.
Niestety, mieszkamy razem i każdą wolną chwilę spędzamy razem. Nie wiem, jak wytłumaczyłbym jej moje wizyty bez przyznawania się do tego.
Jestem queer. Mimo bycia bliżej grupy „kobiet” czy „dziewczyn” mam krótkie włosy i dość neutralnie wyglądającą twarz, przez co ludzie czasami biorą mnie za chłopaka. Jako dziecko zdiagnozowano mnie z autyzmem. Noszę się raczej alternatywnie. Staram się być rozumiejącx, cierpliwx, otwartx i odnosić się z szacunkiem w stosunku do ludzi. Chcę się uczyć, poznawać nowe perspektywy, i wierzę w zmiany.
Rozbraja mnie to, że niektórzy ludzie potrafią nazwać moje istnienie pomyłką, wstydem dla mojej rodziny (która często wyraźnie zaznacza, że mnie kocha i jest ze mnie dumna), i że najchętniej to sami by się mnie pozbyli z tego świata, a potem idą do kościoła, modlą się o pokój, i uparcie twierdzą, że trzeba „kochać bliźniego jak siebie samego” i „Bóg kocha wszystkie swoje dzieci, pomimo grzechów”. Po czym godzinę później dodają do tego, że wywoływanie wojny, ponieważ ktoś nazywa tego samego, kochanego Boga innym imieniem, lub że powinno się zabijać ludzi, bo są inni, jest prawidłowe, i kto tak nie sądzi, ten się myli...
Dawno temu poznałem wspaniałą dziewczynę. Dosłownie mój ideał, moja jedna na milion. Do niczego nigdy w życiu nie byłem tak pewny jak do niej. Wydawałoby się, że wszystko jest dobrze i nic nie może pójść źle, aż pewnego dnia wszystko szlag trafił. Za długo się czaiłem i się mną znudziła. Zawsze chciałem wszystko robić dobrze, a wyszło jak zawsze. Minął już długi czas od naszego rozstania, a ja dalej do dzisiejszego dnia pluję sobie w brodę, że nie postarałem się bardziej. Zrobiłbym wszystko, by ją odzyskać, ale niestety takiej możliwości już nie ma i nie będzie. Cały czas coś do niej czuję, pomimo że nie mogę z nią być. Może powiecie, że to głupie i bezcelowe oraz że ranię sam siebie, ale nie umiem o niej zapomnieć.
Nigdy nie miałem szczęścia do związków. W dzieciństwie przez pewien czas doświadczyłem groomingu w internecie. Później miałem dziewczynę, ale po półtora roku rozeszliśmy się — mieliśmy wiele problemów, ale głównie po prostu zmieniły jej się priorytety w życiu. Ja, mimo że miałem 15 lat, wiedziałem, że chcę żyć spokojnym życiem, mieć rodzinę i stabilną pracę. Ona miała w życiu zupełnie inne potrzeby. Miała tak ogromne kompleksy, że nie chciała robić niczego. Już podczas naszego związku był to problem, bo ja byłem osobą aktywną, pewną siebie, lubiącą próbować nowych rzeczy, a cały czas, jaki spędzaliśmy razem, polegał na leżeniu w łóżku i oglądaniu filmów albo ewentualnie na krótkich spacerach, bo nie lubiła podejmować żadnych aktywności. Poza tym była strasznie zazdrosna — do tego stopnia, że kiedy rozmawialiśmy o dzieciach, była na mnie zła, że mógłbym kochać kogoś oprócz niej. Później rozmawiałem z kilkoma dziewczynami, ale z żadną nie byłem w związku. Wychodzę z założenia, że gdy już jestem z kimś razem, to po to, żeby być do końca życia. Później z kolei jakimś trafem spodobał mi się chłopak. Zaczęliśmy się nawet umawiać i byliśmy bardzo blisko, ale szybko pokazał swoje prawdziwe oblicze. Był chory na borderline, samookaleczał się i miał zaburzenia odżywiania. W dodatku miał lękowy styl przywiązania. Kochałem go bardzo i przez cały czas byłem wspierający najbardziej, jak mogłem, ale skończyło się na tym, że zostawił mnie bez żadnego słowa. Później wrócił, ale kilka miesięcy potem zdradził mnie. Wybaczyłem mu, ale zrobił to znowu i od tej pory nie mamy kontaktu. Nie wiem, dlaczego mam takiego pecha. Po wszystkich tych sytuacjach nie mam żadnego szacunku dla siebie. Jestem zdesperowany i mimo że kocham najbardziej jak się da, zawsze kończę w ten sam sposób. Daję sobą pomiatać i robić ludziom co tylko chcą. Czuję się, jakby czegoś we mnie brakowało, jakbym nigdy nikomu nie starczał. Utraciłem całą pewność siebie i teraz boję się jakichkolwiek romantycznych relacji.
Kiedy nie mogę zasnąć, a bardzo chcę, wyobrażam sobie, że patrzę na śpiącego siebie z góry. Ten widok jest tak nudny i przymulający, że mi pomaga.
Mój mąż jest aseksualny. Nie pociągam go fizycznie (nie jestem modelką Victoria’s Secret, ale też nie XXL). Nie dotknął mnie od kilku lat. Próbowałam wielu rzeczy. Nic nie działa, a na terapię nie chce się zgodzić. Nie chcę go zdradzać. Nawet pytałam, czy skoro on nie ma zamiaru, to może ktoś inny mnie zaspokoi – nie zgodził się. Ta rozmowa miała go skłonić do terapii i ch@#$ wyszło.
Myślę o rozwodzie. Moja pewność siebie już nie istnieje. Gdyby mi powiedział przed ślubem...
Jestem zdruzgotana. Boję się, że kiedyś ulegnę i go zdradzę. Nie toleruję zdrady, nie chcę być tą, co zdradza. Nie wiem już, co mam robić.
Kiedy chodziłam do podstawówki, w drodze do szkoły mijałam posesję, z której wybiegał agresywny jamnik. Nie działało na niego nic – rzucanie kanapek, odpychanie nogą, kije itp.
Kiedyś wracając ze szkoły, trafiłam na niego sam na sam. Byłam tak przerażona faktem, że wisi mi na nogawce, że chciałam wrzasnąć, a wyszło z tego głośne szczeknięcie...
Nie wiem, czy ktoś to usłyszał, czy widział. Na psa podziałało. Na mój widok uciekał skąd przyszedł :D
Dodaj anonimowe wyznanie