Byłam w tym roku na zagranicznych wakacjach w hotelu, w którym nie ma zbyt wielu Polaków.
Pływałam sobie spokojnie w basenie i delektowałam się wakacjami. Przepływałam akurat koło dwóch podpitych kolesi i usłyszałam po polsku chamskie komentarze oceniające moją figurę. Stwierdzili, że mogą spokojnie to skomentować, bo i tak nie zrozumiem.
Zagotowałam się ze złości, ale szybko obmyśliłam plan zemsty i wtajemniczyłam w niego koleżankę. Włożyłam okulary do nurkowania, przepłynęłam koło nich i po wynurzeniu głośno skomentowałam ich małe interesy w obcisłych kąpielówkach i dodałam, że mogę być szczera, bo i tak nie zrozumieją.
Miny im zrzedły i w milczeniu przenieśli się na drugi koniec basenu.
Ciekawe, czy nadal tak chętnie komentują głośno czyjąś figurę.
Odkąd pamiętam, był wobec mnie surowy i despotyczny, jako szanowany przedsiębiorca miał swoje wpływy. Nieważne co bym nie robił, żeby go zadowolić, zawsze miał powód, żeby mnie zgnoić. Najlepiej by chciał, żebym całe życie (przynajmniej jego życie) robił za jego niewolnika. W szkole miałem mieć same 5 i 6 (dostało się 4+ i już w ruch poszedł pasek). O znajomych mogłem tylko pomarzyć, cały dzień tylko szkoła, nauka i obowiązki domowe. Im byłem starszy, tym bardziej surowy wobec mnie się stawał. Mama niestety nie mogła nic zrobić, nigdy nie pracowała, więc ewentualna wyprowadzka z nią nie wchodziła w rachubę. W końcu zaraz po moich 18 urodzinach zwyczajnie wyrzucił mnie z domu, bo jak stwierdził „nie będzie do końca życia robił na takiego nieudacznika, jakim ja się stałem”. Nie wiedział tylko, że od 16 r. ż. zacząłem dorabiać na udzielaniu korków z matmy i z angielskiego, zresztą gdyby się dowiedział, zaraz zażądałby zapłaty za „swoje wychowanie”. Do tego czasu zaoszczędziłem tyle pieniędzy, że stać mnie było na wynajęcie pokoju i zacząłem żyć z korków. Gdy zaocznie zrobiłem maturę, wyjechałem do Anglii, by spróbować sił jako korepetytor dla tamtejszych uczniów. I to był strzał w dziesiątkę, przez dwa lata z miesięcznych zarobków z korków uzbierałem ładną sumkę.
Jakiś czas temu miały miejsce dwa kluczowe dla mnie wydarzenia:
- los się do mnie uśmiechnął i wygrałem sporo gotówki w jednej z tamtejszych loterii;
- wkrótce po tym zdarzeniu skontaktowała się ze mną moja mama. Spytała mnie, jak mi się tam powodzi, przeprosiła za to, że nie wstawiała się za mną, po prostu bała się ojca. Najważniejsze co mi przekazała na jego temat, to że jego firma zbankrutowała, on uprawia hazard, ma spore długi i że ich dom pójdzie pod młotek.
Po tych zdarzeniach skontaktowałem się z komornikiem, który prowadził sprawę jego długów, przy czym postanowiłem, że odkupię jego dom z zaznaczeniem, że notarialnie ma należeć do mnie. Ostatecznie nabyłem dom i mieliśmy się razem spotkać u notariusza. A tam, jak ojciec dowiedział się, kto kupił JEGO dom, zdębiał.
Po fakcie wróciliśmy do domu i w progu powiedziałem mu: „Mama może zostać, ale ty wypier***aj”. Nigdy nie zapomnę tej satysfakcji, kiedy to JA wyrzuciłem jego z teraz MOJEGO domu, a on nie mógł nic z tym zrobić.
Masz dokładnie to, na co zasłużyłeś, ojciec.
Moja historia cofa się do dni przedszkolnych, kiedy to ja, mała blondyneczka, uchodziłam za najgrzeczniejszą dziewczynkę w starszakach. Oczywiście nie odbierałam tego w ten sposób. Ale do sedna.
Pewnego dnia w przedszkolu pojawiła się nowa dziewczynka. Wszystkie dzieci wprost ją kochały, bo jak się później okazało, mała dzianych rodziców i często przynosiła nowe zabawki, którymi dzieci również mogły się bawić. Oprócz mnie. Dziewczynka upodobała sobie, że nie mam prawa dotykać jej zabawek, i tak po kilku tygodniach w końcu miałam dość zabaw tylko i wyłącznie z naszymi opiekunkami, bo inne dzieci oczywiście miały lepsze zajęcie. Zwyczajem w naszym przedszkolu było, żeby na drugie śniadanie i podwieczorek zjeść zawsze po jednym wybranym owocu i wypić soczek w kartoniku. Ja, przypominam, zawsze najgrzeczniejsza, porwałam z biurka naszej opiekunki małe, plastikowe kulki i z zamiarem nauczenia nowej koleżanki, że zabawkami trzeba się dzielić, „wzięłam ją na stronę” mówiąc, że jeśli również nie będę mogła się bawić zabawkami jak reszta, to te kulki wylądują w jej napoju.
Chciałam tylko zaznaczyć, że miałam wtedy z 5 lat i pewnie fiu-bździu w głowie, ale w życiu samej siebie bym nie posądziła o takie czyny. Oczywiście tylko ja wiedziałam, że chciałam ją wyłącznie przestraszyć. Dziewczynka natomiast tylko się zaśmiała i odpowiedziała, że zobaczymy, kto będzie szybszy i bardziej skuteczny.
Teraz jak sobie przypominam brzmienie tych słów, to sobie myślę, że powinnam się bardziej przerazić. Wtedy jednak nie do końca zrozumiałam, o co jej chodzi. I tu się zaczyna główna historia.
Następnego dnia podczas drugiego śniadania wzięłam mój soczek w kartoniku, upiłam trochę, odstawiłam na blat i wróciłam do zabawy. Po chwili znów chciało mi się pić, więc włożyłam rurkę do buzi, aż tu nagle w pewnym momencie poczułam w gardle coś ostrego, co też usilnie i szybko próbowałam przełknąć dalej, ale się nie dało. Zaczęłam panikować i wrzeszczeć z bólu na całą salę, kiedy wszyscy się zbiegli wkoło mnie i zaczęli wypytywać, co się stało. Ja oczywiście bałam się w ogóle otworzyć buzię, więc pokazałam na moją szyję. Ból był nie do zniesienia, tylko tyle pamiętam. Potem obudziłam się w szpitalu i dopiero jakiś czas później dowiedziałam się, że tamta dziewczynka wrzuciła mi przez rurkę do soku szpilki. Takie prawdziwe, metalowe szpilki. Na swoje usprawiedliwienie miała jedno zdanie: „Nie chcę, żeby jakaś ładniejsza dziewczynka bawiła się moimi zabawkami”.
Okazuje się, że mała była na coś chora i objawiało się to w postaci małych plamek na ciele. W dużej ilości. Ja wtedy nie rozpatrywałam tego jako czegoś nieakceptowalnego. Po prostu uznałam ją za nową koleżankę, która złośliwie nie chce się ze mną bawić. „Nowa” do przedszkola już nie wróciła, a ja do tej pory nie używam słomek.
W 4 lub 5 klasie podstawówki wychowawczyni dała nam do uzupełnienia ANONIMOWE ankiety. Było tam pytanie o to, czego się boimy. Podkreślała, że wszystko będzie anonimowe i żeby pisać szczerze.
Napisałam, że boję się, że rodzice nie będą mieć pieniędzy na skończenie budowy domu. Mój dziecięcy mózg podpowiadał, że przecież w klasie jest jeszcze Agnieszka, której rodzice też zaczęli budowę domu, więc w razie czego nie będzie wiadomo, która z nas to napisała.
Niedługo później, po wywiadówce, mama przeprowadziła ze mną rozmowę o tym, żebym się nie martwiła, bo tata chodzi do pracy, zarabia pieniążki i będziemy mieć na skończenie domu.
Od tamtej pory minęło 20 lat, a ja nadal nie ufam anonimowym ankietom.
Miałam 22 lata, jak poznałam chłopaka 3 lata starszego ode mnie. Był recydywistą, ale mi to nie przeszkadzało. Potem wyszło jego uzależnienie od alkoholu i mało tego, po alkoholu jego oczy robiły się czarne i wyglądał jak diabeł, zupełnie inna osoba. Bił, wyzywał, potrafił wziąć krzesło, postawić przy łóżku, na którym leżałam, usiąść i zacząć mnie wyzywać od kurew, szmat itd. Coś mu się roiło w głowie i sam sobie wkręcał rzeczy, które nigdy nie miały miejsca. Doszło do rękoczynów, raz zgłosiłam to na policję, ale zadzwonił z więzienia (miał do odsiedzenia pół roku, nie pierwszy raz) i przekonał mnie, żebym wycofała zeznania. W ciągu naszego 3-letniego związku łącznie rok był w więzieniu. Jak wrócił, byłam przeszczęśliwa, bo w końcu się „zmienił”.
Sielanka trwała miesiąc, potem zaczęło się tylko jedno piwko, tylko dwa, tylko trzy itd. Następnie doszły narkotyki. Ale ja byłam zaślepiona, bo przecież jeśli go kocham, jeśli o niego dbam, to na pewno się zmieni. Dziewczyny, ni chuja się nie zmieni!!!
Któregoś wieczoru wypił prawie litr whisky, drugą połówkę, z tego co się dowiedziałam od zaprzyjaźnionego sprzedawcy, wymusił, grożąc nożem, bo nie miał pieniędzy. Ja oczywiście później za to zapłaciłam.
Tego wieczoru wyrzucił nasze dwie niespełna roczne kotki przez balkon z czwartego piętra. Żadna nie przeżyła... a ich roczek mieliśmy obchodzić tydzień później.
Byłam trzeźwa, ale pamiętam tylko urywki tej sytuacji. Pamiętam, że w piżamie wybiegłam na parking koło Żabki i prosiłam przypadkowe osoby, zapłakana, żeby zawieźli mnie do mamy (15 km od naszego mieszkania). Ktoś się zlitował i mnie podwiózł. Jakiś tydzień później, jak pojechałam odebrać rzeczy z naszego mieszkania, dowiedziałam się, że jak uciekłam, to rzucał jajkami po klatce schodowej i strasznie się darł, że wszystkich zabije, ludzie się go bali i jak wymuszał, to dali mu pieniądze, za które wyjechał z miasta. Parę dni później do mnie dzwonił, przepraszał i groził, że się zabije. Mało brakowało, żebym się z nim spotkała, bo pewnie bym mu wybaczyła i znowu przechodziłabym przez to samo piekło. Ale wiadomo „obiecywał, że się zmieni, to trzeba dać mu szansę”. Uratowało mnie to, że zatrzymała go policja i znowu poszedł siedzieć.
Mama oczywiście mnie przyjęła, jest najwspanialszą kobietą na świecie. Pierwszy miesiąc dochodziłam do siebie i doszłam do wniosku, że na miejscu mnie nic nie trzyma i znajdę sobie pracę gdziekolwiek dalej z zakwaterowaniem. Jestem zawodową, profesjonalną kelnerką i znalezienie pracy nie było trudne. Znalazłam pracę 150 km od domu w prestiżowej restauracji w pięknym miejscu w górach. Stwierdziłam, że odcinam się od wszystkich i zaczynam od nowa. Wyjechałam.
Jako ksiądz pojechałem do sąsiedniej parafii odprawić mszę z okazji urodzin tamtejszego proboszcza. Zostaliśmy wcześniej zaproszeni na kawę, po czym zaczęliśmy zbierać się do uroczystości. Miałem zamiar skorzystać z toalety, ale zrobiło się zamieszanie, wszyscy już się zbierali i stwierdziłem, że jakby co, to przecież godzinkę wytrzymam. Pierwszy niepokój poczułem podczas kazania, kiedy już pęcherz się napełniał, a kazanie wydawało się nie mieć końca. W okolicach komunii już przestępowałem z nogi na nogę, stojąc na środku i udzielając sakramentu. I kiedy wydawało się, że to już koniec, to jak to na wsiach – zaczęły się życzenia od parafian, stowarzyszeń, przedstawicieli władz itp. Moja potrzeba i desperacja była już tak straszna, że siedziałem z założonymi nogami i pochylałem się co jakiś czas do przodu, udając, że poprawiam sutannę. Kiedy w końcu nadszedł moment błogosławieństwa, resztkami sił starałem się wytrzymać, a wychodząc ze mszy, dwa razy „uklęknąłem” próbując jeszcze chwilę wstrzymać, na co moi koledzy patrzyli zdziwieni. Dobrze, że sutanna zakryła mokre spodnie, skarpetki. Najgorsze jest to, że msza była filmowana i każdy, kto na mnie patrzył na tej końcówce mszy, na pewno się domyślił, jak bardzo musiałem do toalety.
Od niedawna zacząłem pracować jako pomocnik mechanika w firmie u bardzo bogatych ludzi. Pracuje tutaj jeden mechanik, a dzień w dzień jest mnóstwo roboty z autami. Powiedziałem szefowi, że potrzebujemy jeszcze kogoś do pomocy. Odpowiedzieli, że ich syn nam będzie pomagał. Nie jest zainteresowany autami ani zbyt pojętny — lekko mówiąc. Jest w liceum, więc wiadomo, że mechanikowi nic nie pomoże. Co chwilę przeszkadzał, raz nawet porysował skończony zderzak od Audi.
Umówiłem się z mechanikiem, że wyślę go po klucz wiolinowy (w liceum powinien wiedzieć, że z niego żartujemy, tym bardziej że to dość popularny wkręt dla praktykantów), żeby poszukał, bo jest potrzebny. Szukał go po warsztacie z godzinę. Powiedziałem, że nie wiem, gdzie jest i spytałem, czy wie, jak wygląda. Odparł, że tak, jak najbardziej wie! Potem poszedł około 5 kilometrów do domu i tam go dalej szukał.
Po godzinie od wyjścia młodego po klucz przyjeżdża szef. Nie mógł powstrzymać śmiechu. Powiedział, że gdyby wiedział, że młody na nic się nam nie przyda, toby zatrudnił pracownika. Nie wierzył, że ma takiego nieogara w rodzinie, cały czas wycierając łzy ze śmiechu. A od następnego poniedziałku będzie z nami pracował drugi mechanik.
Ustanowiliśmy sobie kiedyś z dziewczyną listę: „Piątka celebrytów, z którymi możemy uprawiać seks”. Dziś moja dziewczyna przespała się z jedną z tych osób.
Kiedy chodziłam do podstawówki, lubiłam sobie wyobrażać, że ktoś mi towarzyszy, że się mną opiekuje, przytula na dobranoc, słucha o moich problemach. Przybierał wtedy różne formy — raz był to dawno niewidziany wujek, innym razem anioł stróż.
Mając 15 lat, w mojej wyobraźni rolę wymarzonego towarzysza zaczęli przejmować prawdziwi ludzie: sympatyczny ksiądz uczący nas religii, kolega starszego brata. Później, w szkole średniej, niektórzy nauczyciele. Nie mam pewności, czy się w nich zakochiwałam. Nie wchodziłam z nimi w żadne podejrzane relacje, tylko wyobrażałam sobie, że mogłoby tak być. Bardzo kogoś takiego potrzebowałam, chociaż większość ludzi, którzy mnie znali, uważali, że świetnie sobie radzę sama. Tylko kilka uważniejszych osób widziało, że czegoś mi brakuje.
Miałam oboje rodziców, uprzedzając komentarze. Miałam też kilku chłopaków w moim wieku, ale wstydziłam się ich, nie czułam się przy nich zupełnie swobodnie, brakowało mi w nich czegoś.
Mając prawie 30 lat, poznałam mężczyznę po 50. To było to. Wszystko, czego potrzebowałam. Nie byłabym w stanie sobie wyobrazić lepszego wsparcia niż to, które on mi daje. Uskrzydla mnie w pomysłach, w przedsięwzięciach, w pewności siebie.
Tylko moi rodzice... wściekli się. Uważają, że zwariowałam. Że przestałam myśleć. Nijak nie mogę im wytłumaczyć, że to jest właśnie to, co mnie uszczęśliwia.
Po roku pracy miałam takie szczere spotkanie z szefem, na którym każde z nas mówiło, czego oczekuje od tego drugiego i jakie ma plany na siebie w przyszłym roku. Fajny, miły, taki szczery ludzki motyw, prawda?
Wyszłam z tego spotkania bezrobotna.
Dodaj anonimowe wyznanie