Zacznę od tego, że mam dwanaście lat.
Przed wakacjami zauważyłam, że moje koleżanki i koledzy z klasy (mojej i równoległej) się tną. Przyjaźnię się z nimi, więc mówiliśmy sobie wszystko.
Po dwóch tygodniach patrzenia na to, jak dziewczyny wycinają sobie jakieś serduszka przy nadgarstkach, a chłopaki zwykłe kreski, postanowiłam iść do pani pedagog.
Zostałam godzinę po lekcjach, aby nikt nie widział że chociażby wchodziłam do gabinetu psychologa szkolnego.
Opowiedziałam wszystko. Że moja najlepsza przyjaciółka najprawdopodobniej tnie się przez ojca, a reszta robi to dla fejmu, dlatego że to jest "modne".
Sama nigdy, powtarzam NIGDY, nie samookaleczyłam się, bo zwyczajnie nie miałam powodu. Moim zdaniem cięcie się nie rozwiąże żadnego problemu.
Dzień później, pani zabrała wszystkie siedem osób (pięć dziewczyn i dwóch chłopaków), na, jak to później stwierdzili, przesłuchanie.
Było mi strasznie głupio, bo przed rozmową z panią psycholog, pomagałam im zakryć blizny i małe strupki kremem bb oraz korektorem.
Gdy wrócili, stwierdzili że to pewnie taki chłopak z ich klasy, którego nie lubią, ich "podkapował". Nawet nie podejrzewają że to mogłabym być ja.
Mimo to, uważam że zrobiłam słusznie, ponieważ okazało się, że nad jedną z moich koleżanek znęca się macocha, a na innej rodzice wywierają ogromną presję jeśli chodzi o naukę.
I jak już wcześniej wspomniałam, według mnie nie warto się samookaleczać, dlatego nie rozumiem jak mogły wpaść na tak głupi pomysł, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
Idąc chodnikiem, czas temu jakiś, usłyszałem młodzież okołogimnazjalną, w której to dwóch osobników płci prawdopodobnie zbliżonej do męskiej obrzucało młode samice końskimi zalotami w formie słów niecenzuralnych rozpoczynających się na literę "k" lub zgłoskę "dzi". Wtenczas jedna z przedstawicielek płci niemęskiej odwróciła się do swego "zalotnika" i wykrzyczała mu w twarz "Chodź tu do mnie, to tak ci obciągnę, że wciągniesz dupą spodnie i dopiero wtedy będziesz mógł mnie nazywać swoją dziwką". Po tych słowach nieco zmieszany oddaliłem się czym prędzej w kierunku pobliskiego parczku, w którym lubię karmić kaczuszki, bo nie było we mnie dość zainteresowania, by oglądać proceder wciągania dupą tych spodni.
Jestem autorką wyznania #m1Qve. Chciałam opisać moją pierwszą (i ostatnią) randkę z kanareczkiem. W komentarzach zarzucaliście mi że akcja jest zmyślona i szczeniacka. Nie była zmyślona, ale zgadzam się w pełni, że głupia.
Z Piotrkiem umówiłam się w sobotę ok. godziny 15.00. O 18.00 zaczynał się koncert w filharmonii, na który kupiliśmy bilety. Mieliśmy więc 2 godziny na rozmowę w kawiarni. Gdy przyszedł, jego ubiór niezbyt przypadł mi do gustu. Miał na sobie koszulkę polo i spodenki do kolan w szkocką kratę. Oczekiwałam od niego bardziej stosownego ubioru, dlatego nie rozpoznałam go od razu. On podszedł, popatrzył na mnie i (bez przywitania) zapytał, czemu się tak bardzo umalowałam (miałam delikatny makijaż).
W kawiarni rozmowa niezbyt się kleiła. On odpowiadał mi krótko i sztywno, unikał kontaktu wzrokowego. Szczytem było, gdy wstał od stołu i powiedział "Idę srać". Gdy wrócił, nastała pora płacenia - oświadczył, iż nie wziął ze sobą portfela, dlatego musiałam zapłacić za nas oboje. Gdy wyszliśmy powiedział, że chyba powinien się jednak przebrać, a do jego domu jest tylko 100 metrów i czy nie możemy do niego podejść. Zgodziłam się. Po drodze podszedł do kiosku i kupił paczkę papierosów (a podobno nie wziął portfela).
W jego mieszkaniu zaproponował, abym zostawiła teczkę (szłam na tę randkę od razu po wykładzie), a przyjedziemy po nią po koncercie. Moja zgoda to był BŁĄD przez duże "B" i "Ł" i "Ą" i "D".
Na koncercie po ok. godzinie coś się stało i zarządzono 45 minut przerwy technicznej. Wszystko fajnie, ale mieszkam na totalnym zadupiu, a ostatni autobus miałam o 22.30. To oznaczało, że jeśli koniec planowany na 21.00 przedłuży się o 45 minut, to na 100% nie zdążę. Dlatego z koncertu chciałam wyjść o 21. Jednak Piotr zaproponował, abym spała u niego. Co to to nie! Po moim ostrym sprzeciwie powiedział, że on nie ma zamiaru się zrywać wcześniej i albo śpię u niego, albo bulę na taksówkę. Okłamałam go i powiedziałam, że jeśli da mi klucze, to będę czekać u niego w mieszkaniu, ponieważ bardzo źle się czuję. Łaskawie dał mi te klucze, ponieważ byłam już w stanie wybuchowości nadnaturalnej. Poszłam tam, teczkę wzięłam, klucz wbiłam w ziemię od kwiatka na klatce schodowej, napisałam mu SMS, w którym poinformowałam o zerwaniu kontaktu i o kluczu w doniczce i pojechałam do domu.
Nigdy już nie odwalę takiej żałosnej akcji. Nigdy.
Dziadkowie, u których się wychowywałam, byli bardzo nadopiekuńczy. Do tego stopnia, że nie pozwalali mi słuchać radia. Z obawy, że miałabym wbić sobie antenkę z radia w oko(?), musiała być ona zawsze złożona, a wtedy jak wiadomo radio nie działa.
Niedawno mając 19 lat odwiedziłam dziadków. Zgadnijcie kto dostał polecenie złożenia antenki...
Raz będąc bardzo pijany, chciałem iść do Żabki, by kupić coś na dopicie się. Była to godzina mniej więcej 4:30, a żabkę otwierają o 6...
W tym celu przestawiłem na pulpicie godzinę właśnie na 6 rano i poszedłem do Żabki. Jak się domyślacie, nie przesunąłem czasu do przodu i zamiast tego stałem tam godzinę czekając aż otworzą tylko po to, żeby dowiedzieć się, że w tym stanie mi nie sprzedadzą.
Chłopak zabrał mnie na randkę do Castoramy.
Dużo osób sądzi, że jestem uzdolniona plastycznie. Zdarza mi się nawet czasem sprzedawać swoje prace. Ale zachowanie większości "klientów" to szczyt chamstwa i cebuli.
1. Dziewczyna, z tego co widać na profilu na fb to jest pełnoletnia, zamówiła portret swojego psa, miała przed rysowaniem wpłacić zaliczkę. Moja wina. Nie dopilnowałam. Zaliczki nie dostałam, a portret skończyłam. Wszystko było pięknie i bardzo się podobało, do czasu płacenia. Usłyszałam "mama mówi, że nie jest w ogóle podobny i nie zapłaci, chyba że zjedziesz bardzo z ceny".
2. Mężczyzna, koło 30, zamówił portret dla narzeczonej. Po skończonym rysowaniu wysyłam rysunek do zaakceptowania i dostaję pytanie "czy mogę wysłać teraz, a zapłaci mi w następnym miesiącu, bo teraz z pieniążkami krucho". Pracy nie wysłałam, zapłatę przekłada już 5 miesięcy.
3. Maluję również na ubraniach. Nie liczę już ile pretensji słyszałam o tym, że "za drogo i ja mogę takie za 30 zł najwyżej kupić". Za malowanie na koszulce biorę 80zł, a potrafię nad jednym wzorem siedzieć nawet 15 godzin, specjalne farby do tkanin też do tanich nie należą. Już pomijam pretensje o złe jakościowo koszulki, które są ze 100% bawełny i ze sprawdzonego źródła. Ludzie wolą, żebym malowała na takich po 60 zł, bo koszt koszulki mam przecież wliczony w cenę...
4. Już nie rozdrabniam się nad wyzwiskami w moim kierunku, kiedy nie chcę czegoś zrobić za darmo albo zejść z ceny, przecież będę miała do portfolio. Lub kiedy dostaję zdjęcia tak słabej jakości, że nie mam jak podjąć się zadania i odmawiam realizacji.
Kochani, szanujmy pracę innych.
Niech mi ktoś wyjaśni, jak to jest, że mój dwudziestosiedmioletni brat po każdej dwójce zostawia obsrany kibel i chodzi mi tu też o deskę sedesową.
Pan prawnik, kurwa, wyższe sfery, jak to mawia, a do głupiego kibla trafić nie umie.
Wynajmuję pokój w mieszkaniu 3-pokojowym. W jednym z pokoi mieszka dziewczyna, w drugim ja z chłopakiem, a w trzecim... Ukrainka. I, żeby nie było, nie mam nic do obcokrajowców. Uważam po prostu, że jeśli zdecydowali się bądź nawet jeżeli nie mieli innego wyboru i zamieszkali w naszym kraju, to mogliby się dostosować do panujących warunków tutaj, nauczyć się choć podstaw naszego języka itp. Ale do brzegu...
Wyżej wymieniona Ukrainka jest to dziewczyna młoda, przybyła do Polski w marcu na skutek wojny w swoim kraju. Dziewczyna pracuje. Ale... Myje się w samej wodzie, śmierdzi od niej potem. Po prostu. Pranie też chyba wstawia w samej wodzie, nie używając żadnego detergentu. Suszarka z praniem stoi w korytarzu, to pranie śmierdzi tak samo jak ona. Mamy cotygodniowe dyżury, w których każdy po kolei sprząta w częściach wspólnych w mieszkaniu. Pewnego dnia wpisała ona na liście datę i swoje imię, że niby sprzątała. Mieszkanie było w takim samym stanie, czyli było nieczysto, jak przed jej „sprzątaniem”. Pranie wstawia o godzinie 1 w nocy. Mamy do pokoi drzwi przesuwne, nie zamykające się na żaden zamek, więc wszystko słychać i pralkę w korytarzu również. Kąpie się o dziwnych porach, bo też nocnych. I nie, nie dlatego, że o tej godzinie kończy pracę. Absolutnie. Ja z pracy wracam ok. 22, ona już wtedy zawsze jest w mieszkaniu i miałaby czas się wykąpać i wstawić pranie o ludzkiej porze. Ale nie. Trzeba po nocy.
Dzisiaj nie wytrzymałam. Kąpała się, była w łazience z pół godziny. Chciałam skorzystać z toalety (niestety nie mamy oddzielnej). Nie mogłam. Kiedy wyszła, powiedziałam jej, że o tej porze nikt się nie kąpie. Że o tej godzinie ludzie śpią. Wszyscy wstajemy wcześnie do pracy, prócz niej. Powiedziała, że jej to nie obchodzi i to nie jest za późna pora na mycie się. Powiedziałam, że od niej śmierdzi, że jej pranie śmierdzi itd., tzn. bardziej podniesionym tonem to powiedziałam. Ona na to, że nie mam prawa jej mówić co i kiedy ma robić. Ja się z tym nie zgadzam. Jest mniejszością. To ona ma się dostosować do warunków panujących w mieszkaniu, a nie my wszyscy do niej. Mieszkam tu już 4 lata i żadna osoba, która zachowuje się w ten sposób, nie będzie mówiła, że ona ma to gdzieś i będzie robiła co jej się żywnie podoba. Zagotowało się we mnie. W końcowym efekcie dziewczyna się popłakała. Powiedziała, że nie chce więcej ze mną rozmawiać. Okej. Zrobiło mi się trochę głupio. Napisałam o tym zdarzeniu do właścicielki mieszkania. Zobaczymy co z tego wyniknie. A Wy, co sądzicie? Postąpiłam słusznie czy raczej przekroczyłam jakąś granicę?
Wychowywałam się w patologicznej rodzinie – może nie skrajnej, ale nie było dobrze. Mój ojciec, emerytowany policjant, lubił sobie wypić, a matka była współuzależniona. W domu wieczne imprezy i awantury o brak pieniędzy. Tak naprawdę przez moje wczesne dzieciństwo wychowywała mnie starsza o 16 lat siostra.
Jak miałam 12 lat, zmarł mój ojciec, wkrótce po tym matka sama z siebie przestała pić (sic!). Rzekomo bardzo źle się poczuła i przestraszyła się, że będę sierotą. Nadal jednak cierpi na choroby natury psychicznej (depresja, omamy, etc.). Obecnie sytuacja jest pod kontrolą – głównie dlatego, że ja i moja siostra wzięłyśmy na siebie zobowiązania finansowe matki.
Dorastając obiecałam sobie, że nie chcę żyć w takich warunkach – chcę mieć stabilność finansową i być „kimś”, jak już skończę naukę.
Przewińmy teraz czas o prawie 20 lat – faktycznie część postulatów udało mi się osiągnąć. Mam rozwojową i dobrze płatną pracę w branży, gdzie jest „rynek pracownika”. Jednakże od 12 lat (odkąd skończyłam 18) wspieram matkę finansowo – opłacam jej czynsz, który notabene jest horrendalnie drogi (ponad 800 zł), do tego dokładam się na jedzenie czy inne wydatki. Oczywiście muszę jeszcze utrzymać się w Warszawie, gdzie obecnie mieszkam. Moja starsza siostra, mimo że mieszka z matką, nie jest w stanie przejąć zobowiązań finansowych, ponieważ spłaca ogromny kredyt (ponad 70 000 zł), który wzięła, żeby spłacić długi matki – ale na to potrzeba całkowicie oddzielnej historii.
Dodam, że moja matka ma minimalną emeryturę, przepracowała niewiele w swoim życiu, za to „jej się należy”, a tylko przez to, że inni się na nią uwzięli, nie poradziła sobie w życiu. Nic osobiście nie osiągnęła, a większość mojego dzieciństwa przepiła. Co zabawne, teraz kiedy jest w całkiem stabilnym stanie psychicznym, to wygląda na bardzo elegancką seniorkę.
Sytuacja jest patowa – bez wsparcia mojego i siostry matka by się stoczyła na dno. Pomagam, ponieważ kocham matkę, a w karierze dążyłam do tego, żeby mieć na tyle komfortową sytuację, żeby te pieniądze tak bardzo nie obciążały mojego budżetu domowego. Cały czas jednak duszę w sobie takie ogromne poczucie niesprawiedliwości. Mam wrażenie, że całą energię poświęcam na utrzymywanie matki, a w ogóle nie mam czasu ani chęci na założenie własnej rodziny. To co zdefiniowało mnie we wczesnym dzieciństwie – wyjście z tego bagna na ludzi – przekształciło się w jakiś twór, że nie mogę w pełni czuć się wolna, dopóki nie ureguluję wszystkich problemów w domu.
I taka myśl nachodzi mnie na koniec. W biednych państwach, gdzie system emerytalny praktycznie nie istnieje, jest tylko jedno zabezpieczenie na starość – potomstwo. Muszę przyznać, że moja matka całkiem nieźle się zabezpieczyła.
Gorzej ze mną.
Dodaj anonimowe wyznanie