Moja dziewczyna wybrała się do sklepu „po jedną rzecz”. Wydała pół mojej pensji, w efekcie ledwo starczy nam na czynsz i opłaty w tym miesiącu.
Gdy spytałem dlaczego postąpiła tak lekkomyślnie, stwierdziła, że to dla mojego dobra, bo „jak zabraknie kasy na jedzenie, to może w końcu schudnę”. Dodała, że będzie tak robić każdego miesiąca, aż pozbędę się nadwagi.
Chyba faktycznie nie pozostaje mi nic innego jak pozbyć się – dziewczyny.
Pracowałam przez jakiś czas na tzw. obieraku w firmie cateringowej. Robota ciężka, dłonie bolały, wiele warzyw, które się same nie przerzucały, w niektóre dni byłam naprawdę urobiona; pracowałam na 1/2, czasem pomiędzy 1/2 a 3/4 etatu (często robiłam nadgodziny, stąd wymiar czasu pracy płynny).
Ludzie patrzyli na mnie z nieukrywaną pogardą i pożałowaniem, no bo co to za praca. Znajomi nie patrzyli w ten sposób, ale dało się wyczuć, że mi współczują i kibicują, żebym stamtąd uciekała.
Pracę zmieniłam, pracuję w biurze, siedzę wygodnie, czysto, w klimie, awans społeczny, ble, ble, ble.
Nikomu jeszcze nie przyznałam się, że gdyby nie to, że poważnie zaczęło mi to szkodzić na dłonie, np. nie miałam czucia w trzech palcach już prawie cały czas, a rano ręce bolały tak bardzo, że nie mogłam sobie zrobić śniadania, to bym tam została, brakuje mi tej pracy. Załoga była sympatyczna, miałam darmowe obiady, a przede wszystkim miałam godzinową niezależność – przyjść mogłam, o której chciałam, byle było zrobione, więc przychodziłam na 8:00 bez obawy o spóźnienie i po pracy cały dzień wolny, no bo etat niepełny. Pensja nie była zła, pracowałam sama, nikt mi nad głową nie stał, nie użerałam się z klientem ani z nikim, bo szefostwo było spoko.
Gdyby nie ręce, wróciłabym do tej poniżającej według społeczeństwa pracy.
Miałam jechać z tatą na zakupy, w samochodzie zobaczyłam, że nie wzięłam portfela, więc dwa kroki do domu, wzięłam co trzeba, z powrotem w samochodzie.
Zostałam zwyzywana od nieodpowiedzialnego gówniarza.
- Przepraszam, że zmarnowałam dwie sekundy twojego czasu.
- Zmarnowałaś go o wiele więcej.
Trzeba było się nie ruchać.
Spotykałam się kiedyś z chłopakiem, w domu którego żelazną ręką rządziła mamusia. Nieważne, że ktoś z domowników nie lubił np. ryżu, ona uwielbia, jest na obiad, masz zjeść i kropka. Podobnie było z potrawami, których nie znosiła. Nigdy ich nie robiła, nieistotne, że reszta przepadała. Nie pozwalała nawet przyrządzać tych dań komu innemu. Dobierała garderobę całej rodzinie, zajęcia dodatkowe itp.
Mój ówczesny uznawał, że to idealny model rodziny... tylko że na odwrót. Próbował mi dyktować, co mam nosić, jak układać włosy i się malować, z kim się zadawać. Spokojne tłumaczenia, a potem kłótnie, nic nie dawały; próbowałam utrzymać ten związek, bo poza tym był naprawdę wartościowym facetem - niestety, nie docierało do niego, że para = kompromis, a nie poddaństwo. Odeszłam.
Próbował mnie przekonać, bym do niego wróciła, równo pięć lat, imając się różnych sposobów. W końcu dał sobie spokój.
Rok temu spotkaliśmy się ponownie na gruncie zawodowym. On żonaty, ja zamężna, rozmawiamy sobie na luzaku. Opowiada mi o swojej córce (bezimiennie), uważnie mnie obserwując. Ja gratuluję z uśmiechem, no bo co? On mówi, że nigdy nie czuł się tak szczęśliwy. Ja - taka sama reakcja.
Wtedy on pierdzielnął papierami w stół i wyszedł z wrzaskiem: "To powinnaś być ty!".
Szokers.
Siedzę, trawiąc to, co usłyszałam. A on się wraca: "Zapomniałem tabletu. Mam tam wszystkie zdjęcia mojej (imię córki)". I znów wychodzi.
Szokers nr 2. Nazwał córkę moim imieniem.
Nie ogarniam ludzi.
W weekend byłam z rodzicami w pewnym sklepie. Sklep ten ma drzwi, które otwierają się automatycznie, takie rozsuwane. Jak płaciłam za zakupy, te drzwi przyskrzyniły rękę jakiemuś dziecku. Jego matka przybiegła dopiero, gdy usłyszała krzyk dziecka. Natomiast mi zaimponowała postawa ochroniarza, który włożył w drzwi swoją rękę, aby te się zatrzymały i nie wciągnęły dalej rączki dziecka. Efekt był taki, że matka w złości zabrała dziecko, a ochroniarz został z całą poszarpaną i zakrwawioną ręką.
W moich oczach ochroniarz (był to starszy pan) został bohaterem. Podziwiam takich ludzi. Ja dałabym podwyżkę :)
Oglądanie "Wiadomości" może straumatyzować dziecko. Miałam tak, gdy w dzieciństwie zobaczyłam relację o tsunami na Sumatrze. Przeraziłam się i zapytałam, czy u nas też tak może się stać (mieszkam blisko morza, choć nie nad samym). Mama powiedziała, że nie. Trochę mnie to uspokoiło, ale nie całkiem, bo przecież w życiu nigdy nic nie wiadomo. Wiele lat śniło mi się, że stroję nad brzegiem morza i widzę gigantyczną falę, która nadpływa i czuję tylko wielki strach. Nadal mi się to śni, ale rzadziej.
Podobnie było z ptasią grypą w Polsce. Koleżanka dała mi figurkę kaczora, który na głowie miał puch. Powiedziała, żeby nie dotykać puchu, bo można się zarazić ptasią grypą. Spytałam mamę i powiedziała, że nie można. A ja znowu pomyślałam, że i tak lepiej uważać, na wszelki wypadek.
Byłam dzieckiem nauki, tłumaczono mi wiele rzeczy, ale może gdyby wtedy, w tamtych przypadkach, pomimo tego, że jeszcze nie chodziłam do szkoły, wytłumaczono mi dokładnie, skąd się bierze tsunami i dlaczego u nas go nie będzie, albo ile dni żyje wirus ptasiej grypy, uwierzyłabym, że nie ma się czym martwić.
Przykro mi, gdy pomyślę, co dzisiejsze dzieci zapamiętają z programów informacyjnych.
Przedstawię wam moją kuzynkę, Natalię. Jest dla mnie jak siostra, jej mama jest siostrą mojego taty i mieszkałyśmy za dzieciaka obok siebie - ona w domu rodzinnym mojego taty, my w wybudowanym na sąsiedniej działce domku. Jest ode mnie rok starsza.
Kiedy byłyśmy dziećmi, co niedzielę należało grzecznie dreptać do kościoła, obowiązkowo roraty, drogi krzyżowe, sypanie kwiatów w oktawie Bożego Ciała itd. Dorośli bardzo tego pilnowali, jednak nie było to ze strony naszych rodziców czy dziadków wymuszane - tak byłyśmy nauczone i nikt z tym nie dyskutował, ot zwykła niedziela dzieci z lat 80/90 - rano Hugo, potem msza, na obiad rosół i schabowy przy Familiadzie.
Minął czas, dorosłyśmy, wyszłyśmy za mąż. Kuzynka z mężem długo starali się o dziecko, jedno stracili, więc kiedy okazało się że Natalia jest w ciąży oboje oszaleli ze szczęścia. Jednak u Nati poszło to trochę za daleko - uznała, że ciąża, w dodatku bliźniacza to cud, sam Bóg ujrzał jej rozpacz i pragnienie macierzyństwa i wysłuchał modlitw. Od tej pory zamieniła się w takiego mohera w skórze 30-latki, kiedy się widziałyśmy potrafiła na przykład spytać czy byliśmy w kościele, a jeśli nie, to dlaczego. Sama w maju nie opuściła ANI JEDNEGO nabożeństwa.
Kiedy urodziła dwie śliczne dziewczynki, zabroniła nawet swojemu mężowi tak zwanego "pępkowego" - powiedziała mu, że trzeba iść do kościoła Bogu dziękować za dzieci, a nie z kolegami na wódkę.
Ich dziewczyny już od małego są uczone pościć w piątek, modlić się, ale co do tego nie mogę mieć pretensji bo to w końcu jej dzieci. Gorzej, że kiedy się widujemy potrafi powiedzieć moim synom (7 i 5 lat), że "Bozinka jest zła, bo nie byliście w kościółku", albo przepytywać starszego jak ksiądz na katechezie z pacierza, przykazań itd.
Dzieci i mąż zaczynają mi się buntować, niechętnie jadą ze mną do kuzynki, młody ostatnio zapytał o Boży Gniew - serio, nastraszyła czterolatka Apokalipsą... Ja też jestem wierząca, ale moim dzieciom przedstawiam Boga jako dobrego ojca, troskliwego i opiekuńczego, a nie zagniewanego na dziecko, które opuściło mszę lub miało ochotę na kanapkę z szynką w piątek. Nie jesteśmy święci, nie chodzimy w każdą niedzielę na mszę, ale staramy się wychować synów na dobrych ludzi. Natalia jednak stawia Kościół na pierwszym miejscu i nijak nie możemy się w tej dziedzinie porozumieć.
Nie ma w tej historii nic anonimowego, może jednak ktoś z was jest w podobnej sytuacji i podpowie jak zachować bliskie relacje z kuzynką, a jednocześnie pozostać przy swoich przekonaniach.
Mówcie co chcecie, ale uważam, że powinny być kamery na zapleczach fabryk, sklepów itp., a w większości ich nie ma. Prawdopodobnie osoby palące się oburzą, ale trudno. Każdemu pracownikowi przysługuje parę minut przerwy. PARĘ... a nie godzina albo więcej naliczona w ciągu całego dnia. Osoby niepalące na tym cholernie tracą. Parę minut a kilkadziesiąt jest różnicą. Jaki morał? Chyba trzeba zacząć palić, zamiast pracować za jakieś osoby, które mają wywalone na wszystko i idą 50 razy na peta.
Za czasów studenckich mieszkałem razem z swoją dziewczyną, a dokładniej to ona mieszkała w wynajmowanym przeze mnie mieszkaniu.
Z pewnego powodu musiała nagle znaleźć sobie własne lokum. Po pewnym czasie doszły do mnie ciekawe "pochlebstwa" na mój temat opowiadane przez wtedy już ex.
Ta, byłem okropny, dokładnie po tym jak przez 3 miesiące wymigiwała się od sprzątania, zagroziłem, że albo zaczyna sprzątać po sobie albo z nami koniec. Ale najlepsze jest to, że według niej szmata do wycierania kurzy jest nie wiadomo jakim zagrożeniem i trzeba ją od razu do kosza wywalić. Gdy już pozbyła się w niezwykle krótkim okresie wszystkich szmat jakie były w mieszkaniu, za radą swojej mamusi postanowiła wykorzystać stare koszulki, tyle tylko, że nie swoje, a moje. Takim oto sposobem moja koszulka z logiem drużyny, do której należałem, a dokładnie z okazji rocznicy założenia, zastała pocięta na szmaty. Jedynie cudem dzięki któremu nie siedzę teraz za kratami jest to, że miałem 2 takie koszulki. Na tej drugiej były podpisy wszystkich członków drużyny i trenerów w tym takich, którym niestety przez ten czas (chyba jakie 3 lata wcześniej była ta rocznica) przyszło zejść z tego świata
Czekając na autobus całkowicie się rozkleiłam. Byłam pewna, że jestem sama, więc nie powstrzymywałam płaczu. Po chwili usłyszałam czyjś śpiew. Nie byłam na przystanku sama. Przede mną jakiś chłopak szeroko się uśmiechając śpiewał “I love you baby”. Rozpłakałam się jeszcze bardziej, ale już nie ze smutku. A on do dzisiaj mi śpiewa, kiedy mam zły humor.
Dodaj anonimowe wyznanie