Niecałe 5 lat temu moja mama i tata się rozwiedli (rozwód z winy mamy). Ja i siostra zamieszkaliśmy z tatą. Mniej więcej rok później tata spytał mnie, czy znam jakieś internetowe strony randkowe. Chciałem żeby kogoś sobie znalazł, więc założyłem mu konto w jednym z serwisów, pokazałem co i jak, pomogłem z profilem.
Po paru tygodniach poznał tam kobietę, która teraz z nami mieszka i nawet planują ślub. Dla niego jest milutka, ale dla mnie i dla mojej młodszej siostry chamowata i wredna. Mam wrażenie, że zależy jej tylko na kasie. On jednak jest zaślepiony i niczego nie dostrzega.
Nigdy sobie nie daruję, że założyłem mu to głupie konto w serwisie randkowym.
Kilka lat temu wcześnie rano (wg moich ówczesnych standardów 10 rano to było wcześnie rano) miałem jakiś zły sen i obudził mnie dźwięk pukania do drzwi i jakby kobiecego płaczu (?). Myśląc, że ktoś potrzebuje pomocy zerwałem się pobiegłem otworzyć drzwi, mimo że miałem na sobie tylko spodnie od piżamy. Otworzyłem, a tam dwie młode kobiety.
Wyglądały na zmieszane. Spytały czy może przyszły w złym momencie, czy mają przyjść później, ale powiedziałem że “Nie, spoko”. Wtedy zaczęły swoją gadkę i okazało się, że są ze światków Jehowy. Po chwili podziękowałem i zamknąłem drzwi.
Wtedy spojrzałem w dół i zobaczyłem, że miałem rozpięty rozporek i mój wacek wisiał cały czas na zewnątrz piżamy.
Będąc małą dziewczynką byłam strasznym łasuchem. Wyjadałam wszystkim słodycze, które póżniej zaczęli chować przede mną. Ale ja i tak miałam swoje sposoby, żeby je odnaleźć i chociaż troszeczkę spróbować.
Tak trafiło na moją babcię, wkradłam się do jej szafki, a że nie było nic innego tylko bombonierka to otworzyłam ją tak żeby nie było widać - 30 lat temu nie były tak pakowane jak teraz. Wyjadłam połowę i schowałam z powrotem.
Po jakimś czasie babcia wybrała się do lekarza, a ja jej towarzyszyłam. Weszłyśmy do gabinetu lekarskiego, lekarz zbadał babcię, przepisał leki. Babcia zadowolona chciała podziękować lekarzowi i gdy moim oczom ukazał się prezent dla lekarza doznałam szoku. Była to właśnie ta bombonierka, której połowę po kryjomu wyjadłam. Lekarz pewnie był bardzo zadowolony z prezentu.
Gdy miałam 14 lat dziadek postanowił nauczyć mnie prowadzić samochód. Na początku nie umiałam wcale ruszyć z miejsca, bo za każdym razem charczało i gasło. Po kilkunastu próbach udało mi się wreszcie odjechać z piskiem opon.
Pojechaliśmy więc jego dżipem do lasu. Jadąc strasznie się bałam, że nie zmieszczę się na wąskiej ścieżce i wjadę do rowu. Później aby dostać się na polanę musiałam z przejechać przez górkę. Zapomniałam się, wcisnęłam gaz do dechy i polecieliśmy samochodem jak Małysz. Po wylądowaniu dziadkowi wypadł gibis z buzi, a ja byłam bardzo podekscytowania.
Później dziadek powiedział, abym pojechała do tyłu. Zagadałam się i wjechałam w drzewo. Cały tył był wgnieciony, a szyba wybita. Gdy dojechaliśmy do domu dziadek wyszedł z samochodu i padł na ziemię całując ją, że szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce. Tak skończyła się moja pierwsza jazda samochodem.
Pojechałem z rodziną na majówkę na Mazury. Piękny hotel obok jakiegoś zamku. Wiadomo bawialnie, place zabaw, nawet basen. No właśnie... basen.
Mam trójkę rodzeństwa, w tym dwoje młodszych. Wiadomo że już pierwszego dnia męczyli wszystkich by tylko tam pójść. Nazajutrz gdy rodzice wraz ze starszym bratem leczyli kaca ja zostałem posłany z dziećmi na basen. Oczywiście nie byłem z tego szczególnie zadowolony, ale co miałem zrobić? Więc poszedłem z nimi.
Hotel wielki, zgubiłem się dwa razy, młodszy brat zaczął płakać, że się zgubiliśmy. Pani z recepcji zaprowadziła nas. W hotelu mnóstwo ludzi, a basen całkiem mały. Na szczęście tym razem zdecydowana większość wolała zostać w pokojach, basen był prawie pusty. Było kilka starszych pań, wraz z jak sądzę mężami, i kilkoro dzieci z opiekunem. Oraz oczywiście ja z młodszym rodzeństwem.
Basen był w kształcie prostokąta a po prawej stronie miał niewielką wnęke gdzie były hydromasaże. Bawiłem się chwilę z dziećmi ale potem mi się znudziło i poszedłem na hydromasaże. Tam można było sobie usiąść, a woda masowala plecy. Po chwili przyszła starsza pani, chyba mnie nie zauważyła. Znalazła nowe zastosowanie tego urządzenia. Mianowicie zamiast posadzić swoje grube dupsko na ławeczce postanowiła na niej klęknąć. Tym sposobem woda zamiast masować jej plecy masowała jej... krocze. Nawet nie miał bym nic przeciwko gdyby nie to, że wydawała przy tym różne jakże nieprzyjemne odgłosy. Co chwilę tylko "hmmmmm... ooo... grrrr... ahhh" takim ledwie stłumionym głosem.
Pomyślałem że wyjdę ale w sumie dosyć miło mi się siedziało. Niestety starsza spragniona doznań pani postanowiła wzmocnić odczucia najpierw poprzez zgrabne ruchy bioder. Gdy zaczęła pomagać sobie ręką ledwie powstrzymując odruch wymiotny zabrałem dzieci i uciekłem z basenu.
Jak byłam mała i jeździłam z mamą nad jezioro to lubiłam sobie wypływać daleko, gdzie nie sięgałam gruntu. Miałam może 5-6 lat. Mama nie umiała pływać, więc ciągle krzyczała, że mam zawracać, bo się utopię.
Raz mi powiedziała, że za pomostem pływają krokodyle, i że jak będę tak wypływać, to któryś mnie może zjeść. Uwierzyłam i od tego czasu nigdy nie wypływałam za pomost. Miałam wtedy już słaby wzrok i raz siedząc na pomoście zobaczyłam, że coś pływa daleko na środku. Przestraszyłam się, że to krokodyl i do końca dnia nie chciałam już pływać.
Jakiś czas później w szkole na lekcji nauczycielka mówiła o zwierzętach, że niektóre żyją w innych strefach i nie ma ich w Polsce. Na przykład że krokodyli nie ma. Oburzyłam się, że opowiada głupoty, bo przecież w naszym jeziorze są. Całą lekcję kłóciłam się z nauczycielką i wmawiałam jej, że sama widziałam krokodyla w naszym jeziorze i że jak nie wierzy to niech się spyta mojej mamy, bo ona też widziała.
Rodzice powinni uważać, jakie głupoty wciskają dzieciom.
Kiedyś jako dziecko lubiłam wyszukiwać w gazetach w "Kącikach samotnych serc" różne numery i potem pisać i się podszywać pod kogoś z tego samego miasta. Raz trafiło mi, że napisałam do jakiegoś Warszawiaka. Facet wykształcony, inżynier, a nie skapnął się, że pisze z 10-11 latką. Pare razy nawet dzwonił i rozmawialiśmy sobie - ja oczywiście pełna powaga, nie wyczuwał podstępu. Pewnego dnia spytał, czy się umówimy pod multikinem. Nie miałam pojęcia gdzie to, bo mieszkam 200 km dalej, ale oczywiście się zgodziłam. Potem facet pytał się, w co się ubiorę i jak mnie rozpoznać. Wymyśliłam coś na szybko. Potem facet pisał do mnie smsy, gdzie jestem i czy przyjdę. Już nie odpisałam na żadnego.
Innym razem wymyśliłam jakiś numer i zaczęłam pisać z jakimś 30-latkiem, który zdradzał żonę. Pomyślał, że pisze jedna z dziewczyn, które poznał na weselu. Szło mi dobrze podszywanie się. Z nim także gadałam przez telefon. Raz nawet zadzwoniła do mnie wściekła żona, żebym zostawiła jego męża w spokoju. Ale jako dziecko miałam z tego wszystkiego ubaw. Facet bardzo podjarany, widać, że liczył na jakiś przelotny romans. Zaprosił mnie do hotelu, zapłacił za kilka dni i miał czekać na mnie. Oczywiście się nie pojawiłam.
Dzisiaj, z perspektywy 19-latki, trochę mi głupio, że tak się bawiłam, ale cóż, dziecko nie myśli.
Czasami przy moim chłopaku zachowuję się trochę infantylnie. Robię do niego głupie miny. Generalnie wykrzywiam się często gdy na mnie spojrzy. Nie wiem czemu.
Pewnego wieczora wracaliśmy do domu krakowskim tramwajem, siedzieliśmy na podwójnym siedzeniu, naprzeciwko którego była szyba, w której się widzieliśmy. Patrzyłam na jego odbicie i pokazałam mu język, oczywiście do wcześniej wspomnianej szyby. On się tylko uśmiechnął, a ja postanowiłam pójść krok dalej i zrobiłam głupią minę. On nie odwzajemniał mojej "śmiesznej" gry, więc w żartach pokazałam mu środkowy palec.
Dopiero parę sekund później, kiedy zobaczyłam minę zdezorientowanego mężczyzny, stojącego po drugiej stronie szyby i patrzącego ze zdziwioną miną w moją stronę uświadomiłam sobie, że cały czas mnie obserwował i chyba myślał, że kierowałam to w jego stronę. Obróciłam się i do końca podróży ani raz nie spojrzałam w jego stronę.
Ale z tego co mówił mój chłopak, pan patrzył na mnie wzrokiem szukającym wyjaśnienia do końca podróży, a wysiadając obrócił się jeszcze w moją stronę.
Siedziałam czerwona jak burak, ale w głębi duszy dziękowałam Bogu za to, że nie trafiłam na prawilnego mieszkańca Krakowa, który wybiłby mi takie zabawy z głowy... maczetą ;)
Jestem tegoroczną maturzystką. Pierwsze trzy egzaminy miałam za sobą, o godzinie 14:00 miała być obowiązkowa biologia rozszerzona. Jako, że od kilku dni męczyło mnie przeziębienie, ucieszyłam się gdy wstałam dobrze się czując. Z pozytywnym nastawieniem szykowałam się do wyjścia. Dodam jeszcze, że sprawdzałam odpowiedzi z dotychczasowych egzaminów i okazało się, że dobrze poszła mi nawet matematyka, podczas gdy mój korepetytor i nauczyciel spisywali mnie na straty. Tak więc niesprawiająca mi problemów biologia miała zakończyć moją dość przyjemną sesję egzaminacyjną.
Ubrana, uczesana, psychicznie i technicznie gotowa narzuciłam jeszcze szpilki i podeszłam do drzwi. Gdy próbowałam je otworzyć... zaciął się zamek. Robiłam wszystko co mogłam, by go otworzyć, ale nic z tego. Zadzwoniłam po pomoc. W końcu mnie wypuścili... o 14:06. Na egzamin będę musiała jechać do OKE do Gdańska. Dziękuję zamku.
To było już dawno temu. Miałam może z 6-7 lat. Mój wujek zachorował, wpadł w śpiączkę. Minął miesiąc, lekarze nie dawali mu najmniejszych szans. Właśnie byłam z mamą odwiedzić go w szpitalu. Przyszedł lekarz prowadzący i oznajmił mojej mamie, że wujek w najbliższych tygodniach umrze, że nie ma szans na wybudzenie...
Pamiętam, że popatrzyłam na lekarza i stanowczo powiedziałam, że to nie prawda i że wujek jutro się obudzi, bo bardzo chciał być na mojej komunii. Lekarz oczywiście popatrzył na mnie z politowaniem, pogłaskał mnie po głowie i powiedział że nadzieja zawsze jest dobra ale niestety...
Na drugi dzień, rano zadzwoniła do mamy ciocia z wiadomością, że wujek się obudził. Ot, takie dziecięce przeczucie. Wujek był na mojej komunii w świetnej kondycji i żył jeszcze długie lata.
Dodaj anonimowe wyznanie