To było jakieś 15 lat temu. Miałam wtedy 3 latka. Moja ciocia zerwała ze swoim narzeczonym, z którym ja także bardzo się zżyłam. Gdy przyszedł do naszego domu po raz ostatni żeby się pożegnać przyniósł ze sobą dużo słodyczy dla mnie (pracował za granicą i przywoził stamtąd smakołyki). Na pożegnie, gdy widziałam łzy w jego oczach powiedziałam: "Nie martw się, ciocia znajdzie mi nowego wujka.".
Chyba go tym nie pocieszyłam.
Mieszkam w małej miejscowości. Sąsiad niedawno złamał rękę i byłem mu pomóc naprawić coś przy domu. Akurat przyjechała jego córka, która studiuje w dużym mieście. Super laska, bardzo mi się podoba. Jak skończyliśmy to jeszcze zaproponowałem, że porąbię im drewno do kominka. Jestem silny i wyjątkowo sprawnie mi to wychodzi. Myślałem, że może zrobię na niej dobre wrażenie.
Po chwili podszedł do mnie jej ojciec i mówi ze strapioną miną "Tak jej nie zaimponujesz, znalazła już tam sobie chłopaka. Wydepilowany, zafarbowany, bardziej wymuskany niż ona sama...".
Kiedy byłam mała często chodziłam na spacery z dziadkiem. Trzymał mnie za rękę, żebym się nie przewróciła. Minęło 30 lat i też chodzę na spacery z dziadkiem, teraz moja kolej trzymać go za rękę.
Niebanalna historia, o której chcę opowiedzieć, wydarzyła się kilka dni temu podczas matury z biologii.
Kiedy małą grupką weszliśmy do sali, w której miał odbyć się egzamin, zajęliśmy miejsca. Do pełnej godziny, w której mieliśmy zacząć pisać było jeszcze kilka minut, które przeznaczyliśmy na rozmawianie z komisją o przyszłości. W komisji był nasz wuefista (starszy pan, z niewybrednym żartem), profesor od przedmiotów logistycznych (gościu ma ogromnego zeza!) oraz delegat z innej szkoły (rodem z kryminalnych).
Padały pytania na temat studiów, na które się wybieramy. Przyszła kolej na mnie. Z dumą odpowiedziałam, że chciałabym studiować ratownictwo medyczne. W sali cisza. Wszystkie oczy na mnie, a pan od wuefu: "Zanim ty dobiegniesz do poszkodowanego, to sama będziesz potrzebowała pomocy po drodze" (chodziło o to, że dostanę zadyszki z powodu papierosów) i cała sala w śmiech.
Cholera, cholera, cholera... nie mogę dać się ośmieszyć przed tyloma ludźmi. No i jak idiotka, ja, 20letnia dziewczyna, odpowiadam panu w wieku ok. 60 lat: "Niech pan się modli, żeby to pan nie był tym poszkodowanym".
Cisza! Pan czerwony na twarzy, zielony, a za chwilę fioletowy. Cholera, co ja powiedziałam... no nic, co się powiedziało już się nie odpowie. Spróbujmy to naprawić. Dodałam: "A nie, dla pana już teraz nie ma ratunku.".
O cholera! Czy można być bardziej upośledzoną foką i tak się pogrążyć? Nie sądzę...
Na szczęście wybiła pełna godzina i nadszedł czas na egzamin. Przez całe dwie godziny czułam palące spojrzenie pana z komisji, który siedział zaraz koło mnie.
Kiedy miałam 5 lat narysowałam dla mamy kwiatek. Pokolorowałam go i wycięłam. Był strasznie brzydki, łodyga była dwa razy grubsza od samych liści. Ale ja byłam zachwycona swoim dziełem. Kiedy już miałam go zanieść mamie, wpadłam na pomysł: "To kwiatek a kwiatki pachną! Popsikam go perfumami!".
Zamknęłam się w łazience i zabrałam z toaletki największy flakonik. Niestety wypadł mi z rąk i rozbił się o kafelki. Mama od razu przyszła zaniepokojona hałasem. Weszła i gdy to zobaczyła, usłyszałam tyko zrozpaczony głos: "Mój Chanel!". Tak to był Chanel 5 i w dodatku 100ml.
Ja nie wiedząc o co jej chodzi powiedziałam: "Kwiatek jest cały, a to tylko woda! Spokojnie!".
Byłam na zakupach. Szukałam sukienki, niestety w żadnym sklepie nie znalazłam odpowiedniej. Czyli takiej, która by mi się spodobała. Weszłam do ostatniego. Na manekinach wisiały śliczne kiecki. Jako, że jestem osobą praktyczną, zaczęłam oglądać metki, dotykać materiałów.
Podeszła do mnie ekspedientka z pytaniem, czy w czymś pomóc. W tamtej chwili "obmacywałam" kolejną sukienkę, którą miałam zamiar kupić. Zapytałam czy są jeszcze inne rozmiary. Wtedy "manekin" zaczął się śmiać razem z ekspedientką, a ja spaliłam cegłę trzymając za dół sukni drugiej ekspedientki, którą wzięłam za manekina.
Miałem do zrobienia sporą trasę samochodem. Zjadłem obiad, umyłem zęby, dla pewności żeby mieć długo świeży oddech użyłem jeszcze płynu do płukania ust. Wsiadłem do samochodu i w drogę.
Ledwo wyjechałem a natrafiłem na “rutynową kontrolę trzeźwości”. Miałem czyste sumienie więc dmuchnąłem, licząc że zaraz pojadę dalej. Policjant sprawdza wynik… patrzy na alkomat… patrzy na mnie… znowu na alkomat. Nic nie mówi, więc pomyślałem że pewnie czeka na wynik. W końcu spytał kiedy ostatnio piłem, a ja na to ze śmiechem “He he he niestety trzy miesiące temu”. Popatrzyłem na niego i po jego minie domyśliłem się, że jakimś cudem mój wynik nie był taki jak być powinien. Spytałem i policjant potwierdził moje obawy, ale widać było że jest sam zaskoczony wynikiem, musiał być bardzo wysoki.
Aż mi się zrobiło ciepło na myśl, że czeka mnie wycieczka na posterunek na badanie krwi. Przez chwilę sam zwątpiłem w swoją niewinność. Może się nawaliłem i nawet tego nie pamiętam? Gorączkowo próbowałem sobie przypomnieć czy może coś nieodpowiedniego jadłem albo piłem. Ale nie, nawet jeszcze w ustach miałem smak płynu do płukania ust… no właśnie! Płyn!
Powiedziałem mu o nim i na szczęście wyglądało, że go przekonałem. Spytał, czy mam jakąś wodę albo napój żeby przepłukać usta. Miałem Colę, napiłem się i porządnie wypłukałem nią paszczę. Ponownie dmuchanie, wynik 0, uff. Policjant tylko się zaśmiał, powiedział “Szerokiej drogi” i mnie puścił. Wychodzi że lepiej płukać usta Colą, niż płynem.
Miałam wtedy może 2 lub 3 latka. Znam to z opowieści. Często budziłam się szybciej niż mama, lecz byłam grzecznym dzieckiem, więc zajęłam się zabawkami. Po pewnym czasie mi się znudziły, więc postanowiłam złapać za najbardziej czerwoną szminkę jaką znalazłam. Pomalowałam sobie usta, buzię, potem mamy usta, twarz, a następnie poduszkę. Mama cały czas twardo spała. Zaraz naprzeciwko łóżka było lustro.
Wyobraźcie sobie minę i przerażenie mojej mamy, gdy obudziła się i zobaczyła "zakrwawioną", jak jej się wtedy wydawało, poduszkę, a dziecka obok niej nie ma. Szybko się zerwała, usiadła i zobaczyła swoją umazaną twarz. A ja zadowolona siedziałam na ziemi. Biedna mama, miała brutalną pobudkę.
Uwielbiam gotować. Uwielbiam też różne programy kulinarne i często korzystam z rad i przepisów. Dlatego też pomyślałam że przydałby mi się jakiś mały telewizor w kuchni.
Poszłam więc do sklepu nie dla idiotów. Chodzę tak przy tych telewizorach i czekam na sprzedawcę, nikogo nigdzie nie ma. Tak się szwędam między półkami czekając aż ktoś przyjdzie, bezmyślnie oglącając stojące na nich sprzęty.
W koncu ktoś się pojawił i pyta czy może w czymś pomóc. Więc mówię zgodnie z prawdą, że szukam jakiegoś małego telewizora do kuchni. W odpowiedzi usłyszałam tylko "Aha... hmm... jakby to powiedzieć... wie pani że to nie są telewizory?" Wtedy dotarło do mnie, że stoję przed półką na której stoją mikrofalówki...
Z zakupu niestety nic nie wyszło, a wybiegając ze sklepu widziałam tylko sprzedawcę biegnącego do kolegów przy kasach... cóż. Pewnie pomyśleli że ten sklep jednak nie jest dla mnie...
Niecałe 5 lat temu moja mama i tata się rozwiedli (rozwód z winy mamy). Ja i siostra zamieszkaliśmy z tatą. Mniej więcej rok później tata spytał mnie, czy znam jakieś internetowe strony randkowe. Chciałem żeby kogoś sobie znalazł, więc założyłem mu konto w jednym z serwisów, pokazałem co i jak, pomogłem z profilem.
Po paru tygodniach poznał tam kobietę, która teraz z nami mieszka i nawet planują ślub. Dla niego jest milutka, ale dla mnie i dla mojej młodszej siostry chamowata i wredna. Mam wrażenie, że zależy jej tylko na kasie. On jednak jest zaślepiony i niczego nie dostrzega.
Nigdy sobie nie daruję, że założyłem mu to głupie konto w serwisie randkowym.
Dodaj anonimowe wyznanie