Mieszkam w małej wsi gdzie jest niewielu mieszkańców i większość to starsi ludzie. Obok mnie mieszka pewna pani, która już ma ponad 80 lat. Traktowałam ją zawsze jak babcię, zresztą nadal ją tak traktuję. Czasami przychodziłam do niej na kawę i gadałyśmy o głupotach.
Miała ona swojego ukochanego psa "Lolka", był on bardzo wybrednym psem i musiał zawsze mieć najlepsze jedzenie. Pewnego dnia przychodzę do tej pani i czuję jak coś tak strasznie śmierdzi, poważnie myślałam że tam zwymiotuje. Wchodzę do kuchni i pytam "Co tak dziwnie pachnie?". Podeszłam bliżej kuchenki, patrzę, a tam w garnku 3 myszy... A babcia na to, że chciała podgrzać myszy psu "żeby miał cieplejsze". Od tamtego czasu nie jem ani nie pije już nic u niej. Do tej pory mam mdłości jak o tym myślę.
Kilka lat temu w gimnazjum na język niemiecki mieliśmy nagrać jakąś scenkę z działu "zdrowie". Miało to być coś typu wizyta u lekarza. Z dziewczynami chciałyśmy jak najlepiej i jak najbardziej wiarygodnie wypaść, żeby dostać dobre oceny. Napisałam scenariusz, wszystko przećwiczone, możemy zaczynać.
Nie chciałyśmy nagrywać w domu tylko na korytarzu w przychodni przy szpitalu. Korzystając z tego, że nie było żadnej kolejki spytałyśmy starszego lekarza, czy udostępni nam na chwilę gabinet do nagrania. Zgodził się. Ubrałam fartuch, grałam lekarza, koleżanki mamę z dzieckiem. Wszystko poszło szybko. Już zbieramy się do wyjścia i słyszymy pukanie, myślałam że to lekarz, więc powiedziałam "Proszę".
Jakiś koleś po 40 wszedł i się rozsiadł na krześle, nie wiedziałam za bardzo co zrobić, więc zdjęłam fartuch i chciałam wyjść z koleżankami, a facet zaczyna się na mnie drzeć, że co to za lekarze, jak traktują pacjentów, że nagle wychodzą, że za co im się tyle płaci. Ja stoję jak słup soli i nie wiem co powiedzieć, a koleżanki się ze mnie śmieją, i przytakują facetowi.
Na szczęście starszy lekarz usłyszał kłótnię i przybiegł, tłumacząc całą sytuację. A ja uciekłam, wciąż nie wiedząc co powiedzieć.
Mam młodszą siostrę. Gdy byłyśmy małe spałyśmy w jednym łóżku. Siostra zawsze lubiła przemieszczać się podczas snu. Pewnego razu, niczego nie podejrzewając, spokojnie zasnęłam jak zwykle. Obudziłam się w środku nocy, bo czułam jakiś ciężar na głowie. Okazało się, że kochana siostrzyczka jako pozycję do spania wybrała ułożenie się w poprzek łóżka. Wyglądało to tak, że głowę miała na swojej poduszce a tyłek na mojej, tuż nad moją głową. Kiedy udało mi się wydostać, poczułam, że mam mokre włosy. Nie wiedziałam co się dzieje, ale gdy zobaczyłam, że poduszka też jest mokra zrozumiałam... Siostra nasikała mi na głowę! Mama do dzisiaj żartuje sobie, że to była dobra odżywka dla moich włosów, ale mi wtedy nie było do śmiechu.
Tą sytuację pamiętam do dzisiaj. Jako piętnastoletnia dziewczyna pojechałam do ciotki (kociary) na weekend. Było wszystko fajnie, świetnie i w ogóle... Nadszedł wieczór, a ja spytałam cioci który żel do kąpieli będę mogła użyć. Moja krewna wtedy była lekko w innym świecie ponieważ rozmawiała przez telefon, natomiast przyszła do mnie i wskazała mi palcem wszystkie mydła w płynie które będę mogła wykorzystać. Wybrałam to które najładniej pachniało i zaczęłam się kąpać.
Po wyjściu z wanny wytarłam się ręcznikiem który wisiał na drzwiach od pralki, ubrałam się i wyszłam z łazienki. Koty jak jacyś tajni szpiedzy czatowały pod drzwiami i nie wiedzieć czemu od razu ruszyły za mną. Zdziwiłam się bo byłam pewna, że te dzikie stworzenia wręcz mnie nienawidzą, bo zwykle na mnie uparcie syczą.
Przez cały wieczór dziwacznie się do mnie łasiły. Gdy ciotka zaczęła coś podejrzewać to spytała mnie którym kremem do kąpieli się umyłam... Zaprowadziłam ją do łazienki i wskazałam na białe pudełeczko bez etykiety. Okazało się, że wykąpałam się mydłem w płynie przeznaczonym jedynie dla kotów. Plus! Żeby tego było mało... Wytarłam się ręcznikiem dla kotów.
Pożyczyłem od taty samochód żeby zabrać moją dziewczynę do restauracji z okazji naszej rocznicy. Ten samochód to kilkuletnie Audi, oczko w głowie mojego ojca. Pożycza mi go bardzo rzadko, z wielką niechęcią, a po zwrocie wnikliwie sprawdza czy czegokolwiek nie porysowałem, czy choćby pobrudziłem.
Gdy zaparkowaliśmy nieopodal restauracji, przy jednej z uliczek, moja dziewczyna zauważyła naszych wspólnych znajomych. Szybko wysiedliśmy i ich dogoniliśmy. Chwilę pogadaliśmy, potem poszliśmy do restauracji. Było bardzo sympatycznie i romantycznie, ale jak przyszło do płacenia i wyciągnąłem portfel to zauważyłem, że w kieszeni nie mam kluczyka od samochodu!
Przetrząsnąłem wszystkie kieszenie, nigdzie go nie było. Na samą myśl o dzwonieniu do ojca aby przyjechał po mnie z drugim kluczykiem, bo ten zgubiłem, zrobiło mi się słabo. W panice zaczęliśmy szukać kluczyka na podłodze, a potem wyszliśmy i szukaliśmy go na chodniku po drodze. Międzyczasie zrobiło się ciemno, więc jak tylko skręciliśmy w uliczkę, gdzie zaparkowałem samochód to od razu zauważyłem, że światła się świecą. Czyżby ktoś znalazł kluczyki i zbierał się od odjazdu? Pobiegłem sprintem, dopadłem samochodu, otworzyłem drzwi… w środku nikogo, a kluczyk w stacyjce.
Dziewczyna ledwie powstrzymując śmiech podsumowała litościwie “Każdemu może się zdarzyć”. Tak, jasne...
Pewnego razu, stojąc na przystanku autobusowym, w miejscu o natężonym ruchu (zarówno pieszych, jak i samochodów) zostałam poproszona o pomoc. Oczywiście nie byłoby w tym nic w tym nadzwyczajnego, gdyby nie popis inteligencji i taktu jaki dałam.
Podszedł do mnie pan w sile wieku i najzwyczajniej w świecie zapytał: "W którą stronę do przejścia podziemnego, aby przejść na drugą stronę ulicy?". Wyrwał mnie tym z zamyślenia i nie patrząc uważniej z kim mam do czynienia, rozejrzałam się pobieżnie, po czym rzuciłam: "NIE WIDZĘ". Chciałam mówić coś dalej, ale pan przerwał mi śmiejąc się donośnie: "Z nas dwojga, to raczej ja NIE WIDZĘ".
Był niewidomy.
Przedszkole, miałem może między 4 a 5 lat. Przedszkolanka pytała wszystkie dzieci kim chciałyby być. Padały standardowe odpowiedzi jak to dziewczynki marzyły by zostać księżniczką/aktorką/piosenkarką, chłopcy milicjantem (tak, to było dawno) lub strażakiem, a ja powiedziałem, że chciałbym być emerytem. Na pytanie dlaczego, odpowiedziałem, że nie musiałbym pracować, a dostawałbym pieniądze.
Po przepracowaniu jakiegoś czasu w sieciowej kawiarni poszedłem do pracy do super kawiarni na warszawskim Nowym Świecie. Zostałem przetrenowany i sprawdzony przez naczelnego baristę i tak pracowałem.
Jednak w sieciowej kawiarni nie było tak wymyślnych koktajli kawowych jak w moim nowym miejscu pracy. Pewnego dnia ktoś zamówił kawę bosmańską. W menu było napisane po prostu że jest to rum, więc niewiele myśląc poprosiłem kelnerkę o 100 rumu i dolałem ją do kawy. Jednak później dowiedziałem się, że powinienem był dodać tylko syrop o smaku rumu.
Nikt się nie skarżył, ale do dziś mam wyrzuty sumienia, co jeżeli ktoś np. wracał samochodem lub był członkiem AA. I walnął sobie moją kawkę bosmańską na rozbudzenie :)
Działo się to kilka dobrych lat temu w ostatniej klasie gimnazjum, na lekcji polskiego. Nauczycielka była kosą, miała dość nietypowe metody. Ludzie bali się odezwać w jakimkolwiek innym temacie niż ten lekcyjny.
Okupowaliśmy z kumplem jak zwykle "naszą" ostatnią ławkę, nagle zaczęło mu się nudzić i rozpoczął wypisywanie przeróżnych głupot w zeszycie... moim zeszycie. Wynikiem tego była nerwowa wymiana zdań, riposty z mej strony w jego zeszycie, aż w końcu, czytając to wszystko nie wytrzymaliśmy i głośny śmiech potoczył się po klasie. Wielkie oburzenie ze strony pierwszych ławek, pogardliwy wzrok nauczycielki i jej słowa "Ostatnia ławka za drzwi, ale już!".
Na jej słowa, reagując spontanicznie, we dwóch solidarnie wstaliśmy, złapaliśmy naszą ławkę i wyszliśmy razem z nią z klasy, wedle jej życzenia... Jej mina i miny pozostałych klasowiczów do dziś tkwią mi w pamięci...
Dostaliśmy od nauczycielki nakaz przyprowadzenia rodziców (czego nie zrobiliśmy) oraz "bana" na jej lekcje, do czasu aż przy wszystkich jej nie przeprosimy. Pudło czekoladek i bukiet kwiatów załatwiły sprawę, a nam głupie pomysły przestały przychodzić do głów... przynajmniej na jej lekcjach. Do dziś gdy spotykamy się na ulicy z tą nauczycielką śmiejemy się z tej akcji.
Jak byłam małym dzieckiem wraz z tatą i wujkiem wybraliśmy się samochodem na wycieczkę. Po jakimś czasie wujek krzyknął do taty: "Psy jadą!" (tak, chodziło o policję).
Stało się, zatrzymali nas. Tata uchyla okno, a ja jako młody dzieciak zaczęłam głośno dopytywać przy policjancie: "Tato, gdzie są te psy? Tato, gdzie są psy?". Mina policjanta była jedyna w swoim rodzaju.
Dodaj anonimowe wyznanie