Pewnego razu jechałem do pracy. Jako że nie mam samochodu, a autobus mi uciekł, pomyślałem, że pojadę na stopa. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Stoję i czekam, gdy nagle podjeżdża... czarne BMW. Otwieram drzwi, a w środku piękna blondynka, która oferuje mi, że podwiezie mnie skoro jedzie w tym samym kierunku. Zgodziłem się. Powiedziała, ze pojedziemy inną drogą, ponieważ tamtędy jest mniejszy ruch. No to jedziemy.
Nagle ona staje w lesie i wysiada. Pomyślałem sobie, że może ma jakąś potrzebę i nie może wytrzymać, więc grzecznie siedziałem w samochodzie. Po czym ona mówi, abym wysiadł, nie wiedziałem o co chodzi, ale wysiadłem. Mówi abym poczekał, więc czekam. Spoglądam na nią, a ona otwiera bagażnik samochodu i wyjmuje z niego łopatę i z powagą w głosie mówi, abym zaczął kopać dół. Pomyślałem sobie "O kurde stary już po mnie, ona chce mnie tutaj zakopać ". Ale myślałem, że jak grzecznie posłucham i to zrobię to nic mi nie zrobi, więc kopię.
Po jakimś czasie poczułem coś twardego pod łopatą, więc mówię jej, że tam chyba jest jakiś pień drzewa czy coś takiego. Odpowiedziała, żebym to wyciągnął. No i co? Ciągnę i ciągnę... po czym obudził mnie ból. No i dobrze, że się obudziłem, bo bym chyba urwał sobie me męskie przyrodzenie... Także tego...
Jak byłam mała zawsze chodziłam z mamą na zakupy do jednego z większych supermarketów. Był tam dział z warzywami i owocami. Aby kupić te produkty trzeba było je włożyć do plastikowej siatki, a następnie zważyć na wadze i przykleić naklejkę, na której była cena.
Kiedy już mama i ja wykładałyśmy potem zakupy na taśmę to notorycznie wyjmowałam z tych siatek połowę zawartości. Ponieważ byłam dobrym dzieckiem chciałam w ten sposób pomóc mamie zaoszczędzić. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mama zapłaci za pół kilo cebuli tyle co za kilogram. A zawsze kiedy jeździliśmy na wakacje w duchu myślałam sobie, że to dzięki mnie, bo te zaoszczędzone pieniążki idą na wyjazd.
Do dzisiaj dziwi mnie to, że moja mama nigdy nie zorientowała się, że trochę mało tych owoców i warzyw miała. Co prawda często narzekała, że strasznie drożeją, ale nie przyszło jej to do głowy. No ale cóż... Nasza rodzina nigdy nie była dobra z matematyki :)
Tego roku na majówkę wyjechałam ze znajomymi nad morze. Oczywiście co wieczór imprezy w klubach i rano kacowanie. Pewnego razu gdy wracaliśmy podchmieleni z imprezy usłyszeliśmy jakieś stukanie za nami. Nikt na to nie zwracał uwagi oprócz jednej koleżanki... Ta krzyknęła "Uciekajcie! Policja na koniach!". My przestraszeni oczywiście zaraz zaczęliśmy uciekać w krzaki.
Gdy kolega się obrócił żeby sprawdzić, czy nas ścigają okazało się, że to szła kobieta w szpilkach.
Byliśmy z kumplem na meczu. Siedzieliśmy na stadionie, nie było to pod gołym niebem, ponieważ trybuna była kryta. Kompletnie niczego się nie spodziewając nagle kolega został czymś oblany, bardzo solidnie czymś oblany. Myśleliśmy, że ktoś coś na niego rozlał. Przy okazji i mi się oberwało. Wyglądało to na jakiś jogurt czy coś w tym guście. No to rozglądamy się na wszystkich i myślimy czy komuś się kuźwa nudzi?! Kto to do cholery zrobił?! Każdy wokół miał kamienną twarz.
Nie wyglądało to jakby zrobił to ktoś z naszego otoczenia. W tej chwili mina mojego kolegi bezcenna, był totalnie zdezorientowany i cała kurtka uwalona. Po chwili spod trybuny wyleciała mewa, a owy jogurt okazał się zwykłym gównem. Pragnę podkreślić ogromnym gównem. Cóż, koledze totalnie nie było do śmiechu, za to ja nie mogłem przestać się śmiać. Ludzie patrzyli na mnie jak na idiotę i to wcale nie dlatego, że się śmiałem.
Po dłuższej chwili odwróciłem się do kumpla i spytałem, czy nie jestem gdzieś ufajdany tą kupą i w tym momencie poskładał się ze śmiechu. Śmiał się tak bardzo, że nie mógł dojść do słowa. Okazało się, że spory kawałek gówna miałem na czole. Cóż pół godziny z gównem na czole wśród setek osób zawsze spoko :). Jak to mówią ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
Przedszkole. Godzina 8:00. Chwila edukacji, literki, cyferki, później drugie śniadania, mycie ząbków, piosenka. No i wreszcie czas na zabawę. Lalki, pluszaki, zabawa w sklep. Nagle w środku zabawy, wstaję. Podchodzę do pani i mówię : "Proszę pani, źle się czuję". Pani na to: "To otwórz buźkę, pokaż gardełko". No to otworzyłam, pokazałam, a w tym momencie wydobył się ze mnie potężny bełt prosto na panią, która właśnie "sprawdzała mi gardełko". Ja w płacz, pani krzyczy, druga dzwoni po rodziców. Reszty dnia już nie pamiętam.
Jechałam z rodzicami samochodem. Słuchaliśmy audycji w radio. Chłopak chciał zrobić psikusa swojej mamie i poprosił prowadzącego, żeby zadzwonił do jego mamy, i powiedział jej że dosypali mu na imprezie coś do napoju i że biegał goły w nocy po mieście. Prowadzący zadzwonił, opowiedział całą historię matce, ta lamentuje, prowadzący "KOMENDANT" dodaje: "... biegał goły z instrumentem na wierzchu". Matka chłopaka załamana. Moja mama siedząca w samochodzie śmieje się z historii. Odwracam się i mówię do niej: "A wyobraź sobie, że ja tak latam goła po mieście z instrumentem na wierzchu". Na co mój tata spogląda na mnie i mówi: "Instrument? Chyba... otwór rezonansowy...".
Któregoś dnia pozwoliłam sobie pospać dłużej niż zwykle. Jak to nad ranem, bajeczne sny. Czasem zdarza mi się mówić przez sen, zwłaszcza, kiedy śni mi się coś emocjonującego. Tym razem przyśniło mi się, że wyglądam przez okno w domu i obserwuję z daleka dinozaury. W pewnym momencie dinozaur, ten najwiekszy, podbiegł do okna i próbował wbić mi się do mieszkania. Usiłowałam go powstrzymać, niestety nie udało mi się i potrzebowałam pomocy. Wołałam przestraszona tatę, po czym pobiegłam po miotłę i chciałam wsadzić ją dinozaurowi prosto w paszczę. Mój plan był taki, żeby nogą nadepnąć i wcisnąć ją do wnętrza dinozaura, przebijając go na wylot.
Pech chciał, że wtedy właśnie mówiłam przez sen... Po obudzeniu okazało się że stał nade mną ojciec i słuchał jak krzyczę "Tato, włóż mu do buzi! Głęboko!".
Miałam kilka lat i pierwszy komputer w domu. O internecie i e-mailach tylko słyszałam. Pewnego dnia włączyłam komputer i program Word. Zobaczyłam że wyświetla się nazwa "Times New Roman". W pole tekstowe zaczęłam wpisywać "Cześć Roman, jestem Gosia...". Byłam pewna, że piszę e-maila do jakiegoś Romana. Tylko nie wiedzieć czemu, nigdzie nie mogłam znaleźć opcji "wyślij".
W dniu moich 18 urodzin postanowiłem zorganizować wielką imprezę. W tym celu wynająłem w okolicy remizę. Przyszło mnóstwo znajomych i oczywiście każdy kupił jakiś prezent. Jednym z nich była dmuchana lala.
Po wspaniałej zabawie przyszedł czas na sprzątanie. Nie wiem dlaczego, ale wszystkie butelki po alkoholu i nadmuchaną lalkę wsadziłem do bagażnika w samochodzie rodziców. Następnego dnia moi rodzice pojechali na większe zakupy i tak się złożyło, że obsługa sklepu zaproponowała pomoc w spakowaniu towaru do samochodu. Mogę sobie tylko wyobrazić miny rodziców i obsługi sklepu, kiedy po otwarciu bagażnika, ich oczom ukazał się widok całego mnóstwa butelek po wódce i nadmuchana lala. Do dziś mama wypomina mi tę sytuację.
Dzień Ojca - jak na kochaną córeczkę przystało, złożyłam życzenia i końcówka dnia zapowiadała się dobrze. Niestety jednak do czasu, kiedy do kuchni weszła moja kocica. Jako, że nadmiernie wylizywała w ostatnim czasie łapkę to zrobiła się łysa w jednym miejscu. Żartobliwie chciałam rzucić: "Co tam łysa łapko?" - i zgarnąć ją na ręce.
Tymczasem jednak z szerokim uśmiechem wypaliłam: "Co tam łysa pałko?", na co mój łysy ojciec zapowietrzył się, a mama zakrztusiła się ze śmiechu.
Dodaj anonimowe wyznanie