Przez ostatnie dni chodziłam jak lunatyk. Upały nie działają na mnie zbyt dobrze, jestem wtedy bardzo senna, bóle głowy i te sprawy.
Pewnego ranka mama poprosiła mnie, abym zniosła z pokoju ciuchy do prania, a więc zwlekłam się z łóżka. Wzięłam, co miałam wziąć. Wychodząc chwyciłam z biurka kubek po herbacie.
Jak wcześniej wspomniałam u mnie upał = całkowite niedoje*anie mózgowe. Schodzę na dół. Wchodzę do łazienki. Zostawiłam... kubek. Idę dalej. Wchodzę do kuchni. Patrzę ooo!! Mama myje naczynia! Niewiele myśląc, wrzuciłam jej stertę brudnych ciuchów do zlewu z wodą i naczyniami...
Robiłam porządek w pokoju i wynosiłam stare rzeczy w pudłach. Moi rodzice zapytali się z nadzieją, czy się wyprowadzam.
Kilka lat temu jechałam pociągiem SKM. Na jednej ze stacji wszedł chłopak z dziewczyną. Ona od razu poszła skasować bilet i zapytała chłopaka, dlaczego nie kasuje. Przez kilka minut chłopak na głos przechwalał się, że kupił bilet 40-minutowy, ale go nie skasuje. Po co, nie ma kanarów, nigdy tego nie robi, zawsze go ma i nigdy nie kasuje. Dodał jeszcze "Hehe, tak sobie jeżdżę już dłuższy czas, bo i tak mnie nie złapią, hehe".
Wszystkiemu przysłuchiwał się stojący obok mężczyzna. Zwrócił moją uwagę delikatnym uśmiechem, który utrzymywał mu się przez cały czas. Po dłuższej chwili przechwałek chłopaka, mężczyzna rozpiął kurtkę, pod którą znajdował się identyfikator i wypowiedział słynne: "Proszę bilety do kontroli".
Chłopakowi mina zrzedła, ja z całych sił dusiłam w sobie śmiech. Pozdrawiam chłopaka z warszawskiej SKM, który jakieś 2-3 lata temu w okolicach Wawra dostał mandat w tak głupich okolicznościach.
Kiedyś jak wracałam ze szkoły, podjechał do mnie samochód. W środku był jakiś pan, którego nie znałam. Powiedział, że jest naszym sąsiadem i że może mnie podwieźć do domu. Wiedziałam, o co mu chodzi, w końcu teraz dużo ludzi mówi o porwaniach dzieci. Nie wiedziałam, co mam zrobić, więc walnęłam go z całej siły w nos i uciekłam.
W domu przez okno go zobaczyłam. Okazało się, że to naprawdę był nasz sąsiad...
Jak każdy z nas byłam kiedyś dzieckiem. 6-letnim dzieckiem, które po raz pierwszy w życiu miało swoje zwierzątko. Był nim chomik syryjski, pieszczotliwie nazwany Pusią. Pusia była cudowna, uwielbiała się bawić, była moim oczkiem w głowie. Z założenia posiadanie chomika miało nauczyć mnie odpowiedzialności za czyjeś życie, systematyczności i dbania o inną istotę. Wypełniałam swoje obowiązki wzorowo, rodzice byli ze mnie dumni.
Pewnego wakacyjnego dnia, kiedy temperatura przekraczała 30 stopni, stwierdziłam, że Pusia też chciałaby się poopalać i wystawiłam ją na słońce. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po kilku godzinach moje zwierzątko przestało się ruszać. Chciałam być odpowiedzialna do końca, więc zanim rodzice wrócili z pracy urządziłam chomiczy pogrzeb w ogrodzie. Do wieczora roniłam łzy, nie mogłam uwierzyć, że żyła tak krótko (4 miesiące).
Nie chciałam kolejnego zwierzątka, mama jednak, by mnie przekonać, kupiła mi książkę o chomikach. Mimo młodego wieku dosyć biegle czytałam, jednak niektóre wyrazy sprawiały mi kłopot. Jeden z rozdziałów książki dotyczył zjawiska hibernacji, któremu ulegają chomiki w zderzeniu ze zbyt wysokimi lub zbyt niskimi temperaturami. Pobiegłam do mamy zapytać o co chodzi z tą hibernacją. Wytłumaczyła mi...
Do dziś często o tym myślę. Mam wyrzuty sumienia i cichą nadzieję, że Pusia jednak zdechła i nie pogrzebałam śpiącego chomika.
Zdarzyło się około 10 lat temu. Byłem wtedy w 3 klasie podstawówki. Pamiętam, że była to już ostatnia lekcja w szkole, a była ona zaraz po długiej przerwie. Wiadomo, że długa przerwa jest po to, żeby coś zjeść i pamiętam do dzisiaj, że miałem wtedy kanapkę z nutellą. Zawsze zaraz po zjedzeniu kanapki z nutellą pędziło mnie do łazienki na "dwójkę" - tak mam do dzisiaj :)
W każdym razie już pod koniec tej przerwy czuję, że mnie "ciśnie". Pomyślałem, że te 45 minut jakoś przesiedzę i dam radę wytrzymać. Jeśli dobrze pamiętam to akurat wtedy przerabialiśmy lekturę, czego w podstawówce najbardziej nie lubiłem w szkole. Po kilkunastu minutach stwierdziłem, że jednak nie będę się tak z tym problemem męczył i pytam naszej pani, czy mogę do łazienki. Na co ona z tekstem w stylu "była od tego przerwa". Może jakby człowiek był wtedy mądrzejszy to by się kłócił, albo po prostu wyszedł, bo w końcu potrzeba fizjologiczna jest ważniejsza niż jakaś tam ewentualna uwaga, no ale kto się takiego myślenia spodziewa po 9-latku. Cała lekcja dalej to była po prostu męczarnia. Pod koniec myślałem, że już za chwilę polegnę i zrobię kupę pod siebie.
Nagle dzwonek. Od razu w głowie "uff". Nie trzymała nas pani w sali, od razu wychodziliśmy. Uznałem, że dam radę dobiec do domu, miałem dość niedaleko, około 1 km. Do dzisiaj pamiętam, że był to koniec października. Nie padało, tylko była taka chłodna jesienna pogoda. Dodam jeszcze, że mieszkam w niedużej miejscowości, a ta podstawówka, do której chodziłem, była na zadupiu. No i tak biegnę przez te ulice. Biegnę, biegnę i dalej biegnę. W końcu orientuję się, że bieganie z pilną potrzebą to zły pomysł. Już nie mogę wytrzymać. Znajdowałem się jakieś 3 ulice od domu.
Wtedy wpadłem na chyba najgłupszy pomysł w życiu. Moją myślą było załatwić potrzebę już tutaj, bo do domu nie wytrzymam. Akurat znajdowałem się w miejscu na tej ulicy, gdzie nie było żadnych działek mieszkalnych itp, tylko taki mały lasek. No i tak jakby nie patrzeć pomysł dobry. Pewnie myślicie o co mi chodzi, bo możliwe, że w "nagłej sytuacji" załatwienie się w lesie na uboczu to bardzo dobre wyjście. Otóż ja, jako że nie chciałem "zanieczyszczać lasu", poszedłem pod drzewo, wyjąłem z plecaka jedną z moich książek, otworzyłem na pierwszej lepszej stronie i... na nią się załatwiłem. Tak, dobrze czytacie. Wpadłem na pomysł, żeby nie brudzić lasu tylko lepiej książkę. Pamiętam, że w podstawówce miałem książki Wesoła Szkoła i to był akurat taki podręcznik, ta pomarańczowa wersja.
Po skończonej robocie delikatnie przymknąłem książkę, do plecaka schowałem i z ulgą wróciłem do domu. W domu podręcznik od razu wyjąłem, na szczęście nigdzie plecaka nie ubrudził. Te dwie kartki, które zostały "pobrudzone" wyrwałem i wyrzuciłem do klozetu. Jak się okazało były to strony, których jeszcze nie przerabialiśmy. Podręcznik i plecak spryskałem odświeżaczem powietrza i było już niby po sprawie.
Swoich książek nigdy nie sprzedaję, ani nie wyrzucam. Wszystkie moje dawne książki leżą na strychu. Za każdym radzę jak widzę ten pomarańczowy podręcznik "Wesołej Szkoły" do klasy 3 to o tym zajściu sobie przypominam.
Moja dziewczyna pracuje w sklepie z biżuterią w galerii handlowej. Bardzo często zaglądała tam pogodna, życzliwa starsza pani, taka typowa babcia Stasia. Chętnie zagaduje ekspedientki, coś tam poopowiada, ale całkiem składnie i jest pomocna. Raz jak moja Zuza źle się czuła, "Stasia" dała jej tabletkę na ból głowy. To znowu poczęstowała małosolnym ogórem i domowym podpłomykiem. Zawsze mówi "siedź sobie kochanieńka, ja pooglądam i zaraz uciekam".
Dziś "uciekłaby", gdyby Zuza przypadkiem jej nie nakryła, z naszyjnikami i innymi pierdołami za kilka stówek. Wyszło na jaw, że babuleńka kradła od dawna w różnych sklepach i przez dobroduszność a'la siostra Beatrycze, usypiała czujność ekspedientek, ładując do torby wszystko jak leci.
Mieliśmy psiaka, mały mieszaniec podobny do jamnika, kochane bydlątko, niechaj mu się dobrze odpoczywa. Panował wtedy bum na ostrzeżenia przed kleszczami. Może to nie nowość, ale było to jakieś 10 lat temu, wtedy było głośno. Co wieczór razem z siostrą oglądałyśmy Kubę (tak się wabił psiak), czy jakiegoś pasożyta nie złapał, wszystko pod kontrolą.
Pewnego dnia Kubek leżał sobie na plecach. W d*pie wszystko jak to on, jajka wywalone, byleby go nie dotykać, chwila relaksu, chłodne kafelki i skwar za oknem. Mój brat podbiegł do niego krzyczy przejęty:
- Dziewczyny! Jak wy go oglądacie, Boże! K*rwa! Pies nam zdechnie. On ma ze 4 te kleszcze!
My przestraszone biegniemy do niego, stoimy, wpatrzone, nic nie widać
- Gdzie? - grzecznie, lecz nadal poddenerwowane pytamy.
- Tu k*rwa - pokazuje palcem po brzuchu i liczy - 1, 2, 3, 4.
- Debilu! To sutki...
Wydarzyło się to dawno temu, miałam jakieś 5 lat. Był to upalny dzień i byliśmy w odwiedzinach u cioci. Ciocia miała na sobie bluzkę na ramiączkach i krótkie spodenki (bardzo krótkie!).
Jako małe dziecko lubiłam dużo mówić. Kiedy tak siedzieliśmy to dostrzegłam u cioci koło miejsca intymnego włoski. Bez namysłu krzyknęłam przy wszystkich na cały regulator "CIOCIA TY MASZ W TYM MIEJSCU (tu wskazałam palcem to miejsce) WĄSY JAK TATA!".
Rok temu w wakacje chodziliśmy ze znajomymi na ogniska, na których pojawiało się z 30/40 osób, więc zawsze były jakieś nowe twarze i trzeba się było z każdym grzecznie przywitać i przedstawić.
Pewnego razu mogłam się zjawić dopiero po północy, więc poprosiłam kolegę, żeby mnie odebrał z przystanku i podprowadził na miejsce. Kiedy doszliśmy było jak wiadomo bardzo ciemno, ognisko było dopiero parę metrów przede mną. Ale już tam przed moimi oczami pojawiła się nowa postać, tak więc jak to zwykle podeszłam i przedstawiłam się wyciągając rękę: "Cześć, jestem Ania, a ty jak masz na imię?". Postać w kapturze stała nieruchomo i nie odpowiadała, zaczęłam już czuć zażenowanie, ale dalej stałam z wyciągniętą ręką i wymamrotałam zdławione "Hej...?".
Nagle usłyszałam gdzieś z boku głos kolegi, który mnie przyprowadził i musiał przyglądać się całej tej sytuacji, zastanawiając się co ja właściwie robię: "To jest pal...". Podeszłam krok bliżej, pomacałam zjawisko i... okazało się, że gadałam do ściętego do połowy drzewa, na którym ktoś powiesił swoją bluzę.
Było mi tak głupio, że miałam ochotę na miejscu zakopać się w ziemi i udawać marchewkę. Na szczęście nikt inny tego nie widział, a kolega okazał się dyskretny.
Dodaj anonimowe wyznanie