Mieszkałam na wsi od dziecka. Dziadkowie ze strony mamy zawsze mieli gospodarstwo i uprawiali ziemię, toteż kiedy tylko wraz z siostrami podrosłyśmy na tyle, by móc im pomagać, co rok chodziłyśmy z nimi i rodzicami zbierać ziemniaki zasadzone wcześniej również przez nas.
Tak też było, gdy miałam około 7 lat. Praca była ciężka, dzień upalny, to też dorosłym pić się zachciało. Akurat prawie kończyliśmy. Była z nami moja ciocia, wpadła na chwilę pomóc, ale zaraz musiała wracać, żeby zaopiekować się dziećmi. Rodzice i dziadkowie uznali, że pójdę z nią i przyniosę im piwo. Tak więc poszłam, urobili się, to im się należy, nie? Ciocia kupiła, ja miałam zanieść.
Od sklepu do naszego pola był dość spory kawałek drogi, więc ciocia wskazała mi skrót przez jakieś krzaki i trawy wyższe ode mnie. Totalnie nie wiedziałam, gdzie idę. Niosłam więc reklamówkę z piwami cięższą ode mnie i idąc przez te dzikie chaszcze nagle poczułam, że nogi bardzo mnie pieką. Zorientowałam się, że przez dość spory kawałek szłam przez pokrzywy. Za mną pokrzywy, przede mną pokrzywy, co robić?! Myślę, Jezu! Nie ma odwrotu! Zaczęłam się drzeć, jak poparzona (dosłownie) i co sił w nogach pobiegłam przed siebie.
Kiedy wyleciałam na nasze pole cała zapłakana, nikt nie wiedział, co się stało. No to im opowiadam z wyrzutami, cała poparzona przez pokrzywy, przez co przeszłam, żeby im to piwo przynieść! Jak to skwitowałam? "Bo to Bozia mnie pokarała, że ja wam piwsko niosę!". Minęło kilkanaście lat, a ja alkoholu, a piwa w szczególności, nie tknę.
Jako osoba z dużym poczuciem humoru bardzo często oglądam nasze polskie kabarety. Pewnego dnia, kiedy oglądałam jeden ze skeczów Kabaretu Młodych Panów pod tytułem "Zakład Pogrzebowy" zadzwoniła moja ciocia.
Ja, rozbawiona i pod wielkim wrażeniem, nie zastanawiając się nad tym co mówię przywitałam członkinię mojej rodziny takim oto tekstem: "Witam, zakład pogrzebowy Tulipan. Nasze motto: Na czas. Na miejsce. Na amen". Ciocia słynie z wielkiego poczucia humoru... jednak to niekoniecznie ją rozbawiło, ponieważ zadzwoniła by powiedzieć, że jej mama zmarła :(
To działo się ponad dekadę temu. Do naszej sąsiadki często przyjeżdżali synowie i wnuki. Wyjątkowo często bywał tam 4-letni Kaleb. Ja miałam wtedy jakieś 8 lat i uwielbiałam się z nim bawić. Młody miał taką chorą zabawę, że gonił mnie z kijem i chciał mnie uderzyć, a ja uciekałam. Po jakimś czasie już mi się znudziło i powiedziałam, że już dość, ale mały nie chciał odpuścić. Weszłam więc na huśtawkę, żeby nie mógł mnie dosięgnąć i rozbujałam się trochę, żeby nie próbował przypadkiem wejść. Ale młody chyba się tym nie przejął bo dalej próbowałem, jednak odbił się od huśtawki i upadł. Trochę popłakał, ale to nie było nic poważnego.
Potem już go nie widywałam u sąsiadki. Dowiedziałam się, że mały zachorował na raka i jest w ciężkim stanie. Myślałam, że przyczyniłam się do tego przez tamten wypadek i nie mogłam się pozbierać. Niestety chłopczyk nie przeżył, a ja byłam bliska załamania. Powiedziałam wszystko mamie, która wytłumaczyła mi na czym ta choroba polegała i że chorował już wcześniej.
Teraz że smutkiem wspominam tego małego chłopca, miał piękne imię, które miało gwarantować mu życie pełne siły i godności...
Kiedy byłam mała (9-11 lat), moja mama miała fazę na sól do kąpieli. Używała jej niemalże codziennie. Pewnego razu, kiedy wannę powoli napełniała woda, podeszłam do mamy i pytam: "Mamuś? A dzisiaj się solisz, czy się pieprzysz?".
Mina mamy? Bezcenna. Długo zastanawiałam się, o co jej mogło chodzić. Przecież jak jest sól, to pewnie i jest pieprz do kąpieli, prawda?
Sytuacja którą tu przedstawię zdarzyła się jakieś 3 tygodnie temu. Była piękna pogoda, więc wpadliśmy na pomysł z rodzicami i bratem, że wybierzemy się na działkę i zrobimy sobie grilla, żeby się "odchamić" ;)
Jak na cywilizowanych ludzi przystało, zapakowaliśmy jedzenie, koc i inne rzeczy potrzebne do "imprezowania" i pognaliśmy niczym Rumuni na targ. Na miejscu już tata z bratem zaczęli rozpalać grilla. Wszystko by było ok, gdyby nie to, że w amoku tych przygotowań zapomnieliśmy o rozpałce – najważniejszym elemencie udanego grilla.
Tak więc męczą się i męczą. Wreszcie tato przypomniał sobie, że mój 11–letni brat ma w samochodzie jakieś gazety o piłce nożnej. Wiecie tych wszystkich sławnych piłkarzy. Po małej kłótni zdjęcie Lewandowskiego i Błaszczykowskiego pełniło rolę rozpałki owiniętej w jakieś małe patyczki. Tacie nie udawało się odpalić tej gazety, ponieważ była kolorowa (a z tym jest lekki problem). Wiec mój "genialny" brat powiedział: "Tato daj te zapałki. Ty chyba nie wiesz, jak rozpałki użyć, bo konar nie chce ci zapłonąć. Ja ci pokażę jak to się robi!".
Mina mojego ojca wyglądała tak, jakby mu ktoś w mordę strzelił, na jego twarzy pojawił się mega burak! Jak widać niektóre reklamy w TV odbierane są przez młode pokolenie w inny sposób niż powinny. No bo i jak wytłumaczyć 11-letniemu dziecku po co jest Braveran? :D
Jakiś czas temu leżałam w szpitalu, miałam dosyć poważną operację. Po operacji bardzo cierpiałam, a jak na nasze warunki szpitalne przystało, nie mogłam doprosić się żadnych leków przeciwbólowych... Na szczęście miałam wtedy super chłopaka, rycerza na białym rumaku, który przyjechał mnie pocieszyć, rozśmieszyć.
Jako że należał do OSP, czasem miał naprawdę ciekawe historie do opowiedzenia. Właśnie z jedną z nich odwiedził mnie tego wieczoru.
"Wiesz, niedaleko naszego miasta był dosyć śmieszny wypadek. Dziewczyna została przejechana przez swoje własne auto! Zapomniała zaciągnąć ręcznego... Głupia d*pa ! Wysiadła i wyjmowała coś z bagażnika i wtedy sama się przejechała! Ha, ha, ha! Chłopaki do tej pory z niej cisną" i takie śmiechy i chichy.
Sytuacja mimo że dosyć tragiczna, to faktycznie trochę śmieszna... Gdyby nie jeden fakt. Ta dziewczyna przeżyła. Leżała łóżko obok mnie i wszystko słyszała. Nie zaprzyjaźniłyśmy się :)
Miałem jakieś 8... może 10 lat. Byłem z ojcem na Mazurach na jakichś regatach z jego pracy. Sytuacja ta miała miejsce w takim małym porcie, a właściwie pomoście.
Wiadomo jak to jest na żaglach. Przy pomoście piwo leje się strumieniem. Kilku kolegów ojca, w tym jeden z naszej łódki, poprosiło abym im podał trzy piwa z naszego schowka. Akurat było po dość mocnym deszczu, więc poślizgnąłem się na deskach i wpadłem do wody, tracąc przy okazji jedno piwo, ale dwa które mi zostały dzielnie trzymałem w wyciągniętych do góry rękach...
Pomoc przybyła od razu, ale nie do mnie. Ratowali piwa. Próbowałem się ich trzymać by wyciągnęli i mnie przy okazji, ale dostałem po łapach od kogoś. Jak ojciec zobaczył, że jestem w wodzie szybko mnie wyciągnął. Gdy ktoś mu opowiedział, co się stało, to wkurzony podszedł do kolesia, który zabierał mi piwa z rąk. Najpierw zapytał się go, czy ma jakiś telefon albo coś w kieszeniach. Zaraz po odpowiedzi przeczącej wepchnął go do wody. Od tamtej nie prosili mnie, bym podawał piwa a ten facet był wyjątkowo czujny w obecności mojego taty.
Działo się to gdzieś na początku czerwca tego roku. Wstałam, zobaczyłam że znowu nie mam czasu się porządnie wyszykować, bo do autobusu zostało 10 minut. Poszłam umyć zęby. Wzięłam nową pastę do zębów. Smak był okropny, ale dobra.
W szkole już na pierwszej lekcji zaczęłam się źle czuć i mnie mdliło od tego smaku. Zadzwoniłam do taty z prośbą, aby zawiózł mnie do domu. Gdy przyjechał po mnie przypominał trupa - zupełnie jak ja. W domu okazało się, że obydwoje zamiast pastą umyliśmy zęby kremem do golenia, który mama kupiła poprzedniego dnia...
Jak miałam 7 lat moja chrzestna wychodziła za mąż. W kościele wszystko pięknie, ładnie, nawet niosłam obrączki. Para młoda wychodzi z kościoła i oczywiście leci na nich tona ryżu i żółtych monet. Wszyscy się schylają, zbierają, no to ja też.
Tylko nie zwróciłam uwagi, że zbierane są drobniaki, a ja zbierałam... ryż. Do tego wkurzona myślałam sobie kiedy my wreszcie pojedziemy na tę salę, bo na zbieraniu tych ziarenek zejdzie nam do wieczora. Wtedy moja kochana babcia olśniła mnie: "Agnieszko, pieniążki nie ryż!". Jej głos idealnie uchwyciła w tym gwarze kamera, więc do dziś przy oglądaniu płyty strzelam borsuka.
Miałem może 8 lat i byłem zafascynowany motoryzacją. Uwielbiałem jeździć z tatą wszędzie, gdzie tylko mogłem. Pewnego razu pojechaliśmy naszym Mercedesem (z automatyczną skrzynia biegów, dopisuję bo jest to istotne w dalszej części) na stację benzynową, by zatankować auto.
Ilekroć siedziałem obok taty, to patrzyłem, co po kolei robi, by odpalić i odjechać samochodem. Tak więc kiedy tata wyszedł zatankować, to w mojej głowie zjawiła się porażająca jak na ośmiolatka myśl: "Przejadę sobie kawałek, tata na pewno nie będzie zły". Jak pomyślałem tak zrobiłem. Od zawsze byłem bardzo wysoki i nie miałem problemu, by naciskać na pedały od gazu i hamulca. Przecisnąłem się przez lewarek, zasiadłem przed kierownicą. Noga na hamulec i kluczyk przekręcony. Machina odpalona. Zmieniam bieg z P(parking) na D(drive). Depczę na gaz aż miło.
Zobaczyłem wybiegającego ze stacji ojca, który macha rękoma i wyraźnie coś do mnie krzyczy. Wtedy nie znałem wielu przekleństw, ale dziś wiem, że to były "nieme" kurwy. Ja z otwartym ryjem z radości, tata z otwartym ryjem z przerażenia i złości. Nie widząc za bardzo gdzie jadę wjechałem w trzy zaparkowane koło siebie, różne auta. Wysiadam z samochodu i już widzę ściągającego pasek ojca. Z uśmiechem na ustach powiedziałem "Tatuś! Umiem już jeździć, kup mi auto!" i zacząłem skakać ze szczęścia, dosłownie skakać. Potem też skakałem, ale z bólu.
Do tej pory pamiętam ból podczas walenia pasem po tyłku. Dostałem takiej traumy, że gdy zdawałem prawo jazdy nieco ponad rok temu to, gdy coś zrobiłem źle to bałem się, że instruktor mi wleje. Co swoją drogą musiało by śmiesznie wyglądać, bo mój instruktor przy moich 196 cm wzrostu sięgał mi do pach. Teraz patrząc wstecz na to wydarzenie chce nam się wszystkim śmiać, jednak wtedy kilka tysięcy złotych kosztów napraw czterech aut nie było ani trochę przyjemne.
Dodaj anonimowe wyznanie