Kiedy miałam około 3-4 lat wraz z rodzicami mieszkałam u dziadków. Pewnej pięknej letniej niedzieli, kiedy to moja rodzinka udała się do kościoła, ja zostałam w domu z około 75-letnią prababcią. Dziecko jak to dziecko, w miejscu nie wysiedzi, wyciągnęłam staruszkę na zewnątrz. A że byłam bardzo pobożna i również chciałam się pomodlić w niedzielę, jak to przystało na katolika, wymyśliłam, że wraz z babcią pobawimy się w kościół, a dokładniej w procesję. Wyglądało to następująco, ja jako ksiądz szłam z przodu z krzyżem, a za mną na kolanach babcia, wspólnie śpiewałyśmy pieśni kościelne i tak wokół domu.
Zabawa trwała w najlepsze, ludzie wracający z kościoła, widząc nas mieli ubaw, ale ja jako dziecko z bujną wyobraźnią, myślałam, że to normalna zabawa, dlatego też nic sobie z tego nie robiłam. Babcia widząc mnie uśmiechniętą od ucha do ucha, nie chciała mi odbierać tak wielkiej radości jaką czerpałam z zabawy i grzecznie podążała za mną. W pewnym momencie spokój "procesji" został zaburzony przez rodziców stojących w bramie, którzy szybko podnieśli babcię z kolan i zabrali nas do domu.
Chociaż było to tak dawno nie ma miesiąca, w którym nie usłyszała bym od jednego z członków rodziny, jakie to miałam fajne dzieciństwo z babcią, która dla mnie potrafiła chodzić na kolanach.
Ostatnio pobiłam szczyt swojej głupoty. Jak zwykle idę rano do szkoły z słuchawkami na uszach, mgła, szaro, ja zmęczona. Z oddali widzę babę która strasznie mocno ciągnie smycz i szarpie małym psem. Mój niewyspany móżdżek pomyślał: "O nie! Nie będzie nikt tak traktował psów na moim osiedlu!". Więc krzyczę do sadystki "Zostaw biednego psa! Przecież to tylko niewinne zwierzę!".
Okazało się, że owa pani zamiatała chodnik i "szarpała" nie psa, tylko miotłę. Spaliłam buraka, zaciagnęłam kaptur, jak najbardziej się da i przyspieszyłam tempo. Nawet jak byłam daleko za nią ciągle słyszałam jej śmiech...
Do dziś pamiętam tą historię z podstawówki (klasa 2). Mieliśmy nauczyć się modlitwy. Ale ja oczywiście wolałem oglądać Toma i Jerrego. Oglądając cały czas rozmyślałem "nauczyć się, czy oglądać dalej". Jak możecie się domyślić wybrałem to drugie. Nazajutrz jakby nigdy nic poszedłem do szkoły.
Lekcja religii, siostra odpytuje z modlitwy. Każdemu, który nie nauczył się modlitwy, kazała wpisać sobie uwagę i dać jej do podpisu. Taki los spotkał też mnie. Siedziałem nad tym dzienniczkiem z 5 minut. No bo jak to samemu sobie wpisać uwagę... W końcu wpadłem na pomysł, że przecież piszę na tyle niewyraźnie, że siostra i tak się nie doczyta i napisałem "Nauczyłem się modlitwy". Siostra podpisała, a następnego dnia pokazałem jej podpisaną przez rodziców uwagę.
Siostra się nie zorientowała, więc wszyscy zadowoleni - mama też, no bo przecież choć raz dostałem pochwałę w szkole.
Pracuję w przedszkolu. Ostatnio podczas wyjątkowo ciężkiego dnia przeprowadzałam rozmowę na temat nieodpowiedniego zachowania (niszczenie zabawek, bicie dzieci) z wyjątkowo żywym 3,5-latkiem, który nie stosuje się do żadnych zasad. Co usłyszałam w odpowiedzi? "Nie lubię cię! Chcę żeby przyjechała wielka koparka i najechała na ciebie żebyś już nigdy nie mogła chodzić!". Teraz boję się chodzić do pracy...
Mam młodszą siostrą, która bardzo lubi jeść żurek z "boczusiem". Pewnego dnia mama robiła zupę, którą moja siostra wręcz uwielbia. Nagle zadzwonił telefon i mama musiała pojechać na chwilę do pracy. Poprosiła mnie, żebym zajęła się krojeniem boczku, bo przyjeżdżają goście i jak wróci to dobrze by było, żeby już był pokrojony. Zaraz po jej wyjściu wzięłam się do pracy. Po pół godzinie gotowa była cała miska, którą zostawiłam na stole, żeby mama jej nie szukała, jak wróci. Dumna z siebie poszłam do pokoju sprawdzić, co nowego na Facebooku.
Chwilę później usłyszałam, jak mama mnie woła. Weszłam do kuchni. Rozmowa wyglądała mniej wiecej tak:
- Przecież prosiłam cię, żebyś pokroiła boczek do zupy!
- No pokroiłam przecież..
- I gdzie on niby jest?? I gdzie jest Zosia?
- Ogląda bajkę w salonie.
- Nie ma jej tam!
Zaczęłyśmy szukać Zosi. Po jakimś czasie znalazłyśmy ją w szafie, trzymającą pustą miskę po surowym boczusiu...
Małe dzieci mają swój własny tok rozumowania. Oczywiście w moim przypadku było dokładnie tak samo. Sytuacja wydarzyła się kiedy miałam nie więcej niż 3 lata. Mieszkałam wtedy w jednym domu z dziadkami, moimi rodzicami i starszą o rok siostrą oraz z ciocią i wujkiem, którzy mieli córkę w tym samym wieku co ja. Ot taka jedna wielka rodzina w dużym domu.
Od dłuższego czasu męczyła mnie pewna dość ważna sprawa, a mianowicie kto mnie urodził? Swoim trzyletnim rozumkiem wywnioskowałam, że mojego tatę urodziła moja babcia, moją siostrę urodziła moja mama, a moją kuzynkę urodziła ciocia. Więcej kobiet w domu nie było. To kto urodził mnie?
Podzieliłam się swoim problemem z rodzicami. Podając argumenty, które przytoczyłam wcześniej. Na sam koniec wysunęłam wniosek, że skoro nie mogła mnie urodzić ani babcia, ani mama, ani ciocia to musiał urodzić mnie tata. Tak tata...
Wierzcie mi, ze przez kilka kolejnych lat żyłam w błogiej niewiedzy i w złudnym wrażeniu, że osobą, która mnie urodziła, był mój własny ojciec. A to tylko dlatego, że nikt nie raczył mnie uświadomić w moim błędzie, a nawet mając z tego niezły ubaw, dalej utwierdzali mnie w tym przekonaniu.
Do dziś, a mam już skończone 21 lat, tata przy różnych okazjach lubi wspominać, że to on mnie urodził.
Kiedy miałam około 11 lat przyjaciółka zaprosiła mnie na urodziny, zabawa szampańska, gra w bierki i tort... No właśnie, tort, którego niestety zjeść nie mogłam z powodu alergii na pewien jego składnik. W momencie nakładania kawałka na talerzyk powiadomiłam obecnych na przyjęciu, iż zjeść go nie mogę: "Nie mogę ciasta, mam uczulenie na jajka", na co jedna z koleżanek odpowiedziała z wielkim przejęciem: "Czy to znaczy, że nie będziesz mogła mieć dzieci?".
Sytuacja z niedawnej niedzieli. Lecz to nie była zwykła niedziela, to była niedziela wyborcza! Zmierzam radosnym krokiem do lokalu wyborczego i nadal dokładnie analizuję komu oddać swój głos. Przede mną również do lokalu wyborczego zmierza para: Pani Babcia i Pan Dziadek. Pani Babcia energiczna babeczka, zmierza dziarskim krokiem do swojego celu, za to Pan Dziadek już nie taki energiczny, a krok ma dziarski inaczej. Idzie jakby go ktoś dopiero co z własnego pogrzebu zbudził, ospale poczłapuje jakiś metr za swoją towarzyszką życia.
W końcu wywiązuje się między nimi dialog.
- Ja nie chcę iść na te wybory... - zagaił Pan Dziadek.
- Jak to?! A czemu to?! - oburza się Pani Babcia.
- Bo ja nie wiem na kogo głosować...
- No jak to?! Jak to nie wiesz na kogo?! Przecież ksiądz nam mówił na kogo mamy głosować!!! - odparła Pani Babcia, oburzona jeszcze bardziej.
I tak ruszyli dalej w drogę, babcia idąc energicznie, a dziadek poczłapując pogrzebowo, a ja dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak wielu jest takich ludzi, którzy oddają nieświadomie głosy.
Jednak Pan Dziadek nie dał się stłamsić i jak szybko wszedł do lokalu, tak szybko z niego wyszedł mówiąc radośnie do Pani Babci "A, pier*ole to!". Mina babeczki bezcenna.
Mój tata od zawsze lubił żartować, ale zazwyczaj jego żarty śmieszyły tylko jego samego. Tego dnia było jednak inaczej. Moja mama prowadzi studio fitness i ma różne gadżety promujące interes: smycze, naklejki, etc. Trzy tygodnie temu siedząc przy kuchennym stole zajmowała się projektowaniem t-shirtów. Jako że ja i tata znajdowaliśmy sie w okolicy, zapytała nas: "Myślicie, że powinnam umieścić na nich moje zdjęcie?", na co mój tata odparł: "Ola, słyszałaś? Mama już szykuje kostium na Halloween!".
Tak, spał na kanapie.
Zdarzyło się to wczoraj. Godzina 22, jechałam tramwajem do mojej kuzynki. Winko, pogaduchy i te sprawy. Stałam sobie w tej części gdzie nie ma siedzeń. Nagle stojący obok mnie facet, którego wcześniej nie zauważyłam, powiedział coś w moim kierunku. Obracam głowę, a on, uśmiechnięty, wręcza mi do ręki żurawia. Tak. Żurawia z origami. Byłam bardzo zaskoczona, od razu podziękowałam i trzymałam prezent w dłoni. Jedziemy, jedziemy, trochę ta sytuacja zaczęła mnie krępować, bo widziałam kątem oka, że ten facet wciąż mi się przyglądał.
Nagle znowu zwrócił się do mnie i usłyszałam coś takiego: "Czy wie pani ile waży miś polarny?". Zaskoczona odpowiadam, że nie mam pojęcia, na to on: "Ja też nie wiem, ale to jest dobry moment żeby przełamać pierwsze lody" i chyba od razu powiedział swoje imię, niestety go nie zrozumiałam. Przedstawiłam się, uścisnęliśmy sobie dłonie. Pochwaliłam pomysł podrywu, potem się pożegnałam i wysiadłam, bo był już mój przystanek. Ten podryw był genialny i zrobił na mnie duże wrażenie :)
Dodaj anonimowe wyznanie