Na parapecie w moim pokoju stoi kaktus w pięknej, ręcznie malowanej doniczce. Chciałam zasłonić rolety i przez przypadek zahaczyłam firanką o roślinkę. Niewiele myśląc pociągnęłam za firankę i zrzuciłam kwiatka. Na (nie)szczęście jestem dość szybko reagującym człowieczkiem i lewą ręką zdążyłam go złapać. Jestem bohaterką!
Przed chwilą mama skończyła wyciągać mi igły z dłoni przy pomocy pęsety i różnej wielkości igieł... Ale kaktus żyje i ma się dobrze ;)
Dawno dawno temu, jak po ziemi łaziły jeszcze dinozaury, poszłam sobie do pierwszej klasy. Jako dziecko wyciągnięte prosto z przedszkola strasznie mi się tam nudziło. Mając gdzieś to, co mówi nauczycielka patrzyłam sobie spokojnie przez okno i w myślach robiłam listę zabaw, które najbardziej lubiłam, kiedy nauczycielka powiedziała: "No to zabieramy się robaczki do pracy, raz, dwa trzy...". A ja oderwana od rzeczywistości radośnie krzyknęłam: "Baba jaga patrzy!". Mina nauczycielki wciąż czasami śni mi się po nocach.
Ostatnio rozstałam się z chłopakiem. Nienawidził on mojej pasji do motocykli, miał problem, że jeżdżę na motocyklu. Dodam, że nie miałam nigdy problemów z Policją, nie jeżdżę by zginąć i śmigać po niebieskich autostradach. On jednak cały czas twierdził, że to co robię jest złe. Robił mi awantury, że jeżdżę ze znajomymi i mnie długo nie ma. Kilka razy próbował mi niszczyć motocykl, trzeba było go naprawiać. Jednak wybaczałam mu to wszystko i wpajałam sobie, że "to był wypadek, zdarza się nawet najlepszym".
Ubrałam się w ciuchy motocyklowe, bo chciałam ze znajomymi skorzystać z ostatnich ładnych dni na śmiganie. Mojego chłopaka nie było, bo wyjechał gdzieś z kolegami. Kiedy wsiadałam na motocykl, zauważyłam, że jedzie autem, więc uśmiechnęłam się do niego i pomachałam ręką. Ten jak poparzony wyskoczył z auta i zaczyna się. Ta sama śpiewka. Przewróciłam tylko oczami.
- A ty znowu na ten motocykl?! Będziesz jeździć? Znowu?!
- No wiesz, nie. Tylko dla szpanu pokazuję starszym sąsiadkom że mam motocykl. No oczywiście, że jadę!
- A powiesz mi gdzie będziesz się szlajać?!
- No po mieście. A niby gdzie?
- Z tymi dawcami, tak?
- A żebyś wiedział.
- Dobra. Krótka piłka. Ja albo motocykl. Wybieraj.
Bez chwili zastanowienia odpowiedziałam krótko: "Motocykl". I odjechałam. Wtedy gdy z nim zerwałam, poczułam się lepiej. Całe dnie mnie kontrolował, przyjeżdżał nawet do mnie do pracy: "Czy aby na pewno go nie okłamuję i nie jeżdżę na moto". Miałam dość, jednak nie miałam siły zebrać się i mu powiedzieć, co czuję. On mi to ułatwił tego dnia.
Tego samego dnia, gdy byłam na stacji benzynowej, czekając na kolegów, którzy tankowali, wyjęłam telefon. Dużo nieodebranych połączeń i jedna wiadomość z treścią: "A żebys sobie coś złamała na tym motocyklu. Mi nie zależy."
Dziś dostałam wiadomość od siostry byłego. Była jedną z moich dobrych kumpelek. Z treścią, że X sobie złamał nogę bo przewrócił się na schodach. Byli w szpitalu na zakładaniu gipsu. Pojechałam, zaparkowałam na parkingu, weszłam. Widzę koleżankę, witam się z nią i wchodzę do gipsowni, gdzie leży mój były. On gdy mnie zobaczył: "Przepraszam. Wrócisz do mnie? Będzie lepiej, obiecuję. Zmienię się.". Ja tylko krótkie: "Mi nie zależy". I z bananem na ryjku skierowałam się do wyjścia.
Kiedyś przy niedzielnym obiadku wywiązała się krótka rozmowa między mną a tatą:
- Myślimy z mamą o jeszcze jednym dziecku...
- Chyba oszaleliście! Nie starczy wam dwójka? po co jeszcze jedno?! (mam brata 7 lat młodszego a ja mam 20 lat, więc równie dobrze mogłoby to być moje dziecko)
A mój tato na to :
- W sumie masz rację, a jakby urodziło się jeszcze bardziej rozwydrzone od ciebie? To z mamą na starość mielibyśmy przerąbane. Wiesz co? Jesteś najlepszą antykoncepcją na świecie.. dziękuję.
Taki pocisk..
Historia zaczyna się od tego, że brałam ślub. Było idealnie... Prezenty też dostaliśmy wspaniałe. Lecz noc poślubna była najlepsza. Trochę porozrabialiśmy i siedzieliśmy pijąc romantyczne drinki. Nagle zadzwonił telefon. Mąż odebrał i okazało się, że dzwoni jego mama i pyta się, co porabiamy, a ponieważ mój mężczyzna nie kłamie, zaczerwienił się i nie wiedział, co powiedzieć. Nie chcąc skłamać w końcu powiedział: "Korzystam z małżeństwa", a jego matka odpowiedziała: "A ciepło wam tam?", ja już nie wytrzymałam i wybuchłam śmiechem, a on się rozłączył. Ale tak w ogóle to spoko teściowa.
Parę dni temu wybrałam się na stację w celu zatankowania samochodu. Jako że moja bestia ma już swoje lata to i instalacja LPG już nie pierwszej młodości, dlatego sama gazu nie tankuję (trzeba butlę odkręcać, zakręcać, uważać, ogólnie dmuchać i chuchać). Tym razem wyręczał mnie mój chłopak.
Umówiliśmy się na stacji. Tak więc stoimy, on tankuje, ja czekam. W tym samym czasie z parkingu przed dystrybutorami zaczął wyjeżdżać młody jegomość. Albo podpity albo zmęczony, cofając idealnie wbił się w lewą stronę mojego przedniego zderzaka, prawą stroną swojego tylnego. Pan nie zwracając uwagi na zdarzenie, mnie machającą rękami ani mojego lubego idącego do niego w celu wyjaśnienia, perfidnie odjechał.
I tu pole do popisu miała karma. Kierowca na tyle przejęty, uciekając wpadł jeszcze na metalowe słupki, dokładając tym samym do wgniecionego tyłu, wgnieciony przód. Jednak uciekł, a jedyne co udało nam się zapamiętać i uzyskać z monitoringu to markę, model, kolor i początek rejestracji.
Mój dzielny samochód skończył na szczęście jedynie z rysą na plastiku pod przednią lampą, a jak się dowiedziałam od policji sprawca po przejechaniu dwóch kilometrów wymusił pierwszeństwo na skrzyżowaniu i dołożył sobie rozbity bok.
Tak oto pan stracił masę pieniędzy, prawo jazdy, czas, nerwy i godność.
Piętnaście lat temu w okresie żniw otwierałem duże drzwi w stodole. Nie mogąc ich do końca otworzyć poszedłem po szpadel i zacząłem kopać. Ku mojemu zaskoczeniu wykopałem coś w kształcie granatu - kilka sztuk. Zadzwoniłem na policję, że mam znalezisko. Pan dyspozytor straszył mnie, że pójdę siedzieć bo sobie jaja robię. W końcu mi uwierzył i wysłał panów z policji. Panowie policjanci po przyjeździe sprawdzili, co to za znalezisko i zadzwonili po saperów. Za jakieś 3 godziny przyjechali saperzy.
"Granaty" okazały się szyszkami od zegara ściennego... Ale było wtedy zamieszanie, bo aż 2 samochody saperów przyjechały, było wielu gapiów. Jaja jak berety!
Czekam w ZUSie na komisję lekarską. Siedzę przed gabinetem. Wychodzi z niego pan, ale ja nie wchodzę za nim, bo znając zwyczaje lekarzy wiem, że najpewniej pani doktor sama wezwie mnie do gabinetu. Czekam 10 minut, 15, 20...W końcu ryzykuję i pukam do drzwi, otwieram i pytam grzecznie: "Czy mogę wejść?". Na co pani doktor z ryjem do mnie: "A czy ja powiedziałam, że można?! Proszę czekać!". No nic, przeprosiłam, wróciłam na korytarz i siadłam. Czekam dalej. Mija znów 10 minut, 15, 20...
W końcu pani doktor wychodzi z gabinetu, patrzy na mnie zdziwiona i pyta: "A pani na co czeka? Czemu pani nie wchodzi?". No kurr...de.
Kiedy miałam około 3-4 lat wraz z rodzicami mieszkałam u dziadków. Pewnej pięknej letniej niedzieli, kiedy to moja rodzinka udała się do kościoła, ja zostałam w domu z około 75-letnią prababcią. Dziecko jak to dziecko, w miejscu nie wysiedzi, wyciągnęłam staruszkę na zewnątrz. A że byłam bardzo pobożna i również chciałam się pomodlić w niedzielę, jak to przystało na katolika, wymyśliłam, że wraz z babcią pobawimy się w kościół, a dokładniej w procesję. Wyglądało to następująco, ja jako ksiądz szłam z przodu z krzyżem, a za mną na kolanach babcia, wspólnie śpiewałyśmy pieśni kościelne i tak wokół domu.
Zabawa trwała w najlepsze, ludzie wracający z kościoła, widząc nas mieli ubaw, ale ja jako dziecko z bujną wyobraźnią, myślałam, że to normalna zabawa, dlatego też nic sobie z tego nie robiłam. Babcia widząc mnie uśmiechniętą od ucha do ucha, nie chciała mi odbierać tak wielkiej radości jaką czerpałam z zabawy i grzecznie podążała za mną. W pewnym momencie spokój "procesji" został zaburzony przez rodziców stojących w bramie, którzy szybko podnieśli babcię z kolan i zabrali nas do domu.
Chociaż było to tak dawno nie ma miesiąca, w którym nie usłyszała bym od jednego z członków rodziny, jakie to miałam fajne dzieciństwo z babcią, która dla mnie potrafiła chodzić na kolanach.
Ostatnio pobiłam szczyt swojej głupoty. Jak zwykle idę rano do szkoły z słuchawkami na uszach, mgła, szaro, ja zmęczona. Z oddali widzę babę która strasznie mocno ciągnie smycz i szarpie małym psem. Mój niewyspany móżdżek pomyślał: "O nie! Nie będzie nikt tak traktował psów na moim osiedlu!". Więc krzyczę do sadystki "Zostaw biednego psa! Przecież to tylko niewinne zwierzę!".
Okazało się, że owa pani zamiatała chodnik i "szarpała" nie psa, tylko miotłę. Spaliłam buraka, zaciagnęłam kaptur, jak najbardziej się da i przyspieszyłam tempo. Nawet jak byłam daleko za nią ciągle słyszałam jej śmiech...
Dodaj anonimowe wyznanie