#DFsTa

Jak wiadomo przedświąteczny czas to wyjątkowe dni. Niestety w tamtym roku był dla mnie wyjątkowy w negatywnym znaczeniu. Siedząc na nudnej lekcji w liceum zauważyłam, że koleżance wypadł z torby tajemniczy "dezodorant". Jestem ciekawską osobą i postanowiłam sprawdzić zapach pryskając na podłogę. Jak się szybko okazało był to gaz pieprzowy. Jeśli ktoś się z tym spotkał to wie, że było dużo kaszlu i śmiechu, do czasu kiedy pani profesor nie stwierdziła, że coś jest nie tak. 

Jako honorowa osoba przyznałam się do popełnionego czynu i tu zaczyna się najciekawsza przygoda. Zostałam zaprowadzona do dyrektorki. Ona ku mojemu zaskoczeniu zadzwoniła po policję. Po traumatycznym pobycie w gabinecie i złożeniu zeznań policji wypuszczono mnie i wtedy okazało się że szkoła jest pusta bo w czasie mojej nieobecności zarządzano ewakuację około 900 uczniów.

Oczywiście pojawili się nauczyciele którzy chcieli doprowadzić do wydalenia mnie ze szkoły za tej niecny uczynek, bo przecież to elitarna szkoła. Trzy tygodnie później dowiedziałam się dzięki miłym odwiedzinom kuratora, że sprawa skierowana została do sądu. Na szczęście potem została umorzona, a ja teraz przygotowuję się do matury dalej w tym samym liceum, jednak uraz zostanie mi chyba zawsze.

#2RAH2

Byłam wtedy małą dziewczynką, miałam może z 6 lat. Często jeździłam do babci. Tata mnie zawoził np. w wakacje na tydzień lub dłużej. Zawsze bardzo się cieszyłam z tego powodu. Miałam tam ukochaną babcię i dwie ciocie, które często gdzieś mnie zabierały. Pewnego razu jedna ciocia postanowiła zabrać mnie do Warszawy do zoo. 

Jedziemy sobie z ciocią tramwajem i ciocia mówi: "O zobacz! A tu po prawej stronie jest szkoła twojej mamusi!" (która wtedy studiowała zaocznie). Więc patrzę szczęśliwa na ten wielki budynek, a tam... moja mama przed wejściem głównym. Macham do mamci, ale ona w ciężkim szoku, nawet nie podniosła ręki. 

Jak się okazało, nikt mamie nie powiedział, że zabierają mnie do zoo. Biedna mama mało nie zeszła na zawał, bo myślała, że jadę sama tramwajem po Warszawie.

#lz8hY

Mój tata to pomocny i troskliwy człowiek. Wracając autem z pracy w pewien deszczowy, chłodny dzień, przejeżdżał przez tory kolejowe. Niedaleko stała młoda, lekko ubrana, przemoczona dziewczyna. Tacie zrobiło się jej żal. Chciał choć kawałek ją podwieźć. Zatrzymał się i zawołał ją do auta. Zadowolona dziewczyna usiadła na przednim siedzeniu i bezceremonialnie stwierdziła: "To będzie dwieście złotych. Tylko bez dziwactw."

#oehOt

Od niedawna mieszkam poza granicami Polski. Przyjechałem tu, aby lepiej zarabiać i nie denerwować się, czy starczy do pierwszego. I o ile w tym temacie jest wszystko w porządku, to pojawił się inny problem. Mianowicie przez cały okres mojego pobytu, czyli prawie pół roku, nie mam żadnych znajomych, z którymi mógłbym wyskoczyć na piwo, kawę czy po prostu pogadać. Nie to, że się zamykam przed ludźmi, po prostu każdy traktuje mnie neutralnie. Nie mowiąc już o drugiej połówce, bo każda moja próba "zagadania" do kogoś kończy się standardowym zwrotem "sorry, ale jestem zajęta". Nie przesadzam, dosłownie każda próba nawiązania znajomości tak się kończy. Z dnia na dzień jest ze mną coraz gorzej, do kraju na chwilę obecną wrócić nie mogę, ponieważ nie mam perspektywy na pracę, a oszczędności, które posiadam są jeszcze zbyt małe. Dopiero pobyt tu uświadomił mi, co jest tak naprawdę w życiu najważniejsze. Co mi po dostatnim życiu, kiedy przychodzi mi prowadzić je w pojedynkę?

#7iSZF

Na fejsie napisał do mnie pewien chłopak. Mieszkał 60 km ode mnie. Wirtualna znajomość rozwinęła się i wówiłam mu o wszystkim, znał wszystkie moje sekrety. Pisaliśmy praktycznie codziennie do 2-3 w nocy. Gdzieś po roku postanowiłam do niego pojechać. Zbywał mnie, ale ja byłam nieugięta. Umówiliśmy się w parku. 

Siedzę na ławce i czekam 40 minut. Napisał mi sms, że widzi mnie, ale chyba nie odważy się podejść. Więc napisałam mu, żeby już do mnie nie pisał i że nie chcę go znać. Ruszając na autobus poczułam, że ktoś dotyka mnie za ramię. Odwracam się, a tam mój kumpel z liceum. Przyznał się, że jest we mnie zakochany, tylko wstydził się zagadać. Poprzez pisanie chciał się do mnie zbliżyć. 

Przez pół roku byliśmy razem, po czym mnie rzucił, bo zakochał się w innej. A poznał ją... na Facebooku.

#tJC9p

Jestem czwartym, a zarazem najmłodszym dzieckiem swoich rodziców. Moje rodzeństwo jest dużo ode mnie starsze i przez najmłodsze lata mojego życia było dla mnie dużym autorytetem. Aczkolwiek, pod koniec podstawówki zaczęłam mieć problemy z nauką i ani rozmowy z rodzicami, ani z rodzeństwem nie były w stanie zmusić mnie do nauki. Na początku gimnazjum zaczęłam chodzić na wagary oraz uciekać z domu. Późne powroty, opryskliwość i moja arogancja dotykały już tylko rodziców, bo rodzeństwo poszło na swoje.

Rodzice zawsze wydzwaniali do mnie jak szaleni, gdy znikałam z domu. Policja interweniować w tych sprawach nie mogła, bo nigdy nie znikałam na tak długo. O ile dwójka rodzeństwa do mnie dzwoniła, to najstarsza siostra tego nie robiła. Aż do tamtego dnia.

Odebrałam, jedynie z ciekawości. I usłyszałam jej głos oznajmiający, że tata i brat mieli wypadek samochody, gdy po raz kolejny jeździli i mnie szukali, mając nadzieję, że będę w jakimś parku.

Teraz mój tata jeździ na wózku inwalidzkim, a śmierć brata pozostawiła za sobą rozpacz i żałobę, której nie pozbyłam się przez siedem lat. Jednak najbardziej w tej historii ucierpiała moja bratowa i jej dziecko, oraz moja mama i reszta rodziny.

Mieszkam w innym mieście, studiuję. Do męczą mnie wyrzuty sumienia z powodu własnej głupoty. Do dziś czuję wstyd. Do dziś rozrywa mnie od środka rozpacz. Może moja historia będzie przestrogą dla wszystkich tych, którzy zostawiają w niewiedzy swoich najbliższych odnośnie miejsca pobytu oraz bezpieczeństwa.

#jLLKl

Kiedy byłam mała to usłyszałam gdzieś o raku. Nie zwierzaku, tylko chorobie i nie wiem skąd mi się to wzięło, ale stwierdziłam, że chciałabym mieć raka. Przez długi czas wychodziłam z domu bez bluzy, żeby zachorować na raka, aż w końcu ktoś mi wyjaśnił, że rak to nie żarty i na to się umiera. 

Dziś mam 23 lata i walczę z rakiem piersi...

#EDD8N

Na parapecie w moim pokoju stoi kaktus w pięknej, ręcznie malowanej doniczce. Chciałam zasłonić rolety i przez przypadek zahaczyłam firanką o roślinkę. Niewiele myśląc pociągnęłam za firankę i zrzuciłam kwiatka. Na (nie)szczęście jestem dość szybko reagującym człowieczkiem i lewą ręką zdążyłam go złapać. Jestem bohaterką!

Przed chwilą mama skończyła wyciągać mi igły z dłoni przy pomocy pęsety i różnej wielkości igieł... Ale kaktus żyje i ma się dobrze ;)

#xsySn

Dawno dawno temu, jak po ziemi łaziły jeszcze dinozaury, poszłam sobie do pierwszej klasy. Jako dziecko wyciągnięte prosto z przedszkola strasznie mi się tam nudziło. Mając gdzieś to, co mówi nauczycielka patrzyłam sobie spokojnie przez okno i w myślach robiłam listę zabaw, które najbardziej lubiłam, kiedy nauczycielka powiedziała: "No to zabieramy się robaczki do pracy, raz, dwa trzy...". A ja oderwana od rzeczywistości radośnie krzyknęłam: "Baba jaga patrzy!". Mina nauczycielki wciąż czasami śni mi się po nocach.

#2SkLa

Ostatnio rozstałam się z chłopakiem. Nienawidził on mojej pasji do motocykli, miał problem, że jeżdżę na motocyklu. Dodam, że nie miałam nigdy problemów z Policją, nie jeżdżę by zginąć i śmigać po niebieskich autostradach. On jednak cały czas twierdził, że to co robię jest złe. Robił mi awantury, że jeżdżę ze znajomymi i mnie długo nie ma. Kilka razy próbował mi niszczyć motocykl, trzeba było go naprawiać. Jednak wybaczałam mu to wszystko i wpajałam sobie, że "to był wypadek, zdarza się nawet najlepszym".

Ubrałam się w ciuchy motocyklowe, bo chciałam ze znajomymi skorzystać z ostatnich ładnych dni na śmiganie. Mojego chłopaka nie było, bo wyjechał gdzieś z kolegami. Kiedy wsiadałam na motocykl, zauważyłam, że jedzie autem, więc uśmiechnęłam się do niego i pomachałam ręką. Ten jak poparzony wyskoczył z auta i zaczyna się. Ta sama śpiewka. Przewróciłam tylko oczami.
- A ty znowu na ten motocykl?! Będziesz jeździć? Znowu?!
- No wiesz, nie. Tylko dla szpanu pokazuję starszym sąsiadkom że mam motocykl. No oczywiście, że jadę!
- A powiesz mi gdzie będziesz się szlajać?!
- No po mieście. A niby gdzie?
- Z tymi dawcami, tak?
- A żebyś wiedział.
- Dobra. Krótka piłka. Ja albo motocykl. Wybieraj. 

Bez chwili zastanowienia odpowiedziałam krótko: "Motocykl". I odjechałam. Wtedy gdy z nim zerwałam, poczułam się lepiej. Całe dnie mnie kontrolował, przyjeżdżał nawet do mnie do pracy: "Czy aby na pewno go nie okłamuję i nie jeżdżę na moto". Miałam dość, jednak nie miałam siły zebrać się i mu powiedzieć, co czuję. On mi to ułatwił tego dnia.

Tego samego dnia, gdy byłam na stacji benzynowej, czekając na kolegów, którzy tankowali, wyjęłam telefon. Dużo nieodebranych połączeń i jedna wiadomość z treścią: "A żebys sobie coś złamała na tym motocyklu. Mi nie zależy."

Dziś dostałam wiadomość od siostry byłego. Była jedną z moich dobrych kumpelek. Z treścią, że X sobie złamał nogę bo przewrócił się na schodach. Byli w szpitalu na zakładaniu gipsu. Pojechałam, zaparkowałam na parkingu, weszłam. Widzę koleżankę, witam się z nią i wchodzę do gipsowni, gdzie leży mój były. On gdy mnie zobaczył: "Przepraszam. Wrócisz do mnie? Będzie lepiej, obiecuję. Zmienię się.". Ja tylko krótkie: "Mi nie zależy". I z bananem na ryjku skierowałam się do wyjścia.
Dodaj anonimowe wyznanie