Historia miała miejsce kilka dni temu. Moja mama jest pracownikiem ochrony w dość dużym zakładzie stolarskim. Obok jej budki znajduje się kojec z psem. Mama pracuje w systemie 12-to godzinnym. Często do pracy bierze dzień wcześniej przygotowany sobie obiad, tak też było tego dnia.
Dzień okazał się strasznie napiętym i dynamicznym. Mama dość głodna postanowiła podgrzać sobie zupę. Zagląda do lodówki a tam... pusty słoik! Po zupie i gotowanym udku ani śladu. Wkurzona i głodna pyta kolegę.
- Brałeś mój obiad z lodówki?
- Jaki obiad?
- W słoiku miałam zupę z mięsem.
- Myślałem, że to dla psa i dałem mu do miski.
Mama wściekła mówi "Coś ty narobił, to był mój obiad!" na co pan T. spokojnym tonem "Pies jeszcze nie zjadł, mięso można wyjąć, opłukać i możesz zjeść!". Mina mamy bezcenna.
Nie jestem głupią osobą. Postrzegam świat nieco inaczej po prostu. Moim marzeniem zawsze było mieć kawiarnię i pisać książki, a w przerwach w pracy czytać. Wyjść w miarę wcześnie za mąż. Mieć dużą rodzinkę i być szczęśliwa, ot tyle. Uczyć się dla siebie. Pieniądze nie są dla mnie ważne.
Niestety moi rodzice nie są ze mnie zadowoleni. Jeżeli nie zdecyduję się na studia to mam się wyprowadzić. Smutne jest, że mój brat również nie zrobił studiów bo uważa, że ludzie wykształceni się wywyższają za bardzo, a rodzice mu przyklasnęli, a sami mają wyższe wykształcenie. Ot taka sprawiedliwość w rodzinie. Ech.
Mam w zwyczaju przecierać palcem po szczoteczce, kiedy skończę myć zęby. Taki nawyk. Dzisiaj również przejechałam palcem. Niestety po użyciu jednorazowej maszynki do golenia... Tak, bolało.
Mam 26 lat. Od 6 lat jestem w związku i od 3 lat staraliśmy się o dzidziusia. Historia typowa, nie udawało się. Najpierw z kalendarzem w ręku - klapa, podobno jak ktoś chce, to nie może więc olałam to - klapa. Wizyta u ginekologa - super wszystko, cierpliwości. I tak dalej wlokło się to przez 3 lata.
Od jakiegoś czasu strasznie zaczęło się między nami psuć. Kłóciliśmy się o wszystko, aż zdecydowaliśmy się na "chwilową separację", żeby wszystko sobie przemyśleć. Dwa tygodnie temu znalazłam w domu stare testy ciążowe, tzn. sprzed 4 miesięcy kiedy to jeszcze z nadzieją czekałam na 2 kreski na teście. Jeden był nie użyty, więc tak ni stąd ni z owąd zrobiłam test i... wyszły 2 kreski.
Nie wiem dlaczego, ale wszystko w życiu przytrafia mi się w najmniej oczekiwanym momencie. Czy to zajęcie myśli czym innym spowodowało, że jestem w stanie błogosławionym? Nie wiem, choć jestem najszczęśliwsza na świecie, mimo że dopiero teraz to się stało, gdy prawie rozeszliśmy się z chłopakiem.
PS. Zeszliśmy się i o dziwo jest tysiąc razy lepiej niż było wcześniej.
Jestem w kinie z siostrą na "Hotel Transylwania 2". Siedzimy, jemy popcorn i nagle słyszę piskliwy, dziecięcy głosik z niższych krzeseł: "Tata, weź przełącz już ten kanał!".
Od zawsze miałam głupie pomysły. Kiedyś miałam kilka lalek Barbie, którym obcinałam włosy, skracałam sukienki, itd. Pewnego dnia, mama postanowiła schować mi te lalki - taka kara za to że ich nie szanowałam. Dodam, że mieszkam na wsi, więc wszyscy wszystkich znają.
Jak już wspomniałam miałam głupie pomysły, więc z koleżanką zaczęłam szukać tych lalek, ale poszukiwania poszły na marne. No cóż, trzeba sobie jakoś radzić, postanowiłam napisać ogłoszenie na tablicę ogłoszeń, która była w centrum wsi, niedaleko pracy mojej mamy - "Poszukuję lalek Barbie, w tym jednej murzynki". Oczywiście podałam dane kontaktowe - nr domu i telefonu. Ok, ogłoszenie gotowe i przyklejone na tablicy.
Godzina, dwie - zero odzewu. W końcu telefon do taty od mamy, żeby oddał mi te lalki, bo cała wieś sie śmieje :)
Mam znajomego zapalonego wędkarza. Pewnego dnia postanowiliśmy wybrać się nad nasze osiedlowe jeziorko/bajorko - ważne że ryba jest. Zabraliśmy syna kolegi, sprzęt i w drogę. Już nad jeziorkiem/bajorkiem przywitał nas starszy facet, pełna profeska sprzęt za kilka tysięcy spokojnie, aż szkoda na takie kałuże z tym chodzić, ale nie oceniam.
Rozkładamy się, śmiechy chichy, facet już dłuższą chwilę siedzi, mówi że nic nie bierze, no trudno w domu i tak nie ma co robić. Sprzęt porozkładany, młody marudzić zaczyna, wiadomo - dziecko komputera nudzi się. Ale co zrobić, wędka ze 4 razy większa od niego to się mu nie da, bo jak przewróci się z nią to i nam jeszcze nią oczy wydłubie.
Wpadliśmy na genialny pomysł - patyk, kawałek żyłki, haczyk no i oczywiście najważniejsze robak. Poskładaliśmy to wszystko razem, wręczyliśmy młodemu i mamy spokój. Młody się bawi, kasiasty facet marudzi, siedzimy. Po jakimś czasie jakież było nasze zdziwienie, jak młody złowił rybę! Kasiasty facet tak się tym faktem zdenerwował, że pozbierał swoje rzeczy i więcej u nas nie łowił, bo jak to tak, żeby dzieciak na patyk złowił rybę, a sprzęt za kilka tysięcy zawiódł.
Sylwester. Postanowiliśmy z moją kuzynką spędzić to święto u jej dziadków. Dzień nam szybko minął i tylko czekaliśmy do północy. O wyczekiwanej godzinie wyszliśmy wszyscy na miejski rynek i podziwialiśmy fajerwerki. W drodze powrotnej dziadek kuzynki opowiedział nam legendę o nastolatkach, którzy co roku kradną w pobliskich domach bramy (!), gdy wszyscy już śpią. Ze względu na to, iż dziadkowie mieli ogromne łóżko, spaliśmy w nim z babcią, a dziadek położył się w pokoju gościnnym.
Nie mogłem zasnąć, więc po prostu leżałem. Usłyszałem dziwne głosy i stukanie narzędzi. Obudziłem kuzynkę.
- Ej! Słyszysz? Chyba bramę kradną!
- Idź spać...
Żałujcie, że nie widzieliście ich min, gdy po obudzeniu bramy nie było ?
Dlatego, gdy ktoś obudzi was o drugiej w nocy i oznajmia, że chyba kradną bramę, posłuchajcie go!
Jak wiadomo przedświąteczny czas to wyjątkowe dni. Niestety w tamtym roku był dla mnie wyjątkowy w negatywnym znaczeniu. Siedząc na nudnej lekcji w liceum zauważyłam, że koleżance wypadł z torby tajemniczy "dezodorant". Jestem ciekawską osobą i postanowiłam sprawdzić zapach pryskając na podłogę. Jak się szybko okazało był to gaz pieprzowy. Jeśli ktoś się z tym spotkał to wie, że było dużo kaszlu i śmiechu, do czasu kiedy pani profesor nie stwierdziła, że coś jest nie tak.
Jako honorowa osoba przyznałam się do popełnionego czynu i tu zaczyna się najciekawsza przygoda. Zostałam zaprowadzona do dyrektorki. Ona ku mojemu zaskoczeniu zadzwoniła po policję. Po traumatycznym pobycie w gabinecie i złożeniu zeznań policji wypuszczono mnie i wtedy okazało się że szkoła jest pusta bo w czasie mojej nieobecności zarządzano ewakuację około 900 uczniów.
Oczywiście pojawili się nauczyciele którzy chcieli doprowadzić do wydalenia mnie ze szkoły za tej niecny uczynek, bo przecież to elitarna szkoła. Trzy tygodnie później dowiedziałam się dzięki miłym odwiedzinom kuratora, że sprawa skierowana została do sądu. Na szczęście potem została umorzona, a ja teraz przygotowuję się do matury dalej w tym samym liceum, jednak uraz zostanie mi chyba zawsze.
Byłam wtedy małą dziewczynką, miałam może z 6 lat. Często jeździłam do babci. Tata mnie zawoził np. w wakacje na tydzień lub dłużej. Zawsze bardzo się cieszyłam z tego powodu. Miałam tam ukochaną babcię i dwie ciocie, które często gdzieś mnie zabierały. Pewnego razu jedna ciocia postanowiła zabrać mnie do Warszawy do zoo.
Jedziemy sobie z ciocią tramwajem i ciocia mówi: "O zobacz! A tu po prawej stronie jest szkoła twojej mamusi!" (która wtedy studiowała zaocznie). Więc patrzę szczęśliwa na ten wielki budynek, a tam... moja mama przed wejściem głównym. Macham do mamci, ale ona w ciężkim szoku, nawet nie podniosła ręki.
Jak się okazało, nikt mamie nie powiedział, że zabierają mnie do zoo. Biedna mama mało nie zeszła na zawał, bo myślała, że jadę sama tramwajem po Warszawie.
Dodaj anonimowe wyznanie