#LJfF6

Oto historia z mojego dzieciństwa, którą uwielbia opowiadać moja mama. Jako kilkuletnia dziewczynka (miałam wtedy 4, 5 lat) podchodziłam do obcych nastoletnich chłopców, obchodziłam ich w kółko, patrzyłam prosto w oczy, a na koniec pytałam: "Masz siusiaka?". Podobno niektórzy byli w takim szoku, że odpowiadali, że nie.

#sJz82

Jako dziecko chciałam być taka, jak moja mama. Nic w tym dziwnego, dzieci raczej miewają zwyczaj małpowania czegoś po rodzicach. Mama od zawsze bardzo dużo paliła, co czasami obserwowałam i wydawało mi się to fajnym, dorosłym zachowaniem. Oczywiście też chciałam być już dorosła. Po długiej obserwacji, jak mamuśka pali, stwierdziłam, że jestem gotowa by zacząć robić to samo.

Wyszłam na poszukiwanie swojego pierwszego papierosa. Przyjrzałam się krzewowi, który miał wiele cienkich gałązek. Voila! Znalazłam niekończące się źródło "fajek". Zerwałam jedną gałązkę, wzięłam do ust, udawałam, że ją podpaliłam i proszę bardzo! Zapaliłam moją pierwszą fajeczkę. Na jednej się nie skończyło, o nie. Wpadłam w nałóg "palenia" mojego własnego wyrobu. Robiłam to w ukryciu, nie chciałam, żeby mama się dowiedziała, jakich okropnych czynów dokonuję. Przez długi czas bardzo dobrze się z tym ukrywałam. Pozbywałam się dowodów zbrodni, czyli po wszystkim rzucałam na ziemię, przydeptywałam i wyrzucałam do kosza.

Pewnego dnia jednak gdy paliłam w swoim tajnym miejscu na dworze przyłapała mnie mama. Nie zorientowałam się, że idzie, więc ujrzała mnie opartą o budynek, zaciągającą się kawałkiem gałązki. Wpadłam w panikę, rzuciłam gałązkę na ziemię, przydeptałam ją dwa razy i uciekłam.

Mama do dziś wypomina mi mój nałóg, całej rodzinie też opowiedziała. I nie, nie palę już gałązek, a prawdziwych papierosów nigdy nie tknęłam :)

#4bQVc

Historia mojego życia mogłaby zostać zekranizowana jako ilustracja pójścia na dno... ale z morałem. Pochodzę z małego miasteczka, gdzie moja rodzina, w czasach, powiedzmy, "prosperity", uchodziła niemalże za arystokrację. Rodziców wszyscy znali. Mama była symbolem kobiety sukcesu (skończone studia medyczne, stali pacjenci z różnych województw), a tata - faceta przedsiębiorczego (jego firma miała na rynku całkiem niezłą pozycję i wkrótce rozszerzyła działalność na za granicę). I gdzieś tam byłam sobie ja, córka bogatych rodziców. 

Cieszyłam się opinią wzoru wszelkich cnót dziecięcych: byłam posłuszna, dobrze wychowana i wszechstronnie uzdolniona. Czy byliśmy szczęśliwi? Na początku myślałam, że tak. Rodzice wybudowali dom, największy i najładniejszy w okolicy, na uboczu i z dużym ogródkiem. Często wyjeżdżaliśmy, niekoniecznie za granicę. Dzięki rodzicom w dzieciństwie zwiedziłam dosłownie całą Polskę i naprawdę dobrze wspominam te wyjazdy. Żadne tam pięciogwiazdkowe hotele, to nie było w naszym stylu. Agroturystyka i jedzenie w tanich knajpach. Nigdy nie obnosiliśmy się z tym, że dobrze nam się powodziło, ale w tak małej miejscowości nie dało się uniknąć plotek i łatek. O mnie mówiło się jako o "córce lekarki", bo przecież mamę znał każdy. W szkole (zwykła rejonówka) zawsze byłam gdzieś na boku i nie miałam przyjaciół. Mówili na mnie "ta bogata", co bolało, bo nigdy nie dawałam nikomu odczuć tego, że żyję inaczej. 

Wydawało mi się, że jesteśmy szczęśliwą rodziną, ale rodzice zaczęli się od siebie oddalać przez nierealistyczne plany taty, który wydawał więcej pieniędzy niż miał i słuchał rad niewłaściwych ludzi. I poszliśmy na dno. Jego firma zbankrutowała, rodzice wzięli rozwód, dom został zajęty przez bank. Zostaliśmy wyrzuceni na bruk, nie mając gdzie się podziać, i z długami do spłacenia...

Wtedy okazało się, kto naprawdę jest kim. W mojej mieścinie aż huczało do plotek, ale ludzie, ci naprawdę dobrzy ludzie, starali się pomóc mnie, mamie i bratu. Jedna pani nawet za darmo przygotowywała mnie do matury. Każdy wspierał nas, jak mógł... O ile chciał, rzecz jasna, bo było też wielu zawistnych. Byliśmy zmuszeni drastycznie zmienić tryb życia, czasem nie starczało pieniędzy na najprostsze rzeczy, bo wynagrodzenie mamy zajął komornik. Nie było pieniędzy nawet na przysłowiowy chleb, ale dawaliśmy radę. Odbiliśmy się od dna. 

A teraz? Kontaktu z ojcem nie mam ("tatą" może być co najwyżej we wspomnieniach). Jestem szczęśliwa. Szczęśliwsza niż kiedykolwiek, mając mniej niż kiedykolwiek. Mniej... A może więcej? Kochającą rodzinę, wspaniałego chłopaka, prawdziwych przyjaciół i życie, w którym oddaję się temu, co kocham. A jaki z tego morał? Oczywisty. Pieniądze nie dają szczęścia. Zasmakowałam bogactwa. Zasmakowałam biedy. I już wiem, że najlepiej mi pośrodku.

#Qohgo

Miałam wtedy 7 lat, siostra 9. Zawsze to ona była bardziej przebiegła, zaś ja uchodziłam za grzeczne dziecko. Chodząc do szkoły podstawowej dostawałyśmy od rodziców drobne kieszonkowe na małe wydatki. Moja siostra wpadła na pomysł, że trochę zaoszczędzimy i kupimy sobie coś bardzo fajnego, na spółkę. Postanowiłyśmy, że nie będziemy kupować w szkole słodyczy, tylko przeznaczymy te pieniądze na szczytny cel. 

Przez ok 2 tyg. wszystkie drobne, które dostawałam od rodziców składałam do naszej wspólnej szuflady. Odmawiałam sobie wszystkiego... jednak spostrzegłam, że moja siostra nie odkłada pieniędzy. Wszystko co było w szufladzie zgromadziłam ja. Postanowiłam jej o tym powiedzieć. Kolejnego dnia do szuflady wrzuciłyśmy pieniądze obie, tak żebym widziała, że ona też to robi. I tak przez kolejne 2 tygodnie nadal odmawiałam sobie przyjemności, żeby jak najwięcej zaoszczędzić. 

Pewnego dnia otwieram szufladę, jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że jest pusta! Pobiegłam powiedzieć o tym mamie. Rozpłakałam się, ktoś nas okradł! Jednak nie trzeba było długo szukać winnego, nagle w drzwiach pojawiła się moja siostra. Słuchawki na uszach, kiwająca się głowa, a na szlufkach od spodni on - nowy, piękny walkman! Którego nigdy mi nie było dane posłuchać...

#AGAaM

Test gimnazjalny - jak wiadomo trzeba się elegancko ubrać, więc do całego stroju wybrałam szpilki (15 cm). Po napisaniu egzaminu można było wyjść z sali, ale oczywiście bardzo cicho. OK skończyłam, odsunęłam krzesło, wstałam - idę. Słychać tylko moje stukanie szpilek o parkiet sali gimnastycznej. Dodam, że siedziałam na samym końcu sali, a wyjście było w rogu, po przekątnej. Widzę, że każdy z nauczycieli pilnujących z irytacją w oczach patrzy na mnie. 

Pomyślałam, że przechylę stopę do przodu i będę szła jakby na palcach, na samej platformie. Niewykonalne - platforma wyprofilowana tak, że gdybym próbowała tak iść nie utrzymałabym równowagi i cała przechyliłabym się do przodu. Złapałam kontakt wzrokowy z wkurzoną już wychowawczynią i myślę no nie, jeszcze połowa drogi - albo się wracam (co nie wiem czy byłoby dozwolone ) albo ściągam buty. Wybrałam drugą opcje. Stojąc na jednej nodze na piętnastocentymetrowej szpili, próbując zdjąć pierwszego buta, wyrąbałam kłodę przed stolikiem komisji. 

To były chyba jedyne testy gimnazjalne, na których mimo nakazu surowej ciszy przez dobre 5 minut było słychać tylko śmiech. A ja jak gdyby nigdy nic siedząc na tyłku jeszcze na podłodze ściągnęłam drugiego buta, wstałam, powiedziałam 'przepraszam' i wybiegłam już bezdźwięcznie. 

Nauczyciele, którzy pilnowali na korytarzu uczniów, którzy już skończyli, kiedy zapytali co się stało, usłyszeli od prawdopodobnie całej czerwonej na twarzy dziewczyny z butami w ręku "W sumie to nie wiem".

#FjB0i

Dość często jeździmy z kolegą trasą, gdzie stoją panie, które wykonują zawód "miłosny". Oboje z kolegą lubimy robić sobie żarty, więc któregoś dnia zatrzymaliśmy się koło jednej i wywiązał się taki dialog:
- Cześć, co jesteś w stanie zrobić za 700zł?
- Wszystko - odparła pani.
- To wsiadaj.
Pani zadowolona już wsiadała z myślą zarobienia kasy, wtedy wypaliłem do niej:
- Jedziemy czyścić kible.
Pani jak szybko wsiadła, tak szybko uciekła. Miny tej pani nie zapomnę.

#c3cvK

Kiedyś założyłam sobie fałszywe konto na pewnym portalu. Tak dla zabawy. Poza tym chciałam go w ten sposób wypróbować. Tam poznałam fantastycznego chłopaka. Przystojny, rozmawiałam z nim non stop. Oczywiscie kiedy nadeszła chwila, w którym zaproponował spotkanie musiałam urwać kontakt (no bo jak - zdjęcie i dane były fałszywe). Ale nie załamałam się, bo obmyślilam wspaniały plan - założę sobię prawdziwe, realne konto i wtedy rozpocznę rozmowę, a on się we mnie zakocha. Problem był taki, że on preferował szczupłe dziewczyny, a mi do takiej było (może nie bardzo), ale daleko. 

Jednak podjęłam wyzwanie i przez 2 miesiące ciężko pracowałam na siłowni i w kuchni (z warzywami) cały czas mając go w pamięci. I cel - w końcu do niego napiszę jako prawdziwa ja. Codziennie patrzyłam, czy ma jeszcze konto. I miał. No i kiedy waga w końcu pokazała 57 kg i bez problemu założyłam rurki o rozmiarze 36 - założyłam konto i napisałam. Jednak rozmowa nie kleiła się jak kiedyś... 

Strasznie to przeżyłam, ale minął rok od tego czasu. Ja ciagle chuda, ostatnio przechodziłam koło niego w sklepie, ze swoim chłopakiem. Uśmiechnęłam się, bo w końcu - mimo, ze nie jesteśmy razem - pozytywnie namieszał w moim życiu. Dzięki tej sytuacji jednego jestem pewna - nic nie jest bez znaczenia i czasem nawet osoby, które nas zranią - mogą zrobić dla nas coś dobrego. Nawet nieświadomie.

#a0EW3

Było to około 3 lat temu. Zerwałam z chłopakiem, bo mnie zdradził. Po krótkim czasie zauroczyłam się innym chłopakiem. Mój były też znalazł sobie kogoś, nie dziwiło mnie to wcale. 

Wszystko pięknie przez 2 lata związku. Mój partner był czuły, kochany, obiecywał miłość na zawsze. Ale coś zaczęło się psuć i rozstaliśmy się. Oczywiście ja chciałam to naprawić, ale nie dawał mi żadnej szansy. Twierdził, że nie potrafi już okazywać uczuć. Nie chciał mieć nikogo. Jakoś musiałam to przyjąć do wiadomości, łatwo nie było. Nie było dnia przez pół roku w którym bym nie myślała o nim. 

Niedawno dowiedziałam się, że ma nową dziewczynę. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że to była mojego byłego.

#ciXfr

Jestem absolwentką kierunku humanistycznego (dość specyficznego, więc nie piszę całej nazwy). Na 3 roku studiów zaczęliśmy chodzić na przedmiot, którego było zdecydowanie za dużo (aż 60 godzin), a nie mieliśmy mieć z niego żadnych, ale to żadnych uprawnień, przy czym z przedmiotów, które miały być wpisane do "Przygotowania zawodowego" mieliśmy np. jedynie 15 godzin. Można się wkurzyć. Prowadząca ćwiczenia z owego bezsensownego przedmiotu miała w zwyczaju zadawać pytania i nie odpowiadać na nie, czekając czasem nawet po 5 minut, aż ktoś wpadnie na dobrą odpowiedź (a większość z nas się nudziła, więc nikt nie odpowiadał).

Od paru lat mam stwierdzony niedosłuch na niektórych pasmach, więc gdy szepczę, to nie jestem czasem w stanie stwierdzić, czy szepczę głośno, czy cicho. W taki oto sposób, w czasie jednej z słynnych przerw prowadzącej, wyszeptałam do koleżanki (siedząc na samym końcu sali): "Gdyby sama sobie odpowiadała na te pytania i nie czekała na nasze odpowiedzi, to mielibyśmy 30, a nie 60 godzin z tego durnego przedmiotu". 

Wzrok koleżanki, która dała mi do zrozumienia, że nie był to "cichy" szept, a potem wzrok prowadzącej i kilka odwróconych w moją stronę głów będą mi towarzyszyć do końca życia ;).
Dodaj anonimowe wyznanie