Od najmłodszych lat spędzałam mamie sen z powiek. Wychowałam się z dwójką niewiele starszych braci, więc siniaki zadrapania, powybijane mleczaki były na porządku dziennym.
Pewnego wieczoru, a miałam wtedy 12 lat, mama zabroniła nam wychodzić, bo wcześniej nabroiliśmy, jak zwykle. Ale oczywiście wymknęłam się z bratem, żeby urządzić sobie wyścigi. Niefortunnie brat mnie podkosił i wylądowałam na asfalcie. Wróciłam do domu z ogromnym bólem w ręce, ale bałam się powiedzieć mamie.
Wytrzymałam do rana i ze spuchniętą ręką i niewyobrażalnym bólem w końcu przyznałam się do wieczornej ucieczki i prawdopodobnie złamanej ręki. Moja mama była zdezorientowana, gdy dowiedziała się, że zdarzyło się to poprzedniego dnia zabrała mnie prędko do lekarza, ale kazała przyjąć wersję, że rano spadłam z łóżka, pewnie żeby nie wyjść na wyrodną matkę.
Lekarz jak to lekarz dotyka ręki, pyta, jak to się stało. Ja pięknie odpowiadam, że dziś rano spadłam z łóżka. Lekarz pełen empatii mówi, że pewnie bardzo boli, a ja na to: "Jak diabli boli od wczoraj, całą noc nie spałam!".
PS Ręka była złamana w dwóch miejscach.
Mój chłopak jest zakochany po uszy w swojej pasji, jaką są motory. Ma swój ukochany motocykl, który jest oczkiem w jego głowie. Pewnego dnia, gdy przyjechałam do niego z niespodzianką, zauważyłam go siedzącego w aucie i szperającego w radiu. Chciałam mu zrobić niespodziankę jeszcze większą niż sam mój przyjazd, więc ukradkiem przeszłam do pomieszczenia obok, w którym trzymał swojego potwora. Rozebrałam się do samej bielizny, na co byłam przygotowana. Piękna koronkowa bielizna, szpilki i czerwona szminka. Wsiadłam na motor i wołam mojego ukochanego, odpalając silnik.
Słyszę, że wybiega z auta, więc wyginam się jak kobra i mruczę, a tu staje przede mną jego ojciec z miną co najmniej niecodzienną. Nie wiedziałam, czy mam się śmiać czy płakać, pomyliłam chłopaka z jego ojcem, który zobaczył mnie w negliżu. Od tamtej pory, gdy mnie widzi podśmiechuje się pod nosem. Mój chłopak nigdy więcej przy tym motorze mnie nie zobaczył.
Parę miesięcy temu wracałam z grupką znajomych i mym wybrankiem z baru. Późny wieczór, niewiele było widać, lecz sokoli wzrok mojego drogiego mężczyzny wypatrzył śliczny bukiet białych róż leżący przy ulicy. W porywie romantycznego (wzmaganego też wypitym piwem) uniesienia rzucił się ku kwiatkom, przyniósł mi je, rycersko klęknął na jedno kolano i oferował mi tym olbrzymim trudem zdobyty dar. Wokół oklaski, okrzyki podziwu, wszyscy zachwyceni odbywającą się właśnie sceną, wzruszenie niesamowite. Jak na damę przystało, przyjęłam podarek z wdzięcznością, kwiatki powąchałam, i w tym momencie spostrzegłam wplecioną między łodyżki wstążkę. Czarną.
- Michał... Chcesz mi o czymś powiedzieć?
Wstążeczka, jak zapewne się domyśliliście, ozdobiona była napisem "ostatnie pożegnanie".
Historia miała miejsce gdy miałam 12 lat. Podstawówka. Mieszkałam w małej wsi, wszyscy się znali, plotkowali itd. Społeczeństwo był no cóż... lekko zacofane i stereotypowe. Jak to w małych wsiach bywa. Wielką sensacją było pojawienie się nowej rodziny w naszej okolicy. Córka nowych sąsiadów zaczęła chodzić ze mną do klasy.
Jestem osobą koleżeńską i szybko zakolegowałam się z NOWĄ. Miała jeden wielki sekret, którym się podzieliła na początku tylko ze mną - była innego wyznania niż my. Dla mnie nie było to nic strasznego, bo rodzice zawsze uczyli mnie, że trzeba być tolerancyjnym itd. Ale niestety rodzice moich znajomych myśleli bardzo stereotypowo. Gdy dowiedzieli się o jej wyznaniu kazali dzieciom się od niej odciąć. Mnie to bardzo denerwowało i czasem nawet na siłę próbowałam wprowadzić ją do mojego towarzystwa. Tutaj zaznaczam że moje towarzystwo owszem, traktowało ją jak powietrze itd, ale nigdy nie przezywało ani nic z tych rzeczy... Ale wróćmy do tematu.
Pewnego dnia poczułam się źle podczas lekcji wf i poszłam do szatni. Tam przyłapałam NOWĄ na kradzieży pieniędzy mojej przyjaciółki. Ona powiedziała mi że to na jedzenie, więc przemilczałam sprawę... Sytuacja powtórzyła się jednak jeszcze 2 razy. Pomimo iż nawet przynosiłam jej kanapki z domu bo myślałam że chodzi głodna. Powiedziałam więc to moim koleżankom, co bardzo je oburzyło i zaczęły ją śledzić. Jak można się domyślić one także przyłapały ją na kradzieży. Powiedziały jej że jeżeli nie odda im pieniędzy oraz rzeczy (jednej z moich koleżanek ukradła pierścionek) to powiedzą wychowawcy.
Co zrobiła ONA? pobiegła pierwsza do wychowawcy, nagadała mu, że my ją przezywamy ze względu na wiarę, nazywamy "złodziejem" itd. A jako przywódcę tych oszczerstw wskazała... MNIE. Na nic były moje wyjaśnienia i moich koleżanek, no bo przecież łatwiej uwierzyć potencjalnej "ofierze" niż grupie...
Zostało mi obniżone zachowanie, wezwani rodzice, bałam się potem pokazać rodzinie moje świadectwo... Mam traumę do końca życia. Za każdym razem gdy widzę gdzieś tego wychowawcę zastanawiam się dlaczego nie chciał dojść dojść do sedna sprawy, sprawdzić co i jak. Nie, on od razu wydał wyrok. Może mogłam postąpić inaczej, może nie musiałam mówić koleżankom, może najpierw trzeba było powiedzieć wychowawcy... ale ja byłam tylko dzieckiem, które było przytłoczone tą sytuacją.
Może mój dawny wychowawca lub ONA to przeczytają i dojdzie do nich jak ona swoim kłamstwem i on swoją stronnością doprowadzili do tego że przestałam wierzyć w ludzi i w sprawiedliwość.
Sytuacja wydarzyła się parę dni temu w sklepie z artykułami biurowymi. Czekałam wśród tłumu na ksero, gdy wszedł do owego sklepu chłopczyk. Był zaniedbany, jego ubrania nie były przystosowane do tego, co działo się na zewnątrz. Gdy podszedł do kasy w jego głosie było słychać niepokój, jakby się czegoś bał. Cicho, grzecznie zapytał o cenę temperówki na dwa rozmiary kredek, a w swoich małych rączkach nieustannie przeliczał parę monet. Sprzedawczyni odpowiedziała, że 5 zł z hakiem, on spojrzał na pieniądze i spytał o inną. Kobieta odpowiedziała 4 z hakiem. On bliski smutny spytał o tańszą, ale niestety nie było. Poprosił więc tylko o gumkę do mazania. Rozmowę słyszało może 10 osób. Byłam bliska płaczu, że życie jest totalnie niesprawiedliwe i dlaczego małe dzieci mają cierpieć. Chłopiec przyjmował resztę, ale jego ręka nagle zadrżała, kiedy otrząsnęłam się z rozmyśleń i szybko rzuciłam: "Czekaj! Dorzucę się, w końcu nie można żyć bez temperówki". Chłopiec się speszył, ale przyjął moją propozycję i podziękował.
Nie bójmy się odzywać, żeby dawać pomoc. Cieszę się, że zdobyłam się na odwagę, bo końcu karma wraca.
Moja mama bardzo naciskała, żebym poszła na studia. Rozpędziłam się tak, że zrobiłam 3 kierunki... a teraz w urzędach i wszelkich zakładach wciąż słyszę, że mam "za wysokie wykształcenie na to stanowisko".
Będąc dzieckiem, często jeździłam na kolonie. Jedną z nich spędziłam w górach. Z balkonu mojego pokoju można było oglądać piękne Beskidy rozciągające się na tle błękitnego nieba, ponadto pod balkonem znajdował się taras pewnej wykwintnej restauracji. Restauracja ta za dnia pękała w szwach, ale nie o tym chcę wam opowiedzieć.
Głównym bohaterem mojej historii są majtki. Tak - zwyczajne, mokre majtki, wywieszone na balkonie zaraz po praniu. Siedziałam w pokoju i spoglądając na balkon byłam świadkiem ciekawego zjawiska. Jeden lekki podmuch wiatru i delikatny materiał majteczek sfrunął z balkonu zataczając radosne kółeczko i ze złośliwym uśmieszkiem zaczął spadać w dół, aż w końcu zniknął mi sprzed oczu. Wstając nieśpiesznie, pomyślałam "zdarza się, na szczęście nikt pode mną nie mieszka, pójdę na dwór, podniosę je z trawy i zaniosę z powrotem na balkon, przypinając dla ostrożności klamerką.
Gdy wychyliłam się z balkonu, aby móc określić ich dokładne położenie mój wzrok spoczął na chwilę na jednym ze stołów restauracji. Siedziała przy nim pani z panem, którzy na oko mieli 40 lat. Przyglądali się dziwnie zawartości swojego obiadu. Na środku talerza z pieczenią, spoczywały bowiem w błogim spokoju majtki, zupełnie nie przejmując się tym, że naruszyły spokojny obiad tegoż państwa.
Teraz możecie sobie wyobrazić, jak bardzo czerwona byłam, gdy jąkając jakieś niezrozumiałe słowa na kształt przeprosin zdjęłam owe majtki z potrawy i pożyczyłam państwu smacznego obiadu. Byli oni na szczęście ludźmi z poczuciem humoru, więc nie okazali mi gniewu. Ja jednak, chcąc zakopać się pod ziemię, uciekłam z powrotem do pokoju.
Tego dnia nauczyłam się, aby wieszając pranie zawsze przypinać je klamerkami.
Sytuacja sprzed kilku tygodni. Kiedy zaczęły się pierwsze poranne mrozy, postanowiłam być wspaniałą córką i oszczędzić tacie trochę czasu w porannym szykowaniu się. Wyszykowałam się pierwsza, więc wzięłam kluczyki do samochodu i wyszłam z domu. A że szyby były nieco zamarznięte, chciałam odpalić samochód i go rozgrzać. Ważnym faktem jest, że samochód stoi blisko ściany domu, zwrócony do niej przodem. Ucieszona pomysłem, usiadłam za kierownicą, wcisnęłam sprzęgło - wszystko pięknie i poprawnie - ale nie sprawdziłam, czy skrzynia biegów jest na luzie. Nie była.
Puszczając sprzęgło wyrwałam całym impetem do przodu i chyba nie muszę mówić co było dalej. Nie oszczędziłam tacie czasu. W sumie to niczego nie oszczędziłam. Zwłaszcza pieniędzy.
Ostatnio zmienił się sygnał wiadomości na Facebooku. Zbiegło się to z wizytą policji w moimi domu, jednak ja w tym czasie byłam w szkole i o wizycie panów mundurowych dowiedziałam się dopiero po powrocie do domu.
Rzadko wyłączam komputer i przeglądając różne strony, czy później leżąc na łóżku z książką słyszałam ten nowy dźwięk. Mam bujną wyobraźnię, a trochę mniej rozwiniętą inteligencję... Pomyślałam, że policja musiała mi założyć podsłuch w pokoju i przez 3h chodziłam po pokoju na czworakach i nasłuchiwałam skąd dobiega sygnał - jak wtedy myślałam "mikro podsłuchu".
Dopiero mama mnie uświadomiła, gdy spanikowana zawołałam ją do pokoju i opowiedziałam moją teorię :(
Historia miała miejsce kiedy miałem 22 lata. Poznałem świetną dziewczynę. Wizualnie ideał. Dziewczyna o której zawsze marzyłem, sam nie wierzyłem, że się ze mną spotyka. W końcu przyszedł "ten" dzień. Spacer, kolacja na mieście itd. Jesteśmy u mnie w domu, zaczynają się namiętne pocałunki i tylko sekundy dzielą nas od tego by przejść dalej. Ok, zaczęło się, dziewczyna przejmuje inicjatywę pierwsza i zaczyna subtelnie mnie rozbierać. Super. I tutaj właśnie w tym momencie przyszedł mi do głowy tak durny pomysł, że chyba nikt by na to nie wpadł. Popisałem się swoim ekstrawaganckim poczuciem humoru.
Dziewczę zaczyna się do mnie dobierać, a ja z najpoważniejszą miną jaką potrafiłem zrobić pytam "Co ty robisz?!". Dziewczyna lekko zmieszana, nie wie co się stało i pyta czy zrobiła coś nie tak. Na co ja, ciągle z ogromną powagą, odpowiadam coś w stylu: "Nie możemy tego zrobić teraz. Wychowałem się w bardzo katolickiej rodzinie i nauczania księży zawsze były mi bardzo bliskie. Poczekajmy do ślubu". Spodziewałem się jeszcze większego zmieszania ze strony dziewczyny lub ewentualnie wyczucia komizmu sytuacji. Miałem jeszcze chwilę ją przetrzymać, po czym powiedzieć, że żartowałem. I się przeliczyłem...
Ona powiedziała, że dobrze, nie ma problemu i nawet bardzo się z tego cieszy, bo też o tym myślała, ale bała się powiedzieć, aby mnie nie stracić... Tak mnie zamurowało, że na nic się zdały późniejsze tłumaczenia, że to był tylko żart. Ona potraktowała to bardzo poważnie, była wręcz ze mnie dumna, że tak się zachowałem. Jak się domyślacie, seksu tej nocy nie było. Później też nie. A po jakimś czasie nasze drogi się rozeszły...
Dodaj anonimowe wyznanie