Pasja to coś, co potrafi sprawić radość, gdy twoje serce dzieli się na miliony kawałków. Niestety w moim przypadku to właśnie pasja sprawiła, że moje serce pękło na kawałki. Uwielbiałam samochody, szybką jazdę, pracowałam w bardzo dobrym salonie samochodowym. Życie miałam takie, jakie sobie zaplanowałam. Ale stało się coś co zmieniło je całkowicie. Któregoś dnia jechałam na Nocną Jazdę, siostra bardzo się uparła, że chce ze mną jechać, więc ją wzięłam. Gdy wracałyśmy poczułam, że robi mi się niedobrze i w pewnym momencie zemdlałam. Nie mogłam nic zrobić, zapanować nad samochodem, czy się zatrzymać. Stało się to dopiero na pobliskim drzewie.
Odzyskałam przytomność jak wnosili mnie do karetki i zobaczyłam kogoś w czarnym worku. Tak, to była moja siostra. Nie zapomnę tego widoku nigdy. Ja miałam tylko złamaną nogę i jak się później okazało cukrzycę typu 2, przez co właśnie zasłabłam. Rodzice cały czas mnie o to obwiniali, że za szybko jechałam, że mogłam jej ze sobą nie brać, że to moja wina. Nie miałam u nich wsparcia, a właśnie wtedy potrzebowałam ich najbardziej. Po miesiącu się od nich wyprowadziłam, bo już nie wytrzymywałam ich codziennych oskarżeń w moją stronę. Od tamtej pory minęło 5 lat, nadal jestem załamana i nie ma dnia, żebym o tym nie myślała, na cmentarzu jestem codziennie. Teraz zmieniłam pracę, bardzo rzadko wsiadam za kierownicę. Rodzice się do mnie ani razu nie odezwali, ale słowa mamy "gdyby nie ty, to ona by żyła" zapamiętam do końca życia.
Jako dziecko chciałam, żeby rodzice się rozwiedli. Moje "życzenie" się spełniło. Dziś ojciec powiedział mi, że to przeze mnie. Dlaczego? Bo odkryłam jego romans i powiedziałam o nim mamie zamiast przyjść z tym do niego.
Jestem studentką III roku. Mieszkam jakieś 25 min z buta od uczelni. Należę do tych leniwych osób, więc najczęściej jeżdżę autobusem. Wczoraj byłam już spóźniona na MZKę, ale miałam nadzieję, że i ona się spóźni. W pośpiechu wyszłam z domu i zamykając drzwi uświadomiłam sobie brak legitymacji i jakieś drobne w kieszeni. Nie wiem nawet czy wystarczyłoby mi na bilet. Nigdy nie dostałam mandatu. Pomyślałam, że jak już go dostać, to cały, bo co mi po tym, że kupię bilet, a i tak dostanę mandat za brak legitymacji. No to lecę "na przypale, albo wcale!!" Pytam pani siedzącej na przystanku, czy mój autobus już jechał, ale na szczęście nie.
Kiedy podjechał wsiadłam tylnymi drzwiami, usiadłam i patrzę przed siebie... a tam kobieta i mężczyzna z identyfikatorami i jakimiś papierami. Myślę no nie - kanary!! I w te pędy do drzwi, ale kierowca zamknął mi je przed nosem... No to jestem w d****. Miałam nadzieję, że zdążę wysiąść na następnym przystanku. Zza pleców słyszę głos trzeciego z nich: "Na jakim bilecie pani jedzie?" to odpowiadam, że na studenckim, więc pyta dalej: "Miesięczny czy jednorazowy", no to odpowiadam, że jednorazowy, zapytał jeszcze na jakim przystanku wysiadam. Odpowiadając trzęsły mi się ręce. Okazało się, że to była tylko ankieta!
Do domu wróciłam na piechotę.
Na wstępie zaznaczę, że u mnie w domu zawsze na andruty mówiło się wafle (nigdy na odwrót) stąd przez praktycznie 20 lat nie znałem innego określenia na ten smakołyk. Aż do pewnego dnia.
Pojechałem po praktykach do dziewczyny, było to dość wcześnie bo około 11, jej mama miała akurat wolne. Zaproponowała kawę, ale odmówiłem i tak chwilę posiedzieliśmy, pogadaliśmy, aż w końcu zadała, to magiczne pytanie: "Czy poczęstuję się andrutem". Ale jako że nie znałem tego określenia to wypaliłem: "Nie dziękuję, nie jadam takich owoców". Nazwa 'andrut' skojarzyła mi się z grejfrutem.
Ich śmiechu i mojego wstydu, kiedy mi wytłumaczyły, że to wafle, nie zapomnę chyba nigdy.
Kiedy miałam jakoś 5 lat poszłam z babcią do parku, i usiadłyśmy na ławce. Obok nas przechodziła przyjaciółka mojej babci. Zauważyła nas, przywitała się i powiedziała do mnie: "Ale ty jesteś śliczna", a ja jej na to: "A pani jest brzydka".
Dziadek uwielbiał psy. Po śmierci ukochanego psiaka kupił małego boksera. Szczeniak prześliczny z charakterystyczną łatką na piersi. Dziadek czasami brał go do pracy, ale pewnego dnia zniknął - ktoś go ukradł! Rodzinna zrozpaczona, dziadek po jakimś czasie kupił następnego, bo bez psa pusto i smutno. Minęły dwa lata, dziadek wyprowadza swoje szczęście na smyczy, patrzy a tu jakiś facio trzyma pięknego boksera. Rozpoznał, że to ten który został mu skradziony przed dwoma laty.
Dziadek podszedł, pochwalił, że pies ładnie wygląda, wytłumaczył sytuację, podziękował za opiekę, wręczył niemałą ilość pieniędzy za utrzymanie i do domu wrócił z dwoma psami :)
Moja mama jest bardzo wygadaną osobą, nic więc dziwnego, że odziedziczyłam to po niej. Od małego buzia mi się nie zamyka, co wiele razy sprawiło, że zostałam mianowana mistrzem przypału w swojej rodzinie. Mając około lat trzech przeskrobałam coś, więc mama jak to miała w zwyczaju ukucnęła przede mną, tak by jej twarz znajdowała się na wysokości mojej. Zaczęła swój monolog o tym dlaczego tak nie wolno robić, że to źle się tak zachowywać itp. Wiadomo, że jako trzylatka niezbyt miałam ochotę tego słuchać, więc ze łzami i wyrzutem w oczach spojrzałam na swoją rodzicielkę i stanowczym głosem, lekko sepleniąc - wypaliłam:
- Cy ty nie mogłabyś mnie chociaż raz zbić, zamiast tyle gadać?
Jak zapewne się domyślacie mama nie mogła powstrzymać śmiechu i oczywiście do dziś, gdy coś zrobię źle to pyta mnie w żartach czy chcę żeby mnie zbiła, czy może wolę posłuchać wykładu ;)
Sytuacja miała miejsce gdy byłem małym chłopcem, miałem może 11-12 lat. Pewnego razu wróciłem ze szkoły w pośpiechu "za potrzebą tą większą". Zawsze miałem uraz do siedzenia na zimnej desce. Ze względu na to, że byłem bardzo kreatywny postanowiłem wykorzystać młodszego brata. Powiedziałem mu, że jeśli usiądzie mi na desce i ją wygrzeje to dam mu 1zł i pół snickersa... Wyobraźcie sobie, że mały brat zgodził się i spełnił moje życzenie.
Teraz po ponad 10 latach gdy to wspominam nie mogę uwierzyć że taka sytuacja miała miejsce :D
Mój młodszy brat urodził się z MPD (dziecięce porażenie mózgowe) z ewidentną winą lekarzy. Były inne czasy: diagnoza po pierwszym roku życia bez instrukcji 'co i jak'. Cała wiedza pochodziła z książek, do których nie zawsze był dostęp. Nawet pediatrzy nie zawsze wiedzieli jak pomóc. Dzieciństwo spędziłam w różnych ośrodkach rehabilitacyjnych i przychodniach w kolejkach, słuchając różnych historii rodzinnych, patrząc na różne choroby, schorzenia, upośledzenia.
W chwili obecnej mam wielki szacunek do życia i zdrowia. Wiem, jak łatwo można je stracić na wiele lat lub na zawsze. Wiem, jak ZUS i MOPS, a więc państwo, 'dba' o osoby, które nie mogą pracować z powodu stanu zdrowia lub dlatego, że właśnie opiekują się swoim dzieckiem. Wiem też, jak łatwo jest dostać rentę/zasiłek, jeśli wie się jak, przez co osoby, które faktycznie potrzebują pomocy nie zawsze ją otrzymują. Nawet nie wiecie ile osób ma rentę z powodu alergii np.na pleśń czy kurz lub przebytej operacji w dzieciństwie...
Żyję ze świadomością, że za 20lat nie będę mogła pracować lub będę pracować na część etatu w domu, bo będę musiała opiekować się bratem. Wiem, że państwo mi nie pomoże. Rodzina powoli poodwracała się od nas (brak możliwości wyjazdu na wszystkie wydarzenia typowo rodzinne spowodował ich coraz mniejszą ilość i w końcu ich brak) - zostałam tylko ja i moja mama, która jest dla mnie największym autorytetem. Całe życie przykładałam się do nauki, a teraz pracy, aby mieć jak największe zabezpieczenie na później.
Nie mam przyjaciół. Trudno z kimś się zaprzyjaźnić, jeśli po szkole/pracy od razu trzeba być w domu, aby pomóc. Po kilku odmowach na udział w imprezach zaproszenia przestają napływać.
I wiecie co? Jestem szczęśliwa, bo nie mam wygórowanych oczekiwań od życia i cieszę się tym, co mam. Nawet jeśli jest tego niewiele.
Śledząc w mediach zaginięcie pewnej dziewczyny przypomniała mi się moja historia sprzed kilku miesięcy, która była przejawem skrajnej nieodpowiedzialności i miałam wielkie szczęście, że nie skończyło to się tragicznie. Najbardziej uderzający był fakt, że miejsca zdarzeń niemal w stu procentach się pokrywają.
Wiosenny wieczór, wybrałam się ze znajomym na osiemnastkę jego koleżanki jako osoba towarzysząca. Impreza była raczej z serii tych, gdzie musisz dużo wypić, żeby się w ogóle jakoś bawić. Znałam większość towarzystwa, ale w sumie to bardziej z widzenia. Dochodziła 24, godzina, o której miałam wracać do domu, a mój towarzysz po dość nieprzyjemnej wymianie zdań gdzieś zniknął, więc postanowiłam pójść pieszo na przystanek nocnego autobusu.
Dopiero wychodząc z klubu poczułam jak mocno byłam wstawiona. Przystanek był oddalony o dobre 20 minut pieszo, a ja po drodze pomyliłam trasy i efekt był taki, że autobus mi uciekł, a kolejny miał być dopiero za godzinę. Rzuciłam torebkę na ławkę i usiadłam, bliska płaczu z bezsilności. Tutaj muszę zaznaczyć, że mam dość surowych rodziców i nieczęsto pozwalają mi na takie wyjścia, dlatego bałam się nadużyć ich zaufania i wrócić później niż mówiłam.
W tym momencie dostałam telefon od tego chłopaka. Był mocno wkurzony, że wyszłam sama, a ja, zdenerwowana jego nadopiekuńczością, powiedziałam, że sobie poradzę i rzuciłam słuchawką.
Wtedy podszedł do mnie jakiś starszy mężczyzna pytając co się stało, ja coś tam odmruknęłam o tym autobusie, a on na to stwierdził, że zamówi mi taksówkę. Ja grzecznie odmówiłam, jednak mężczyzna wyjął już telefon i wybierał numer. Dość mocno się przeraziłam, przypominając sobie wszystkie sceny z filmów, więc podjęłam szybką decyzję: uciekam zanim zdąży zauważyć, że mnie nie ma.
Skierowałam się w stronę mieszkania, ale mój pijany umysł podpowiedział mi najkrótszą, a jednocześnie najbardziej niebezpieczną drogę - przez ciemny park. Szybko jednak usłyszałam za sobą kroki. Kolana się pode mną ugięły, kiedy wyobraziłam sobie wszystkie możliwe scenariusze. Mężczyzna podbiegł do mnie, mówiąc, że jeśli nie odprowadzi mnie do domu to będzie miał to na sumieniu. Nie podobał mi się ten pomysł, tym bardziej, że droga do mojego domu prowadziła przez dość niebezpieczne dzielnice miasta, ale bałam się odmówić.
Historia skończyła się dobrze, ten człowiek okazał się nie mieć złych zamiarów, odprowadził mnie do skrzyżowania obok mojego domu i spokojnie wróciłam. Okazał się być też bardzo sympatycznym człowiekiem i całą drogę spędziłam wysłuchując historii z jego życia.
Na przyszłość jednak będę wiedziała, że lepiej zapłacić te kilkanaście złotych za taksówkę niż ryzykować własnym bezpieczeństwem.
Dodaj anonimowe wyznanie