Przeważnie każdy weekend spędzam u mojego chłopaka. Ostatnio oglądaliśmy razem film, a że nie było jego rodziców w domu zaczęliśmy się przytulać i całować. Wtedy przypomniała mi się historia z anonimowych "o naleśniku" (http://anonimowe.pl/SYZhz). Stwierdziłam, że zrobię podobnie. W każdym razie, gdy się zrobiło już bardziej namiętnie wymruczałam:
- Kochanie a wiesz na co mam ochotę?
- Na co na co skarbie?
- Na paróweczkę...
- Na tę paróweczkę? - odpowiedział podekscytowany, wskazując wiadomo gdzie.
- Nie, nie na tę...
Wstałam i wyszłam do kuchni, coby sobie odgrzać te parówki. W każdym razie, gdy tak czekałam, aż się zagotują mój chłopak przyszedł do kuchni, zaczął się wdzięczyć do mnie i... pierwszy raz przypaliłam parówki :(
W podstawówce byłem wzorowym uczniem, dobrze się uczyłem i byłem szczęśliwym dzieckiem. Ale miałem tez kolegę - nazwijmy go Markiem. No więc Marek wszystko robił lepiej. Był najlepszy dosłownie we wszystkim czego się dotknął. W pewnym momencie zacząłem z nim rywalizować - w zdobyciu wyższej średniej, we wszystkich szkolnych konkursach, sporcie, graniu na instrumentach itd. I za każdym razem wygrywał, a ja przeważnie kończyłem na nieszczęsnym drugim miejscu. Nienawidziłem tego dzieciaka. Rywalizacja z nim doprowadzała mnie do obsesji. W pewnym momencie pomyślałem, że nigdy nie będę szczęśliwy, jeżeli go nie pokonam.
I mimo że się nie lubiliśmy to zawsze zachowywaliśmy sztuczną życzliwość (jak to mają w zwyczaju dziewczyny), gdy tak naprawdę chcieliśmy jednocześnie wbić sobie noże w plecy (oczywiście nie dosłownie).
W gimnazjum trafiliśmy do różnych klas, ale to tylko wzmagało naszą rywalizację. Liczyło się tylko to kto wygra jakiś konkurs czy zawody, kto się dostanie na większą ilość olimpiad i najważniejsze - kto będzie miał najwyższą średnią na koniec roku. W 1 i 2 klasie przegrywałem niemal we wszystkim. Za każdym razem jednak byłem tuż za nim, całe życie z kompleksem 2 miejsca...
Na koniec 3 klasy wyręczano nagrodę dla Najlepszego Ucznia szkoły. A ja postanowiłem poświęcić wszystko, żeby ją zdobyć. Od razu po szkole biegłem do domu, żeby się uczyć, nauka zajmowała mi zdecydowaną większość dnia. I na ostatniej klasy gimnazjum - na gali wyręczenia - stresowałem się jak nigdy w życiu. Gdy usłyszałem swoje nazwisko i gdy okazało się, że zdobyłem nagrodę byłem gotowy się rozpłakać z radości. W końcu osiągnąłem to, na co tyle pracowałem... I zaraz po gali zobaczyłem idącego z naprzeciwka Marka. I już gdy moje środkowe palce zaczęły się wysuwać z kieszeni, już gdy na mojej twarzy pojawiał się lekceważący uśmiech i już gdy moje usta otwierały się żeby mu jakoś dopiec, dostrzegłem wyciągniętą rękę Marka i usłyszałem słowa 'Gratulacje, zasłużyłeś na to'.
Te 4 słowa odebrały całą radość, jaką miałem w tamtym momencie... Bo mimo tego że ostatecznie zwyciężyłem, zdałem sobie sprawę że sama nagroda nigdy nie miała większego znaczenia, a już na pewno nie dała mi satysfakcji której szukałem.
Czytam czasami na anonimowych, zarówno w wyznaniach, jak i w komentarzach, jak to poznanie kogoś sensownego w klubie/w barze jest niemożliwe, jak odbierane są czasami przez facetów dziewczyny chodzące do klubów (np. nie będziemy razem, bo nie szanuję cię od momentu gdy dałaś mi się pocałować w klubie jak się pierwszy raz na oczy widzieliśmy) itp. Moją historią chciałam pokazać, że nie zawsze dziewczyna poznana w klubie jest puszczalską blacharą lecącą na kasę i nie zawsze poznany w klubie chłopak jest seryjnym bzykaczem wszystkiego, co się rusza i nie ucieka na drzewo.
Po kolei. Boże Narodzenie 2010 roku. Naradzam się z przyjaciółką, co robimy z sylwestrem, bo stało się tak, że każdy z paczki znajomych się wykruszył i finalnie zostałyśmy same i bez planów. Pojawiła się propozycja wyjścia do klubu, żeby sylwestra nie spędzać same we dwie przed TV. Wytypowałyśmy popularny w mieście klub, bilety kupione no i zobaczymy, co się będzie działo. Nie byłam jakoś bardzo pozytywnie czy negatywnie nastawiona do tego pomysłu. Po prostu nie spodziewałam się wiele po sylwestrze w tanecznym klubie - ot takie po prostu dicho.
Życie jednak lubi zaskakiwać. W pewnym momencie po północy przyjaciółkę do tańca zaprosił jakiś chłopak. No to poszła, upewniwszy się, że nie mam nic przeciwko. Już miałam iść sobie usiąść i obserwować (nie chciałam tam stać jak piąte koło u wozu, ale oka z przyjaciółki też spuszczać nie zamierzałam - bezpieczeństwo przede wszystkim) aż nagle wpadłam na - jak się potem okazało - kolegę tego chłopaka. Również poprosił mnie do tańca.
Zaiskrzyło. Bardzo. Przetańczyliśmy pół nocy, pocałowaliśmy się raz, drugi, trzeci. Takie miałam motyle, że nie obchodziło mnie, że ledwo znamy swoje imiona i numery telefonów - całowałam w sumie obcego chłopaka ;) Potem pożegnanie i już o 7 rano sms od niego - fajnie było, już tęsknię.
Potem długie rozmowy na gg, gdzie ja zaznaczyłam, żeby nie myślał, że na każdej imprezie obcałowuje kogoś obcego ;) Dowiedziałam się, że o tym czy pojedzie na tą imprezę zadecydował 31 grudnia po południu. Potem kolejne spotkania, przytulanie. Po dwóch tygodniach postanowiliśmy, że chcemy, żeby coś nam z tego wyszło i od tej pory już prawie 5 lat jesteśmy razem. Za moment razem zamieszkamy, planujemy wspólną całą przyszłość, nawet niedawno hipotetyczne imiona dla dzieci się pojawiły :D
Pomyśleć, że gdyby znajomi się nie wykruszyli albo przyjaciółka zaproponowałaby inny klub lub on nie zdecydował się w ostatniej chwili na sylwestra tam - nigdy byśmy się chyba nie spotkali.
Więc dziewczyny, chłopaki - poznanie kogoś w klubie nie warunkuje, że jest to ktoś opisany w pierwszym akapicie, tak jak poznanie kogoś w kawiarni nie znaczy, że to ktoś poważny i sensowny. Z każdego ogółu są wyjątki.
Wczesna wiosna, akademiki AGH. W jednym z nich, tzw. slumsach, na czwartym piętrze na ogólnodostępnym balkonie kolega rozpalił grill. Następnie udał się do pokoju (odległość jakieś 10 kroków w jedną stronę), wyciągnął z lodówki kiełbasę i zawrócił na balkon. Mogło minąć 45 sekund, może minuta max. Grill zniknął. Z czwartego piętra. Raczej nikt rozpalonego grilla do środka nie wniósł, bo wszędzie są czujniki dymu. Zresztą sprawdzono od razu - w żadnym z pokojów na piętrze go nie było.
Jest to chyba pierwszy na świecie grill, który został porwany przez kosmitów ;)
Gdy miałam 5, może 6 lat, mój tata przynosił do domu różne czekolady, ponieważ jest honorowym dawcą krwi. Jako że miałam rodzeństwo (2 starszych braci) to dawał nam czekolady, żebyśmy się podzielili. Jak to starsi bracia i ich genialne pomysły wmawiali mi, że jestem najmłodsza i w dodatku dziewczyna, to dostanę najlepsze smaki. Tak strasznie się cieszyłam, że w końcu są dla mnie mili i mnie doceniają.
Jakie było moje rozczarowanie po latach, gdy uświadomiłam sobie, że czekolady gorzkie i o smaku kawowym wcale nie były najlepsze...
Dwa miesiące temu poszłam do okulisty po zaświadczenie do prawa jazdy. Poprosiłam panią doktor o zrobienie badania wzroku, ponieważ od jakiegoś czasu widziałam bardzo kiepsko z daleka.. Standardowo usiadłam na fotelu, Pani pokazuje mi te literki i każe mówić co widzę. Tylko był mały problem. Nie widziałam ich więc próbowałam zgadywać.. Jednak największym zaskoczeniem dla mnie, dla mojej mamy (była ze mną w gabinecie) i dla pani doktor było to, że kiedy zgadywalam literki okazało się, że na tablicy są cyfry.. Mina mamy i pani doktor - bezcenna.
Tak, noszę okulary...
Mam ponad dwadzieścia lat, nigdy się nie całowałam, nigdy nie miałam chłopaka. Dlaczego? Bo jestem brzydka, to moja największa wada. Moje ciało nie jest złe, ale niestety twarz już jest. Nawet mocny makijaż na niewiele się zdaje. Pogodziłam się już z tym, ale ciężko mi żyć, gdy stale ktoś się ze mnie śmieje. A śmieją się mężczyźni, nie tylko młodzi ale i tacy po trzydziestce, gdy przechodzę koło nich. Jest mi przykro, bo nie umiem tego zrozumieć. Nie każdy jest piękny, jestem zwykłą dziewczyną, nie narzucam się mężczyznom, ale mimo to stale muszę wysłuchiwać głupich uwag na mój temat, powoli zaczynam mieć tego dość i boję się, że kiedyś nie wytrzymam i zrobię coś głupiego. Nie wiem skąd w ludziach tyle nienawiści, czemu muszą śmiać się z kogoś tylko dlatego, że jest brzydki lub inny.
Wczoraj w moim domu doszło do sytuacji, która jest dla mnie tak absurdalnie głupia, że aż śmieszna. Nie mogłam zjeść kolacji w jednym pokoju z rodzicami, czemu? Kot siedział na fotelu, a pod żadnym pozorem nie mogłam go z niego zdjąć. Usłyszałam od matki, że mam sobie pójść, bo kot jest ważniejszy. Chyba zacznę siadać na podłodze i jeść z miski.
Może z 10 lat temu będąc dzieckiem zbierałam misie z Sagi. Miałam ich chyba 4, z czego jeden był ulubiony. Nie ruszałam się bez niego z domu. Pewnego dnia gdy siedziałam na łóżku u babci i bawiłam się misiem wpadłam na genialny pomysł. Rzucałam pluszakiem odbijając go od materaca i udawałam, że miś skacze na trampolinie. Genialne, gdyby nie to, że raz skoczył tak wysoko, że wylądował za szafą. Babcia uznała, że żeby go wyciągnąć trzeba by było rozebrać całą meblościankę. Ile ja nocy za nim przepłakałam... Do dziś miś siedzi gdzieś tam za szafą i pewnie czuje się samotny i smutny, że nikt go nie wyciągnął. Ja dorosłam i nie mam ochoty bawić się zabawkami, ale i tak tęsknię za tobą, misiu :(
Od tego tygodnia w mojej szkole wszedł zakaz noszenia brody przez uczniów.
Ciekawostką jest to, że sam dyrektor naszej szkoły posiada bujną brodę. Warto dodać, iż stwierdził, że jeżeli jakiś uczeń nie chce się pozbyć swojej brody, powinien przynieść zaświadczenie o tym, że jest... Żydem.
Dodaj anonimowe wyznanie