#CMK0I

Wracałam jakiś rok temu z mojej rodzinnej miejscowości do miejscowości, w której studiuję. Jechałam pociągiem w przedziale na sześć osób. Poza czterema nieznanymi mi kobietami, podróżował z nami mężczyzna o ciemnej karnacji przypominający obywatela któregoś z państw bliskiego wschodu.

Na początku nie zwracałam na niego uwagi, jednak po jakmiś czasie zauważyłam, że nas obserwuje, a na dodatek miał na półce bardzo dziwne torby plastikowe, a w nich jakieś ciężkie prostokątne przedmioty. Co jakiś czas wychodził i rozmawiał przez telefon w swoim, bliżej dla mnie nieokreślonym języku. Zaczęłam się stresować, że coś zaraz może się stać, że zaraz coś wybuchnie i skończymy nasz żywot, a rano wszyscy będą o tym mówić. Naprawdę byłam przerażona, jednak zerkałam na towarzyszki mojej podróży, które wydawały się zwyczajnie spokojne i zrelaksowane, więc sama się trochę uspokoiłam.

Na szczęście mężczyzna, na jednej ze stacji wysiadł, grzecznie się z nami żegnając, na dodatek po polsku. Natychmiast po jego wyjściu wszystkie panie w moim przedziale głośno odetchnęły i tak jak nikt ze sobą nie rozmawiał przez godzinną podróż, tak nagle panie zaczęły ze sobą dyskutować o tym jak się cieszą, że nic nie wybuchło i że są bezpieczne.

#7EtxZ

To była chyba 2 klasa podstawówki. Nauczycielka kazała nam zacząć czytać kolejną lekturę, więc poczłapałam do szkolnej biblioteki i ją wypożyczyłam. W mojej klasie grasował pewien niesforny Jasiek, który pluł, wrzeszczał i bił wszystkie dzieci na przerwach. Pewnego razu nasza wychowawczyni postanowiła nas porozsadzać i przydzieliła mi właśnie Jaśka jako ławkowego kolegę. Chyba nie muszę pisać, że cały czas mi przeszkadzał i dokuczał w czasie trwania lekcji. Jako mała dziewczynka, która nie chciała się zwyczajnie poskarżyć zaplanowałam inną zemstę.

Kiedy wróciłam do domu napisałam ołówkiem, mniej więcej w połowie książki, na akurat pustej kartce „Jestem Jasiek **** (tu podałam jego nazwisko) i jestem bardzo głupi + plus jakieś przekleństwa” bardzo niestarannym pismem (podobnym do pisma mojej ofiary). Wiem, że książek się nie maże, ale jako dziecko nie miałam takiej świadomości, no i to był plan wielkiej zemsty. Po przeczytaniu lektury oddałam ją do biblioteki i tak właściwie zapomniałam o tym co zrobiłam.

Kilka dni później, na początku zajęć jedna z koleżanek podeszła do pani wychowawczyni i zaczęła jej coś pokazywać. Zrobiło się małe zamieszanie, bo ta koleżanka wypożyczyła tę samą książkę co ja i znajdując ten napis postanowiła go pokazać nauczycielce. Jasiek był w szoku, a ja siedziałam lekko podenerwowana, że zrobiła się z tego taka afera. Bałam się, że wszystko się wyda, mało tego pani kazała pójść tej koleżance do biblioteki i sprawdzić kto jeszcze miał tę książkę. W chwili oczekiwania siedziałam jak na szpilkach i wskazówki na zegarze się jakby spowolniły. Po jej powrocie oznajmiła, że z naszej klasy książkę wypożyczałam jeszcze ja, Jasiek (aż sama w to nie wierzyłam) no i oczywiście ta koleżanka. Jako że byłam grzecznym dzieckiem i nigdy nie przeszkadzałam w prowadzeniu lekcji, wychowawczyni nawet nie wzięła mnie pod uwagę przy szukaniu sprawcy, a nawet powiedziała: „No Weronika na pewno nie byłaby do tego zdolna, jest za grzeczna”. Kamień spadł mi z serca!! Ufff jestem bezpieczna.

Nauczycielka zaczęła zadawać kilka pytań Jaśkowi dając mu do zrozumienia, że tylko on może być winny. On zaczął płakać i krzyczeć, że to nie jego sprawka i przecież nie napisałby o sobie, że jest głupi. Jednak pani nie przyjęła tego do wiadomości i odprawiła mu długie kazanie nawiązujące również do jego ogólnego złego zachowania. Wychowawczyni kazała mu zetrzeć ten napis i posadziła go samego na końcu sali. Moja intryga jakimś cudem zakończyła się sukcesem.

#yCQMA

Mama kupuje mięciutki kolorowy papier toaletowy, ale tym razem wysłała na zakupy ojca. Ojciec zakupił najtańszy szary i szorstki papier. Moja siostra udała się za potrzebą do toalety, by po chwili wyjść wściekła z rolką papieru w ręce i zawołać do ojca:
- Tato! Ten papier jest do dupy!
Na co ojciec ze stoickim spokojem odpowiedział:
- Tak córeczko, ten papier jest do dupy.

#o2BUc

Kilka miesięcy temu udało mi się poznać dziewczynę, która już od dawna mi się podobała. Po godzinach telefonicznych rozmów postanowiliśmy się spotkać. Jako dwudziestoparoletni facet, do tego cały w skowronkach, chciałem dobrze wypaść, więc sklep, ciuchy, kwiaty. Zarezerwowałem miejsce w kawiarni, o płaceniu z jej strony nawet nie było mowy, bo uważam, że to nie na miejscu. Całe spotkanie przebiegło w miłej atmosferze. Wszystko fajnie, ładnie, pięknie aż kilka dni później usłyszałem od niej: "Wiesz co, ja jednak potrzebuję kogoś bardziej spontanicznego".

Wniosek nasuwa się sam... Nie każdy facet zabierze na piwko za sklep, ale też nie każda kobieta lubi kwiaty i kawiarnie.

Tak sobie myślę, że następnym razem chyba będę musiał zabrać dziewczynę na skok spadochronowy... ech.. forever alone.

#IxYEo

Sytuacja z mojego dzieciństwa. Miałem może 4/5 lat. Późny wieczór, ja fan klocków Lego, bawię się na całego. W pewnym momencie do pokoju wchodzi mama i mówi że czas iść spać. Ja oczywiście w ferworze zabawy, więc mówię że nie, że chcę się bawić dalej. 

Po paru minutach przekonywania mnie mama zaczęła chować mi klocki. Jako mały buntownik, zdenerwowany złapałem za skarbonkę, w której miałem jakieś 20 zł i z tekstem do mamy: "Mam pieniążki mam, kupię sobie lepszą mamusię!". Moja mama słynąca z poczucia humoru, mówi do mnie, że nie ma problemu i otwiera mi drzwi na klatkę schodową. Jak już wspomniałem, wieczór a na klatce ciemno. Zobaczywszy egipskie ciemności z widocznym zażenowaniem odparłem: "To ja jutro pójdę...". 

No i tak do dzisiaj nie poszedłem :)

#0LZr1

Znacie ten stan, kiedy jesteście tak zmęczeni, że ledwo widzicie? Dosłownie usypiacie na stojąco, próbując skupić na kilka sekund wzrok na jakimś punkcie, ale niezbyt wam to wychodzi? Ja tego doświadczyłam po przyjściu z uczelni. Nie spałam przez ponad trzydzieści godzin, a dla mnie, osoby, która uwielbia spać, to bardzo dużo. 

Jakimś cudem weszłam do bloku i zaczęłam swoją walkę z klatką schodową. Ledwo żywa otworzyłam drzwi. Byłam tak padnięta, że nawet nie zastanawiałam się, czemu nie są zamknięte na zamek. Jedyne, o czym byłam w stanie myśleć, to sen. Po chwili się poddałam, zamknęłam drzwi i z zamkniętymi oczami osunęłam się po jednej ze ścian. 

Nie wiem, na ile odpłynęłam, ale obudził mnie głośny krzyk. Jak się okazało to nie było moje piętro...

#Yveli

Pracuję w supermarkecie jako pracownik ochrony. Jedną z największych zalet i jednocześnie wad tej pracy jest kontakt z ludźmi. Czemu? Ponieważ bardzo często jestem uczestnikiem / świadkiem sytuacji, których głównym bohaterem jest absurd.

Zdarzało mi się być świadkiem napadu na klienta w celu kradzieży darmowej karty parkingowej, oglądania jak ktoś przyjeżdża kupić mebel, kupuje go wraz z gumą do żucia, gumę zabiera, a mebel zostawia. Widziałem ludzi wypłacających pieniądze z bankomatu, po to by zostawić je wystające z maszyny ("przecież nikt sobie nie weźmie jak sobie pójdę") wraz z kartą w środku. Pamiętam pana, który opieprzał punkt obsługi klienta: "Jakim prawem wasz sklep ma 20 urodziny, skoro ja w nim od 20 lat kupuję żarówki i mi słabo świecą?!". Byli też ludzie, którzy kupowali jabole w sąsiednim markecie po to, by... wypić go na naszym dziale alkoholowym i się awanturować, że nikt im nie wierzy, że to nie sklepowe - mógłbym długo pisać.

Czemu kontakt z ludźmi uważam za wadę i zaletę? Wada, bo czasami ręce opadają (nierzadko w awanturach), ale zaleta, bo czasami po pewnym czasie walki o stoicki spokój, wybucham śmiechem. Praca ta też mnie nauczyła dystansu do ludzi o poziomie intelektualnym banana.

Ostatnim razem trafiłem na osobistego lidera w rankingu abstrakcji marketowej. Kiedy stałem na przejściu pracowniczym, przybiegł do mnie mężczyzna, który rzucił mokry, zgnieciony paragon o ziemię. Z pełną powagą i dramatyzmem pytał się mnie jakim prawem znalazł to w koszyku. Jak to w ogóle możliwe, że nie pilnujemy takich rzeczy. Po mojej dyplomatycznej odpowiedzi stwierdził, że mało tego. Koszyk w którym go znalazł, został obsrany przez gołębia. Zanim zdążyłem zabrać głos, usłyszałem, że gołąb jest zdalnie sterowany i ktoś nim steruje w taki sposób, by on srał na koszyki. Jak to możliwe, że my mogliśmy tego nie zauważyć?! Mało tego, gołębie to pół biedy. W sklepie znajdują się też zdalnie sterowane muchy, które są nakierowywane na mięso by na nim siadać i na nim też srać. Co by usatysfakcjonować faceta, ironicznie stwierdziłem, że tak to bywa z technologią XXI wieku. 

Facet zadowolony wyszedł... by zaraz wrócić. Awanturował się z punktem obsługi klienta, a potem jeszcze raz mnie odwiedził i rzucił na ziemie folię. Tym razem dowiedziałem się, że to jest plastik, a to przecież jest materiał wybuchowy. Odpowiedziałem facetowi, że to całkiem poważna sprawa, więc najlepiej jakby wrzucił do śmietnika. Jak śmietnik wybuchnie, to nikomu się nie stanie krzywda. Facetowi wyraźnie ulżyło, trafił wybuchowym "plastikiem" do śmietnika i zadowolony opuścił mnie, by ruszyć w dalszą podróż.

#IRPGb

Pracuję w warsztacie i jak to w tego typu pracy bywa, pod koniec dnia jestem cały brudny i przesiąknięty smarem, rdzą i wszystkim innym, co się znalazło przy moim stanowisku. Przed ubraniem się w cywilne ciuchy wypadałoby się trochę oczyścić, dlatego odkręciłem wodę i zacząłem napełniać wannę. Niby długie kąpiele są domeną kobiet, ale raz na jakiś czas i ja lubię się pobyczyć w gorącej kąpieli. Z ciekawości co się dzieje w szerokim świecie chwyciłem za telefon i dziwnym zrządzeniem losu trafiłem na Anonimowe. Czas szybko płynął na czytaniu kolejnych wyznań i nim się obejrzałem minęły trzy godziny.

Teraz siedzę w lodowatej wodzie pisząc to wyznanie i nie mam nawet grama cieplej wody, żeby opłukać głowę, bo reszta domowników w tym czasie zużyła całą ciepłą wodę korzystając z drugiej łazienki.

#bKhJ2

Jestem uczniem drugiej klasy technikum o profilu logistyk wojskowy, z innowacją "Bezpieczeństwo Narodowe" (zajęcia z musztry, strzelectwa, samoobrony, terenoznawstwa, taktyk, itp.). Mamy tak zwane dni mundurowe - jak nazwa wskazuje, przychodzimy na lekcje w mundurze. Szkołę mam w mieście oddalonym o 15 km od mojego miejsca zamieszkania, toteż dojeżdżam autobusami.

Pewnego dnia spotkała mnie dosyć nietuzinkowa sytuacja, a mianowicie - siedziałem umundurowany na przystanku, wraz z dwoma kolegami, czekając na autobus. Nagle spostrzegłem wysuniętą dłoń przed sobą. Podnoszę głowę i widzę mężczyznę ok 35 lat, z zarostem, ubranego nieschludnie oraz z wytatuowanymi rękoma i okolicami oczu. Pierwsza myśl "pijak jakiś, liczy na hajsy". Wtem jednak powiedział, patrząc na mnie, "za służbę". Zaskoczyło mnie to bardzo, ale mimo to podałem rękę. Mężczyzna przysiadł się nas i tu zaczyna się meritum...

Zaczął opowiadać nam jak był w "Czerwonych Beretach", że odbył misję w Iraku, różnego rodzaju szkolenia, pokazał przestrzeloną lewą nogę i tatuaż na piersi ze stopniem chorążego. Wyżalił się na państwo, na to jak funkcjonuje...

Podjechał w pewnym momencie autobus, trzeba było wsiadać. Na zakończenie, wypowiedział takie słowa: "Widząc was, wiem, że kiedyś będzie lepiej, że Polska będzie lepszym krajem. Czołem!" i odszedł...

Nasunęła mi się refleksja po tym spotkaniu... Obok nas żyją ludzie, którzy mają ogromne zasługi na bardzo zróżnicowanych płaszczyznach, odznaczyli się czymś szczególnym i mijamy ich w codziennej, szarej egzystencji. Szkoda, że weterani zostają oddani w niepamięć.
Dodaj anonimowe wyznanie