Jestem ministrantem, nie wstydzę się tego, bo służba uczy odpowiedzialności i pracy, ale daje też wiele śmiesznych historii. Jedna z nich wiąże się ze zbiórką ministrantów.
Zwykle spotkanie mieliśmy w kościele, przed mszą kilka razy w miesiącu. Ksiądz, który się nami opiekował stale się spóźniał, więc w oczekiwaniu niektórzy wymyślali różne sposoby na zabicie nudy. Jednym z nich były różnego rodzaju zawody. Przez pewien okres, gdy czekaliśmy na placu kościelnym, popularny był konkurs na to, kto wyżej rzuci reklamówkę z komżą w środku i złapie ją potem. Przyszła kolej na mojego kolegę, który zawsze starał się być najlepszy we wszystkim, niezależnie czy wiązały się z tym jakieś konsekwencje.
Wziął porządny zamach i wyrzucił "pocisk" najwyżej jak się dało. Wygrałby całe zawody, lecz nie wziął pod uwagę wiatru i kąta, pod którym rzucał, gdyż reklamówka odleciała kilka metrów w bok. Niestety w tym momencie rowerem przejeżdżała tamtędy dumna "moherowa wojowniczka".
Trafił. Idealny headshot.
Wyobraźcie sobie tępe BACH, wywalający się rower i dwudziestu chłopaków zwijających się ze śmiechu. A kolega nawet nie próbował walczyć o odzyskanie komży.
Rok temu na święta dostałam dużą czekoladę od wujka. Ponieważ miałam już dość spory zapas słodyczy, postanowiłam dać ją koledze w prezencie. Po fakcie dowiedziałam się, że było tam ukryte 100zł. Mam nadzieję, że bogate nadzienie mu smakowało.
Na początek muszę powiedzieć, że uwielbiam czytać i posiadam dość sporą kolekcję książek.
Wczoraj przyjechał do mnie brat cioteczny z rodziną. Wszyscy siedzą w kuchni, a ja rozmawiałam sobie z jego synem (lat 8) i tak jakoś wyszło, że poszliśmy do mnie do pokoju. Popatrzył na te wszystkie książki i stwierdził, że jestem kujonem, bo tylko oni tyle czytają. Popatrzyłam się na niego wzrokiem, który mógłby zabić, a on wtedy grzecznie przeprosił i powiedział, że jednak nie jestem kujonem, bo kujoni lubią matmę... Chodzę do klasy o profilu matematycznym.
Kilka lat temu w gimnazjum nauczyciel dał nam na zadanie napisać wypracowanie na temat Adolfa Hitlera. Minął jakiś czas... Późnym wieczorem, dzień przed przedstawieniem mojego wypracowania, zabrałam się do pisania. Głównym źródłem z którego korzystałam był internet.
Nazajutrz dumna z tego co napisałam i licząc, że dostanę wysoki stopień, stanęłam przed klasą i zaczęłam czytać szybko, aby jeszcze szybciej skończyć. Kiedy byłam gdzieś mniej więcej w połowie, klasa łącznie z nauczycielem wybuchła śmiechem.
Zdezorientowana spojrzałam w tekst i dopiero wtedy zobaczyłam, że totalnie bezmyślnie przepisałam zdanie zaczynające się od słów "Mój wujek Hitler"...
Mama wysłała mojego młodszego brata po kilka rzeczy do pobliskiego sklepu. Gdy już wyszedł zauważyłam, że jego telefon i portfel z pieniędzmi leżą na stole. Pomyślałam sobie, że zaraz po to wróci. I za chwilę rozległ się dzwonek do drzwi. Drzwi były otwarte, więc krzyknęłam do niego:
- No wejdź jełopie, przecież otwarte! Czego tam sterczysz?!
No i wszedł... listonosz. Ja cała zaczerwieniona przeprosiłam. Jak się później okazało, brat przypomniał sobie o braku portfela przy kasie.
Gram na gitarze. Uczę się od kiedy skończyłam 9 rok życia (teraz mam 15 lat). Jeżeli chodzi o grę w domu, potrafię robić to naprawdę dobrze, tak samo jeżeli gram przy drużynie harcerskiej. Jednak zawsze się stresuję, gdy mam grać przy moich rodzicach. Sama nie wiem czemu tak jest, może dlatego, że u mnie w rodzinie nikt inny nie zajmuje się muzyką (jest za to dużo osób uzdolnionych plastycznie). Tyle tytułem wstępu.
Podczas tegorocznej wigilii, mama poprosiła mnie, żebym pograła im trochę kolęd. Ja, oczywiście chciałam się wymigać, ale wzrok babci sprawił, że poleciałam po instrument. Ostatnio zaczęłam też tworzyć własne utwory i jeden z nich (akurat typowo świąteczny) zaczęłam grać na rozgrzewkę. Jakież było moje zdziwienie, gdy moja mama zaczęła go śpiewać. Odpowiedź mojej mamy, gdy zapytałam się skąd to zna:
- Bo tyle razy słyszałam, że próbujesz mnie ogłuszyć, że aż zaczęłam się wsłuchiwać czym.
Nie mam aż tak złego głosu, ale to zdanie sprawiło, że zaczęłam śpiewać ciszej.
Pracuję "na kasie". System generuje różne komunikaty dotyczące sprzedaży nieletnim. Zaskoczył mnie pytaniem o wiek kupującego zimowego płynu do spryskiwaczy... O letni nigdy nie pytał, czyli niższa zawartość procentów czy jak ;-) ?
Poniedziałek rano. Ja nieziemsko zaspana wyciągam z szafy moje najnowsze, kupione dwa tygodnie wcześniej dżinsy i białą koszulę. Próbuję założyć dżinsy i... Nie mogę. Próba numer dwa. Wciągam brzuch tak mocno, jak to tylko możliwe, pośladki też i jakoś przechodzi. Ale cóż z moim pięknym sadełkiem?! Oczywiście zapiąć nie można. Myślę sobie: "Dobra na razie przykryję guzik, a przed samym spotkaniem z szefem spróbuję zapiąć".
Ok, jest 8:00 idę do toalety w biurze i próbuję zapiąć. Nie idzie! Ale w końcu udało się, jednak jestem tak niemiłosiernie ściśnięta... Ale zaciskam zęby i pukam do gabinetu.
- Wejść!
- Dzień dobry.
- O witam panią, pani X. Proszę usiąść.
Siadam, a tu co? W jednej w chwili mój guzik od spodni urywa się (tak, słychać trzask), a mój oswobodzony brzuszek tak chce zaznać swobody, że... urywają się również dwa guziki od mojej koszuli. Co najlepsze jeden z nich wpada szefowi do kawy. A moje wspaniałe sadełko dumnie "rozlewa" się na wierzchu, teraz już niczym nie skrępowane...
Właśnie jadłem zupę oglądając film. Zorientowałem się po 5 minutach, że jem widelcem.
To było jakieś siedem lat temu - ja, wówczas jeszcze nastolatka młoda i naiwna, po raz pierwszy w życiu się zakochałam. Wszystko było ładnie, pięknie, spacery, prezenciki, czułe słowa - komedia romantyczna jak malowana. Do momentu, aż się mój 'luby' dowiedział o tym, iż... noszę protezę piersi (nie, nie miałam mastektomii, są inne powody).
Mówiąc delikatnie, lekko go to przeraziło, choć oczywiście polał się potok zapewnień, że to nic, że bez znaczenia, bla, bla, bla. A potem, po tygodniu stwierdził, że nie, właściwie to chyba jednak coś mu przeszkadza i z "dziwolągiem to on się spotykać nie będzie".
Jego słowa mnie zabolały i to bardzo - jak mówiłam, młoda naiwna, która sądziła jeszcze wtedy, że nie dla wyglądu człowiek tworzy związek. Przez następnych kilka lat uciekałam od facetów, jak się dało, ale w końcu postanowiłam sobie nawrzucać za ogólny introwertyzm i przyjęłam zaproszenie do kina od kogoś, kogo znałam już jakiś czas. Ufałam mu (choć o protezie jeszcze nie wiedział) i pomyślałam "A co tam!".
Od kina do kina, i w końcu zostaliśmy parą. Niestety nie było happy endu. Kiedy powiedziałam mu o swoim małym sekrecie, zachował się jeszcze gorzej niż mój były. Wyśmiał mnie bez zbędnej krępacji i wyrzucił za drzwi.
Dodaj anonimowe wyznanie