Moi rodzice z jakiegoś powodu uznali, że świetnym pomysłem jest wychowawanie mnie w przekonaniu, że niedźwiedzie nie istnieją, podobnie jak wróżki czy elfy. Jako małe dziecko im uwierzyłam i długo trwałam w takiej wierze.
Kiedyś na lekcji omawialiśmy zwierzęta z gór. Nauczyciel zaczął opowiadać o różnych gatunkach itp. W pewnym momencie ktoś spytał o niedźwiedzie. Ja, przekonana, że niedźwiedzie nie istnieją, od razu to powiedziałam. Chyba nie muszę dodawać, że cała klasa mnie wyśmiała.
Aktualnie pracuję w zoo, gdzie opiekuję się niedźwiedziem.
Pewnego dnia dostałam od mamy jemiołę, abym powiesiła ją sobie w pokoju pod lampą. Tak też zrobiłam. Na drugi dzień pod wieczór, zauważyłam, że na podłodze wyszły mi duże, czarne plamy - jakby coś się wylało. Zawołałam mamę, aby popatrzyła, o co chodzi. Poszłam po szmatę do podłogi, bo mama stwierdziła, że to od brudu. Namoczyłam szmatkę zimną wodą i płynem, a następnie zaczęłam szorować podłogę. Patrzę? Bez zmian. Mama mówi, że już trochę schodzi, więc szorowałam mocniej. Poszłam ponownie namoczyć szmatkę, tym razem gorącą wodą. Szoruję i nadal nic. Coś niesłychanego. No nic, podłoga do naprawy.
Jakież było moje zdziwienie, gdy na drugi dzień opowiedziałam kuzynowi o mojej brudnej podłodze, a ten podszedł do lampy, ściągnął jemiołę i "brud" zniknął...
Czasami w życiu człowieka pojawiają się sytuacje, z którymi nie wiemy jak sobie poradzić. Niedawno ja taką przeżyłam i było mi bardzo ciężko zrozumieć wszystko i poukładać myśli w logiczną całość. Ogólnie nie ufam ludziom i zawsze myślałam, że większość ludzi ignoruje cierpienie drugiego człowieka.
Kilka miesięcy temu, wracając do domu, zaczęłam płakać. Po prostu. Weszłam do klatki i zobaczyła mnie starsza pani. Podeszła do mnie i przytuliła mnie. 10 sekund poświęconego mi czasu, a zawdzięczam tej Pani wiele.
Nie przechodźcie obojętnie obok czyjegoś nieszczęścia, bo czasem właśnie sekundy pomagają przejść przez najgorsze.
Moja wiara w ludzi została przywrócona.
Kiedy byłam 6-letnim dzieckiem, razem z dzieciakami z ulicy lubiliśmy chodzić po drzewach i robić tak zwane bazy. Mój przyjaciel posiadał duże drzewo, a jego gałęzie wyglądały jak schody.
Pewnego dnia beztroskiej zabawy, mój przyjaciel postanowił iż wejdzie po tych gałęziach do nieba na stojąco... Zafascynowane jego pomysłem, obserwowałyśmy jego podróż, gdy nagle stracił równowagę, ale zamiast spaść zawiesił się na metce od spodni. Kolega się rozpłakał, a ja pobiegłam do jego mamy krzycząc... że jej syn się powiesił.
Zacznijmy od tego, że moi rodzice są po rozwodzie odkąd pamiętam, a tak właściwie to odkąd nie pamiętam. W każdym razie bardzo długo. Ojciec mieszka w Londynie.
Od roku jestem w związku z cudownym chłopakiem. Czuję, że w końcu poznałam swoją bratnią duszę. Około dwa miesiące temu postanowiłam, że napiszę do taty na Facebooku, żeby przekazać mu tę wyjątkową wiadomość. Poprosił o nasze wspólne zdjęcie, które oczywiście zaraz potem wysłałam. Jaką dostałam odpowiedź?
"Nie jesteś moją córką, odkąd zamieszkałaś z tym chłopakiem. Nie licz ode mnie na nic, prócz obowiązkowych alimentów". Mojego zdziwienia w tamtym momencie (tak naprawdę wciąż trwającego) nie dało się opisać żadnymi słowami. Zanim odzyskałam zdolność trzeźwego myślenia i postanowiłam odpisać na wiadomość, zostałam po prostu zablokowana. Na święta próbowałam wyprosić od babci jego numer telefonu, nie zgodził się, żeby mi go dała.
Mój chłopak jest ciemnoskóry.
Historia ta działa się, gdy miałam 13/14 lat, wczesnym latem.
Wraz ze swoją przyjaciółką prowadziłyśmy wędrówkę bez celu po naszej wsi. Zmęczone ''podróżą'' z jęzorami na wierzchu, schowałyśmy się pod dach przystanku. W oddali zauważyłam starszą kobietę z dziewczynką, wracającą do domu. Mała spojrzała spod byka i dobitnie skrytykowała nas bez ogródek wulgaryzmem (czyt.sukami). Owa rodzina uchodziła za patologie społeczną, więc wcale się nie zdziwiłam, że nie potrafiła właściwie się zachować. Gówniara - pomyślałam i olałam sprawę.
Dziewczynka miała 7 lat, młodszego brata - 4/5 letniego. Mieszkali z babką, matką i ciotką. Zajmowali kwaterę w obskurnym, małym domku, z dziurą w dachu, z którego ciekło gdy padał deszcz, z sienią śmierdzącą od ugnojonych gumiaków, umyć się po ludzku nie było nawet mowy z braku łazienki i ciepłej wody. Po wsi chodziły słuchy, że w tej rodzinie występuje alkoholizm, w której jest przemoc, w której nie zaspokaja się podstawowych potrzeb, występuje wiele warunków niekorzystnych, powodujących, że nie można dobrze funkcjonować.
I nagle, ni stąd, ni zowąd, doszło do tego, że bardzo polubiłam te dzieciaki. Pozory bardzo mnie zmyliły. Gdy bliżej je poznałam, częściej odwiedzałam. Chętnie spędzałam z nimi każdą wolną chwilę, od zabaw, do spacerów, zabieraniem na lody i przejażdżki rowerem, na czytaniu książek i odrabianiu lekcji kończąc. Ich ruchliwość była wręcz nadmierna. Nie mogłam pojąć tego, jak to szczęście biło z twarzy, jak było namacalne, gdy każdego następnego dnia ujrzały mnie przez okno, by za chwilę z niego wyskoczyć jak strzała puszczona z łuku i wspiąć się na nóżkach by zarzucić swoje małe rączki mi na szyję.
Faktycznie, zgodzę się, że rodzina mieszkała w bardzo złych warunkach - smród, bród i ubóstwo. Dorośli bez pracy, babka nałogowa alkoholiczka, awantury, odwiedziny podejrzanych mężczyzn, na podłodze barłóg z odchodami - dosłownie! Moje odwiedziny były dla nich opatrznością i uśmiechem od losu. Tak mało było trzeba, by ujrzeć na dziecięcych twarzach uśmiech, nie tylko na twarzy, ale także w oczach.
Długich reprymend się nasłuchałam od ojca, krzyczał, wypluwając z siebie stos słów jak wulkan lawę, że jestem niepoważna, że powinnam siedzieć na d*pie w domu, zamiast pałętać się i łazić do takich niechlujów i flejtuchów.
Z całego tego okresu nigdy nie zapomnę jednej rzeczy - śmierci chłopca. Zginął na miejscu w wyniku potrącenia przez samochód. A później wszystko działo się już z szybkością błyskawicy - dziewczynkę zabrali do Domu Dziecka, a reszta domowników wyprowadziła się, do dziś nie wiem dokąd.
Nie żałuję moich czynów - mimo niezadowolenia i kręcenia nosem, lamentowania i przywoływania mnie za ziemię przez ojca - bo otrzymywały ode mnie to, co je cieszyło - tyle uwagi ile zdołały udźwignąć.
Było to z 6 lat temu, świeżo po przeprowadzce do rodziców do Norwegii, gdy kompletnie nie ogarniałam jeszcze tutejszego języka.
Byłam w domu sama, rodzice byli w pracy, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Poszłam otworzyć, trochę się obawiając, bo jak wspomniałam języka nie znałam, jedynie potrafiłam się dogadać po angielsku. Otwieram, moim oczom ukazuje się już taki starszy Norweg i mówi do mnie coś, czego ani trochę nie zrozumiałam. Przerwałam mu, tłumacząc że jestem z Polski i nie rozumiem i by powtórzył to po angielsku. Więc facet mówi coś co brzmiało jak: "Show me your pipa". Zamarłam. Trzasnęłam mu drzwiami przed nosem ze strachu przed zboczeńcem. Facet pukał jeszcze do drzwi, po chwili dał sobie spokój. Siedziałam w domu wystraszona i czekałam na rodziców, po ich powrocie opowiedziałam wszystko.
Mama patrzyła na mnie chwilę zdziwiona, po czym zaczęła się śmiać. Powiedziała, że mieli przyjść dziś do nas ludzie i zaglądnąć do naszego komina, bo było z nim coś nie tak, ale kompletnie jej to wyleciało z głowy. Wytłumaczyła mi że "pipe" to po norwesku komin bądź rura, a facet pewnie nie wiedział, jak jest po angielsku. Ja zrozumiałam "pipa" :') A gościu pewnie pomyślał, że jestem jakąś szurnięta :')
Byłam wraz z moim dziadkiem w szpitalu, załatwiając mu L4 (zdarzył mu się pewien wypadek). Poszliśmy do okienka gdzie pani je wypisywała i wydawała za zleceniem lekarza. Pani zapytała grzecznie:
- A państwo są razem?
Na co mój dziadek ochoczo odpowiedział:
- Nie, nie! To moja wnuczka!
Mina pani z okienka bezcenna...
Na początku dodam, że jest ze mnie osoba nieogarnięta i lekko rozkojarzona.
W wieku 11-12 lat pojechałam z rodzicami w góry, przede wszystkim na narty. Mróz straszny, więc po kilkugodzinnych zjazdach, udaliśmy się do karczmy trochę się ogrzać. Kiedy już wypiłam moją herbatę, stwierdziłam, że przecież mogę sama iść pozjeżdżać. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.
Kolejka na wyciąg, nie ukrywam, nie była zbyt krótka. Stoję sobie spokojnie, czekam na swoją kolej, ale coś mi tu nie gra. Rozglądam się, rozmyślam, wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. A jednak coś mi nie pasowało. Kiedy nadeszła moja kolej i już miałam wjeżdżać, zorientowałam się...
Zapomniałam założyć nart.
Niedawno na lekcji religii w szkole średniej, utworzył się pewien ciekawy dialog między panem (P), a uczennicą (U):
P: Dzisiaj porozmawiamy o transplantacji, wie ktoś co to jest?
U: No proszę pana..., chyba każdy wie co to takiego.
Klasa w miarę ucichła.
U: No to jest, jak no ten... mężczyzna.... zamienia się w kobietę i na odwrót.
Chwila ciszy i wielki śmiech w klasie.
No ale przecież "chyba każdy wie co to transplantacja" :P
Dodaj anonimowe wyznanie