#xyKPn

W pracy, z racji tego że jesteśmy ulokowani w różnych budynkach w mieście, do rozmów używamy między innym jednego z komunikatorów. Używamy my pracownicy, a także zarząd do kontaktów z nami.

Pewnego pięknego dnia, pochłonięta czymś tam do zrobienia jak zwykle na wczoraj, wiedziałam że będę musiała zostać dłużej w pracy. Napisałam więc do męża: "kup chleb, jakieś owoce dla Wiki (nasza córka), podpaski, ten żel z durexa. A na marginesie to nadal jestem zła, więc łaskawie się nie odzywaj, tym bardziej, że pewnie przyjdę wściekła z tej poj....ej roboty". Jak napisałam tak wysłałam.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po paru minutach dostaję wiadomość zwrotną od... prezesa. Tak, do prezesa zarządu to wysłałam.
Cytat: "Ależ oczywiście kupię i obiecuję nie będę się odzywał. Tylko powiedz mi proszę czy na wieczór bardziej potrzebujesz żelu czy podpasek?"

Umarłam wtedy. Czułam, że moja twarz robi się czerwona niczym hamulec od karuzeli. Już miałam pisać przeprosiny, aż nagle dostaję kolejną wiadomość od szefa:
"W pierwszym momencie nie zorientowałem się, że to Ty napisałaś. Zupełnie jakbym rozmawiał z żoną. Tylko że ona nie wie do czego są te żele z durexa i to spowodowało, że spojrzałem kto do mnie pisze :)"

Było mi tak wstyd, że jedyne co wystukałam w klawiaturę to "przepraszam". Oczywiście opowiedziałam wszystkim w pracy co zrobiłam, zostałam ochrzczona pracownikiem roku i nawet dyplom dostałam :)

#bWCkZ

Był u mnie chłopak na noc, a ja mam dość małe łóżko i on spał u mnie na kanapie. Wiecie jak to jest w blokach w dużych miastach. Zawsze w nocy mam obok siebie telefon. 3 w nocy, słyszę dzwonek telefonu, patrzę na wyświetlacz, a tam "Misieg". No to pomyślałam, że mu odwaliło, odbieram i krzyczę na niego, że po co on dzwoni, jak jest w innym pokoju 3 metry obok, a on ściszonym głosem mówi:
- Weronika, ktoś jest w mieszkaniu.
No to ja słucham, czy ktoś rzeczywiście chodzi. No i coś słychać. Idę sprawdzić, a to automatyczny odświeżacz powietrza się zaciął. Wyobraźcie sobie teraz minę mojego chłopaka, który dzwoni do mnie z pokoju wystraszony, że ktoś chodzi po domu.

#H32II

Uwaga! Wyznanie zawiera spojler powieści "Krzyżacy" Henryka Sienkiewicza!
Jako uczennica gimnazjum musiałam przeczytać lekturę "Krzyżacy", za którą zupełnie nie mogłam się zabrać. Mama - polonistka - tłumaczyła, że to bardzo ciekawa książka i że jak już do niej usiądę, to nie będę się mogła oderwać. Postanowiłam spróbować i muszę przyznać, że ta historia rzeczywiście zaczęła mi się podobać.

Wciągnęło mnie tak, że czytałam przez parę godzin. W końcu jednak poczułam głód, odłożyłam więc książkę i poszłam do kuchni po coś do jedzenia. Mama akurat wtedy zmywała i wywiązał się między nami mniej więcej taki dialog:
- I jak Ci się podoba książka?
- Może być, całkiem szybko się czyta.
- Danusia już umarła?
Moje milczenie i mina musiały uświadomić mamie, co właśnie zrobiła.
Nie, Danusia wtedy jeszcze nie umarła.

#LgqyO

Miałam kiedyś wujka. Był księdzem, dokładnie zakonnikiem. Poznałam go, gdy miałam 6 lat. Pamiętam ten dzień dosyć dokładnie. Była zima, wieczór. Przyjechał odprawić rekolekcje w mojej parafii, więc zaglądnął do nas. Jako dziecko, miałam tendencje do chowania się przed obcymi za fotelami w salonie :D Zresztą cała nasza rodzina była jakoś zawstydzona jego obecnością. Przecież nie znaliśmy go wcześniej.

Od tego czasu zaczął odwiedzać nas regularnie. Przynajmniej raz w miesiącu przyjeżdżał na weekend lub choćby na 3 h. Z czasem pokochaliśmy go, a on czuł się u nas dobrze. To nie było tak, że przyjechał i czuł się jak panisko. Zawsze pomagał. Rąbał drewno, robił przetwory, sprzątał itp. Mieszkaliśmy na wsi przy lesie, więc wujek wprowadził zwyczaj spacerów po obiedzie. Tak było każdej wiosny, każdego lata i każdej jesieni. Droga, chociaż ta sama trasa, nigdy nie była nudna. Zawsze była przygodą. Uwielbiałam te nasze przechadzki, te rozmowy, żarciki, opowieści o jego młodości, o problemach jego parafian, które przeżywał. To była najlepsza część dnia. Lubiłam też jak uczył mnie rysować, bo od zawsze lubiłam to robić, a on dawał mi wskazówki. Sam malował obrazy. Mam jego rysunki i kilka obrazów do dziś. Mam też wpis w pamiętniku i nawet list napisany specjalnie do mnie.

Był wspaniałym człowiekiem. Niesamowicie skromnym i takim dobrym, ciepłym. Wnosił do naszego domu coś, czego określić nie umiem. Na pewno było to coś pozytywnego. Zawsze gdy przyjeżdżał, stawaliśmy się lepszymi ludźmi. I nie było to nic sztucznego, wymuszonego. Chciałam, żeby tak było zawsze.

Gdy miałam 11 lat, okazało się, że zachorował na raka. Przeszedł kilka operacji. Dzwonił do nas codziennie i nie tylko od czasu choroby - po prostu zawsze od 5 lat. Pewnego dnia zadzwonił i zaprosił nas do siebie, do domu zakonnego. To nie było jakoś specjalnie daleko, 70 km. Ale 15 lat temu nie byliśmy jakoś specjalnie mobilni. Nie pojechaliśmy.
W zamian za to pojechaliśmy do ciotki 200 km (jeździliśmy do niej raz w roku) i to była moja decyzja, i mojej siostry, bo mama dała nam wybór - albo wujek, albo ciotka hen, hen daleko. Wybrałyśmy ciotkę, bo wiedziałyśmy, że sypnie kasą...

Nigdy sobie tego nie wybaczę. Nie wybaczę sobie, że poleciałam na kasę!!! Bo on już nigdy więcej nie zadzwonił. Zmarł, a ja nie zdążyłam się z nim pożegnać.

Nie wiem czy to moje dziecięce wyobrażenie o nim, że był naszym Aniołem Stróżem... Czy po prostu nim był.

#MtYwT

Na pewno każdy zna automaty z zabawkami, biżuterią, klejącymi łapkami, które po 2 minutach były całe we włosach i już tak chętnie nie przyczepiały się do niczego, małymi bardzo wysoko skaczącymi piłkami itp. Może dziś nie są tak popularne, ale kilka lat temu każdy dzieciak trwonił tam swoje ciężko wyłudzone od rodziców pieniądze, by zdobyć piłkę która odskoczyła kilometr od ciebie lub łańcuszek, z którym nie doszło się do domu. Ja również byłam jednym z takich dzieci.

Wraz ze znajomymi często zahaczałam o te że automaty. Jako biedne dzieciaki kupowaliśmy jedną piłkę na spółkę, bo po co wydawać tyle pieniędzy na coś, co i tak szybko zniknie w jakichś krzakach lub pobliskim jeziorze. Mój tata kolekcjonował stare monety, a powtórkami dzielił się ze mną, dzięki temu miałam dziesiątki niepotrzebnych monet.

Raz dla śmiechu kolega wsadził starą 50 groszówkę (tak, ma ona taki sam rozmiar jak obecna 1 złotówka) do automatu, a tu niespodzianka, naszym oczom ukazała się kolorowa piłeczka! Szybko podłapaliśmy o co chodzi i na drugi dzień z pełnymi kieszeniami monet wróciliśmy w nasze nowe, ulubione miejsce po nowe zabawki. Nie mam pojęcia ile wtedy wybraliśmy z automatów rzeczy, ale po kilku dniach, gdy chcieliśmy do nich wrócić, stał przy nich jakiś facet i sprawdzał co dzieci wrzucają za monety.

Nasze szczęście skończyło się zbyt szybko :(

#IYlz8

Dzień babci, więc pojechaliśmy z dziewczyną do jej dziadków.
Złożyliśmy życzenia, zjedliśmy obiad i powoli mieliśmy się zbierać (do domu 150 km).
Babcia poszła do kuchni, ja z dziadkiem siedzimy w pokoju, a moja dziewczyna wyskakuje z tekstem, że idzie "siku".
Mijają dobre dwie minuty, a dziadek, który do tej pory milczał, nagle przemówił słowami:
- Chyba sra, bo tak długo...
Powstrzymując śmiech wydusiłem z siebie jedynie:
- Pewnie tak.

PS Nigdy w życiu nie spodziewałbym się tego po dziadku :)

#LlwLr

Moja mama jest przekonana, że pilnie uczę się na wymarzoną medycynę w Krakowie, a tymczasem ja zbieram pieniądze, żeby po maturze jechać do Anglii na reżyserię.

Sorry, mamo. Nie zawsze Twoje marzenia są moimi.

Zanim powiecie, że jestem niewdzięczny tak okłamując mamę, powiem Wam, że nie zrozumiałaby. Dla niej liczą się "przyszłościowe" kierunki. Tymczasem ja chcę być szczęśliwy robiąc to, co naprawdę kocham i przede wszystkim robiąc to dobrze. Nie będę dobrym lekarzem, jeśli będę nienawidzić mój zawód z każdym dniem coraz bardziej.

#9n0Vx

Chodzę do klasy razem ze swoją dziewczyną (powiedzmy, że nazywa się Ania). To że jesteśmy razem nie jest jakąś wielką tajemnicą dla kolegów i koleżanek z klasy, jak i nauczycieli.

Pewnego dnia w szkole źle się poczułem. Powiedziałem to Ani, która odparła na to, żebym poszedł na przerwie do szkolnej pielęgniarki, a ona pójdzie ze mną. Po chwili dzwonek zadzwonił, a ja wraz z Ania poszliśmy do pielęgniarki (oczywiście Ania stała na zewnątrz). Pielęgniarkę mamy bardzo sympatyczną, więc nie obyło się bez rozmowy. Rozmowa była na tyle przyjemna, że nie zorientowałem się, że przerwa minęła. Pielęgniarka zmierzyła mi ciśnienie i okazało się, że było wysokie. Dała mi jakąś tabletkę i kazała wracać na lekcje. Ania cały czas na mnie czekała.

Gdy wróciliśmy na lekcję, pani profesor zapytała dlaczego nas tak długo nie było. Nie zastanawiając się długo powiedziałem:
- No Ania była ze mną, bo miałem duże ciśnienie.
Wszyscy zaczęli się śmiać, a ja dopiero po paru sekundach ogarnąłem z czego się śmieją.

#dWbbY

Studiuję na bardzo wymagającym kierunku i często pracuję w różnych programach komputerowych. Już od pierwszego roku nauczyłam się, żeby klikać co chwila przycisk save, żeby nie stracić swojej pracy i nie zaczynać od nowa.

Oczywiście nauczyłam się na własnych błędach, ale nie o tym ta historia.
Zdarzyło się to w trakcie sesji, kiedy spędzam codziennie po kilka godzin przed monitorem. W pewnym momencie stwierdziłam, że mam serdecznie dość, na dodatek coś mi nie wychodziło, więc poszłam zrobić sobie obiad. Pokroiłam warzywa, sos już prawie był gotowy, zostało wstawić makaron, więc udałam się z powrotem do komputera i jakie było moje zdziwienie, kiedy zdałam sobie sprawę, że poszłam "zasejwować" życie...
Dodaj anonimowe wyznanie