Podczas powrotu do domu od chłopaka pomyliłam autobusy i pojechałam w zupełnie innym kierunku. W połowie drogi spanikowana zorientowałam się, że źle jadę. Było to miasto oddalone o 140 km od domu. Zadzwoniłam do mamy, że wrócę dużo później i żeby się nie martwiła.
Było już ciemno, gdy pan około 40 lat powiedział, żebym się nie martwiła. Gdy dojechaliśmy na miejsce, pojechał ze mną na główny dworzec, do tego wykupił mi bilet również i do domu, jednocześnie czekał ze mną około godziny na autobus, mimo że było ciemno, zimno, deszczowo.
Jeśli pan to teraz czyta: bardzo serdecznie dziękuję za bezpieczne dotarcie do dworca oraz wskazanie właściwego autobusu.
P.S. Od tamtej pory unikam międzymiastowych autobusów.
Mam problemy rodzinne. Cały czas mam coś na głowie, chodzę do psychologa, ponieważ mam zdiagnozowaną depresję. Nigdy nie czuję się w pełni szczęśliwa, ale kiedy dowiedziałam się, że mój ukochany zespół, Imagine Dragons zagra pierwszy koncert w Polsce, wiedziałam, że muszę na niego pojechać.
Trasę ogłoszono w zeszłym roku jakoś w kwietniu. Bilety kupiłam w dzień rozpoczęcia sprzedaży. Zaczęłam wszystko planować, dojazd, godziny, prowiant, akcje koncertowe śledziłam na bieżąco. Tylko to trzymało mnie podekscytowaną.
I nastał ten dzień. Był idealny, mimo złapanej gumy na środku autostrady. Mimo wycieku oleju. Mimo bólu brzucha z powodu miesiączki. Mimo tego, że mam placek na głowie, bo w trakcie koncertu ktoś mi wyrwał włosy. Było idealnie. A wiecie dlaczego? Bo ich muzyka sprawiła, że nie myślałam o niczym innym jak tylko o śpiewaniu jeszcze głośniej. Kocham ich za to, że pierwszy raz popłakałam się, a wręcz wyłam ze szczęścia.
Ludzie spełniajcie marzenia. Błagam was. Ja mam następne, a jest nim pójście na ich drugi koncert w Polsce. Muzyka leczy wszystko.
Jedna z opisanych tu historii przypomniała moją, która poniekąd zmieniła moje spojrzenie na otaczającą mnie rzeczywistość.
Zawsze byłem typem człowieka szarego, introwertyka. nie tyle siedzącego w swoim świecie, co po prostu nie angażującego się niepotrzebnie, skrywającego się pod kapturem czarnej bluzy z zaspanymi oczami. Wszyscy wiedzą o co chodzi, taki typ człowieka obserwatora, dla niektórych ćpuna, choć tak naprawdę unikałem wszystkiego co może sprawiać kłopoty. Nie spotkało mnie wiele dobrego, ale złego też nie. Po prostu żyłem, choć nie, to złe słowo. Przez blisko 20 lat istniałem.
Kilka miesięcy temu w drodze na uczelnię, czekając na przystanku na autobus, dostrzegłem młodą dziewczynę ewidentnie napastowaną przez typowego Sebka, z wytatuowaną nienawiścią do policji, równie wieki co szeroki, ale nie niezbyt inteligenty. Z racji, że robiło się nieciekawie, rozglądałem się za jakąś pomocą, ale jak na złość wiało pustkami. Miałem ochotę uciec, zniknąć jak to miałem w zwyczaju, jednak w chwili gdy kątem oka dostrzegłem, że ten kloc pcha łapy tam gdzie nie powinien, a twarz dziewczyny aż biła przerażeniem, mimo że telepałem nogami, które chciały uciekać, coś mnie ruszyło. Szarpnąłem gościa, przydusiłem do siatki i nakazałem mu zostawić dziewczynę.
Pewnie fanatycy anonimowych spodziewają się filmowego zakończenia, w którym dres uciekł, a my zostaliśmy parą. Otóż nie, dostałem dość mocne uderzenie, a potem przy upadku uderzyłem o coś ostrego... Jakąś krawędź? Straciłem przytomność i odzyskałem ją kilka godzin później w szpitalu. Dziewczyny więcej nie spotkałem.
W takim razie co zmieniło mój światopogląd? Od tamtego dnia, widzę przed oczami zapłakaną twarz dziewczyny mówiącą "dziękuję", nie wiem czy to moje wyobrażenie, czy jakieś przebłyski z tej historii, ale to chyba pierwszy raz kiedy ktoś mi tak szczerze podziękował, kiedy poczułem, że naprawdę komuś pomogłem. Choć na jeden moment zamieniłem się z szarego człowieka w superbohatera, choć nie był to typowo komiksowy scenariusz.
Dziewczyno, jeżeli to czytasz - może Cię uratowałem, ale za to Ty mnie uratowałaś na pewno! Zmieniłaś moje podejście, dałaś poczucie, że ktoś, kiedyś może mnie potrzebować, że mogę robić coś by pomagać, że mam wpływ na wiele otaczających mnie spraw, że nie muszę tylko uciekać, nie muszę być niewidzialny. Dziękuję!
To były czasy gimnazjum. Dokładniej lekcja języka polskiego. Pod oknem siedzi dwóch "błaznów klasowych" (Michał W. i Michał S., a jako że Pani nauczycielka od polskiego miała poczucie humoru, więc potrafiła rozbawić nie tylko klasę.
Pewnego dnia prawie całą lekcję grali na telefonie. Niby nic, ale nauczycielka się zdenerwowała i wpisała im uwagę do dziennika o treści:
"Michał S rusza czymś między nogami, a Michał W się temu przygląda."
Wyobraźcie sobie minę i myśli rodziców na wywiadówce, gdy uwaga została odczytana :)
Prawdopodobnie wiele osób miało kiedyś taką sytuację, że płacz dopadł ich w miejscu publicznym. Zazwyczaj za wszelką chce się tego uniknąć, ale nie zawsze okoliczności na to pozwalają.
Był zwykły dzień. Dzień, jak co dzień chciałoby się rzec. Było to kilka lat temu, bo wiem, że jeszcze nie miałam nawet osiemnastu lat. Wracałam do domu autobusem. Siedziałam z tyłu, a z oczu ciekły mi łzy, które ukradkiem wycierałam rękawem. Wzrok wytrwale wlepiony w krajobraz za oknem - nie chciałam robić widowiska wśród pasażerów, a byłam pewna, że oczy mam czerwone i spuchnięte.
Już prawie dojeżdżałam do mojego przystanku, gdy nagle jakiś starszy pan podszedł do mnie, chwycił moją dłoń i pocałował, jak to zwykle czynili dżentelmeni.
"Wszystko będzie dobrze" - powiedział i uśmiechając się do mnie wysiadł z autobusu.
Byłam w szoku. Tyle się mówi o ignorancji i ogólnej znieczulicy. Na prawdę doceniam gest tego pana, oby więcej takich ludzi... tyle, że ja nie płakałam. Mam alergie i łzawiły mi oczy :)
Aby dodać to wyznanie specjalnie założyłam konto. Chciałabym, aby pomogło niektórym ludziom otworzyć oczy na to, co ich otacza nawet jeśli wszystko wokół jest do dupy.
Mam 20+ lat, lecz problemy od najmłodszych lat mnie nie opuszczały. Choć miałam wspaniały dom, w którym była miłość szacunek i ciepło, zawsze pakowałam się w kłopoty. Cud, że moja mama nie osiwiała, z każdym dniem walczyła o mnie, o moją przyszłość, o każdy mój dzień, aby to akurat on mógł być tym przełomowym. Nie odpuściła i dzięki jej ogromnej matczynej miłości i latach walki o mnie wyrosłam na odpowiedzialną za siebie i innych (w końcu!) kobietę, pełną empatii i ciepła...
Wyjechałam za granicę, poznałam cudownego faceta, z ogromem miłości i cierpliwości do mnie i moich fochów, pewnych niezrozumiałych zachowań, spowodowanych nie do końca zaakceptowaną przeszłością. Darzy mnie ogromnym szacunkiem i miłością z wzajemnością. Mogę patrzeć godzinami jak śpi i wstawać o 5 rano żeby zrobić mu kanapki do pracy. Cały czas utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem jedna jedyna do końca. Jednak skłonności do problemów po raz kolejny dały o sobie znać - został aresztowany na podstawie sprawy sprzed lat. Załamałam się, nasz wypieszczony domek z ogrodem, nasz ukochany pies, nasz związek, firma, co teraz?
Chwilę po tym okazało się, że mam nowotwór, który pociągnął za sobą szereg innych przewlekłych chorób. Nadal jestem tu i czekam na niego, choć minęło już wiele czasu i kolejne długie miesiące osobno przed nami, ale wspiera mnie jak może. Ale dopiero w tym momencie doceniłam, że jesień tak naprawdę jest piękna. Zauważyliście kiedyś jak pięknie wirują liście na wietrze? Zimą tego roku, gdy spadł śnieg to nie zaszyłam się w domu jak zawsze, tylko biegałam z moim ukochanym psem po śniegu i śmiałam się jak dziecko. Doceniłam przyjaciół. Już nie czekam aż oni zadzwonią i zapytają, co słychać-dzwonię sama, niech też poczują, że o nich myślę. Zawsze chciałam zrobić full rzeczy i full rzeczy się nauczyć, zawsze uważałam, że mam czas.
Dziś o nich nie myślę - ja je po prostu robię. W pracy jak mam chwilę uczę się języków, wstaję rano zamiast pospać dłużej i pędzę do hurtowni po materiały, nie obijam się nic nie robiąc, tylko bawię się z moim psem, a potem idę do pracy. Kto wie ile razy jeszcze będzie mi to dane? Przytulam często mamę i rozmawiam z moim młodszym bratem o życiu, aby wyszedł na ludzi. Doceniam każdy telefon od Taty, który nie mieszka w Polsce od lat i każde marudzenie mojego partnera i każde zwykle słowa "kocham Cię".
I chce podziękować anonimowo wszystkim, dzięki którym jestem dziś tu pełna miłości.
Piszę to, bo mam nawrót choroby. Chciałabym abyście zapamiętali, że żyjecie DZIŚ, jutra może nie być.
Idź przytul Mamę i Tatę i podziękuj przyjaciołom za obecność.
Jak na nieśmiałą, uczciwą i cichą dziewczynkę przystało, zawsze to mi najmocniej dostawało się od życia. I tamtego dnia, gdy chodziłam jeszcze do 6 klasy podstawówki również miałam pecha.
Wyjechałam z innymi dziećmi i młodzieżą do ciepłych krajów (typowa kolonia). Po śniadaniu mieliśmy chwilę przerwy, dlatego też zwiedzałam samotnie nasz hotel. Na korytarzu leżał długopis. Patrzę czy nie ma nikogo w pobliżu... Na korytarzu pusto. Pewnie ktoś zgubił, nawet o tym nie wiedząc. Stałam tak z minutę, ale nikt się nie pojawiał. Wzięłam więc długopis myśląc, że raz mi się poszczęściło. Wieczorem przy stole nasz opiekun nagle wstał i wygłosił przy wszystkich "przemowę" - ktoś ukradł długopis chłopakowi, który zostawił go na korytarzu. Pogroził, że i tak dojdą do tego kto to był.
Wstałam. Nie powiem jakiego wstydu musiałam się najeść przed wszystkimi przez jeden głupi długopis.
Co jest w tej historii najlepsze?
Podczas pobytu skradziono mi z szafki pamiątkową figurkę od rodziców, którą wszędzie ze sobą woziłam, "pożyczoną" latarkę wartą ok. 50zł, której już nigdy więcej nie zobaczyłam na oczy, a opiekun nawet nie przejął się, gdy zrobiłam sobie krzywdę na basenie i ani razu nawet nie spytał się czy wszystko gra, i czy nie potrzebuję jakiejś maści. Przez to wszystko wdało mi się spore zakażenie, z którym walczyłam 2 lata (cóż, wapno nie pomogło). Prosiłam, by dowiedzieli się kto ukradł moją figurkę. Powiedzieli, że to zrobią. Oczywiście nie zrobili. Co do latarki, stwierdzili "żebym się popytała", bo oni nic nie poradzą. To były ostatnie kolonie, na które pojechałam, a rodzicom nigdy nie powiedziałam dlaczego.
Nigdy nie czułam się tak odrzucona, zawstydzona, samotna i ignorowana, co w przyszłości poskutkowało jeszcze większym wycofaniem i uczuciem, że wszyscy są przeciwko mnie.
Ludzie-ofiary losu, łączę się z wami w bólu...
W tłusty czwartek, postanowiłam zrobić własne pączki. Całe przedpołudnie pracowicie sklejałam pulchne kuleczki z różnorakim nadzieniem. Popołudniu wrócił mój tata, który postanowił skosztować tych rarytasów. Siedziałam, udając, że się nie przejmuję co powie (och, jak cudownie wychodzi mi udawanie masterchefa..) i usłyszałam:
- Dobre to dziadostwo. Nawet zjadliwe! (po chwili ciszy, przerywanej mlaskaniem) A wezmę jeszcze ze dwa, żeby ci przykro nie było!
Kocham Cię Tatusiu.
Mój chłopak przeczytał na anonimowych jedno wyznanie i stwierdził, że to o nim, bo dziewczyna przypomina mu mnie.
Obraził się i nie odbiera telefonów.
Nigdy wcześniej tutaj nie pisałam.
Mój mąż miał dziś wypadek samochodowy. Dzięki niemu dowiedziałam się, że od trzech lat ma romans z moją przyjaciółką...
Jechali razem w góry. Mąż miał mieć delegację w Szczecinie...
Walizki już spakowane... Sajonara frajerze!
Dodaj anonimowe wyznanie