#MKW0h
Mam 30 lat i jakieś 3 lata temu ważyłam 107 kg przy wzroście 170cm. Przyznaję, sama doprowadziłam się do takiego stanu - nie żałowałam sobie niczego, dogadzałam jedzeniem w każdy możliwy sposób. Mój mąż to typ aktywnego człowieka - nieraz próbował mnie namówić do wspólnych ćwiczeń czy diety, ale nigdy nie dałam się namówić. Dlaczego? Nie chciałam, żeby był świadkiem mojej porażki, mojej słabej woli. Ponadto mój mąż jest przystojny i nieraz widziałam, jak kobiety na niego spoglądają... i na mnie przy okazji. Z niesmakiem.
Po narodzinach córki przeniósł się do drugiego pokoju (żeby wyspać się do pracy), czas leciał, dziecko rosło, a ja... nadal zero postępów, wręcz przeciwnie - tyłam. W końcu waga pokazała magiczną trzycyfrową liczbę i szczerze pisząc - załamałam się. W dodatku mój facet zaczął wybywać częściej z domu - a to piwo z kumplami, a to jakiś mecz, a to znów spotkanie towarzyskie. Dodam, że zawsze chciał mnie zabrać ze sobą, ale nigdy nie szłam. Dlaczego? Bo się wstydziłam tego, jak wyglądam. Płakałam po nocach z tego powodu, w dzień zrzędziłam. Wiem, błędne koło.
Któregoś dnia rano bardzo pokłóciłam się z mężem o głupotę. Jak wrócił z pracy, oświadczył, że musimy poważnie porozmawiać. Usłyszałam wtedy, że mnie kocha i chce mi pomóc, ale jest już u kresu wytrzymałości i jeśli w końcu nie zrobię pierwszego kroku naprzód i nie zacznę coś ze sobą zrobić, to nasz związek się rozpadnie. On chce mieć przy boku żonę, która będzie uśmiechnięta i szczęśliwa. A nie zrzędząca i wiecznie zła. Dodał, że zapomniał jak to jest być z żoną intymnie, jak to jest pożądać jej. To był kubeł zimnej wody, którego widocznie potrzebowałam.
I wtedy nastąpił przełom - zapisałam się do dietetyka, zrobiłam badania lekarskie, zaczęłam ćwiczyć. Powoli, powolutku kilogramy zaczęły uciekać, ciało nabierało sprężystości i jędrności (chociaż idealne nie jest), odzyskiwałam wiarę w siebie i swoje możliwości... Ukochany mnie wspierał, dopingował w ciężkich chwilach.
Po 3 latach od tamtego dnia poszłam po raz pierwszy od niepamiętnych czasów na "randkę" z mężem, kiedy udało mi się uzyskać pułap 68kg.
Poprosiłam go, żeby pojechał we wskazane miejsce pierwszy, ja miałam do niego po jakimś czasie dołączyć. Chciałam zrobić się na totalne bóstwo.
I wiecie co się stało? Mój własny mąż mnie nie poznał. Usiadłam przy stoliku obok czekając na jego reakcję i dopiero jak napisałam na serwetce "To ja, Twoja dzisiejsza randka", zorientował się, że to jego żona. Najlepszy komplement za cały trud pracy.
Kochani, każda motywacja do działania jest dobra. Nie poddawajcie się!
Gratulacje dla Ciebie i pozdrów męża, nieocenione jest wsparcie drugiej osoby!
Anonimowi gratulują! 😉
Twoja postawa i przeżycia są piękną motywacja :)
Nie można sobie wmawiać, że nie da się rady, że to nie dla mnie. Wszystko jest do zrobienia, wystarczy chcieć ;)
A Tobie, autorko, gratuluję przezwyciężenia swoich słabości i życzę powodzenia ;)
P.S. Masz wspaniałego męża :)
♥
Grunt to się nie załamywać tym jaki nasz los jest cieżki czy tym że mamy za dużo kilogramów. Gratuluje zebrania sił i wzięcia odpowiedzialności za siebie swoje zycie i jego zmianę bo płakanie w poduszkę i tak niczego nie zmienia a cieżko jest sie zmotywować i zacząć zmieniać cos masz super męża
Nie rozumiem, czemu kobiety nie doceniają takich mężczyzn. Dopiero coś się musi wydarzyć, żeby do nich doszło. Byłam w sumje w 3 związkach, starałam się być podporą, nie fochować, dbać o siebie itp. Każdy z nich w pewnym momencie okazał się egoistą, który gdzieś ma moje problemy, dopóki "dobrze się sprawuję". A jak miałam jakiś gorszy dzień, to "wróć jak się uspokoisz", albo "marnujjesz mój czas", kiedy po prostu chciałam usłyszeć coś miłego. O wsparciu przy cięższych problemach mowy nie było.
I czytam czasem jak kobiety poniewierają czy nie szanują albo nawet nie widzą dobra swoich mężczyzn... Wiecie, jaka to gorycz i żal? Ile ja bym dała za kogoś, przy kim przynajmniej nie czułabym się zdana tylko na siebie...
Sumie*
Myślę że to kwestia tego jak rozpoczyna się związek. Nie twierdzę, że związki które nie rozpoczynają się od przyjaźni zawsze nie są udane, ale chyba ludzie którzy są związani ze względu na więź i wspólne przeżycia budują te najlepsze związki. Nie spodziewałabym się wsparcia od mężczyzny, który umówił się ze mną bo spodobałam mu się fizycznie, choć wiadomo ze z takiej sytuacji również może rozwinąć się prawdziwe uczucie. Związałam się z przyjacielem, jesteśmy razem od dwóch lat. Jest tak jak powinno być, bo nie muszę nic udawać, oboje bardzo się wspieramy. Jest to najtroskliwszy mężczyzna na świecie. To co buduje prawdziwa milosc to poznanie siebie nawzajem na wskroś przed związkiem. Wtedy wiemy ze ten ktoś jest z nami choć zna wszelkie nasze wady, nie tylko by dobrze się z nami bawić ale przeżywać trudne chwile. Jestem pewna że znajdziesz mężczyznę, który będzie dla Ciebie prawdziwym oparciem. To po prostu wymaga czasu :)
Toxmyslenia, nie wiem kto cię minusuje, jak przecież dobrze mówisz.
Tylko niestety nie zawsze się to sprawdza. Jednego z moich chłopaków znałam kilka lat, innego kilka miesięcy zanim zaczęło być gorąco :-)
W sumie zaczynało się psuć jak zaczęli czuć się za pewnie, bo ja się nie obrażam i staram. Wychodzi na to, że powinnam być kłótliwą zołzą, która wodzi swoich chłopów za nos ;-)
Tyle się nauczyłam, że teraz nie daję sobie wchodzić na głowe i "albo traktujesz mnie z należytym szacunkuen", albo wypad. A jak jest wypad, to wielkie zdziwienie :-)
Brawo Ty! Najważniejsze jest to, że w końcu się przełamałaś :)
Masz wspaniałego męża. A Tobie gratuluję! 😊
Twój mąż Cię nie poznał? o.O
Ja jestem niska 157cm ( wiem, bardzo mało) i waże prawie 60kg. To bardzo dużo jak na moją wysokość i teraz cwiczę.
A dopinguje mnie... mama. Tak wiem to dziwne. I nie, nie jestem dzieckiem.
co jak co, ale to wyznanie ukazuje jedynie jak bardzo kobiety są nielogiczne i zamiast zacząć działać to wolą się nad sobą użalać i tkwić we własnym bagnie..