Sprzedaję bilety na pociągi PKP. Z dworca, gdzie pracuję, co chwilę odjeżdża jakiś pociąg, wiec kolejki są praktycznie zawsze. Na centralnej ścianie znajduje się ogromna tablica, która na bieżąco wyświetla odjazdy i przyjazdy pociągów.
Irytują mnie osoby, które pomimo wypatrzenia swojego kursu, potrafią przyjść i zapytać się (dla pewności) o której godzinie odjeżdża ich pociąg, wydłużając przy tym i tak długie kolejki. Staram się być dla nich miła, więc odpowiadam za każdym razem.
Pewnego wieczoru, gdy byłam już bardzo zmęczona i miałam iść do domu, podszedł pewien pan, którego oczywiście widziałam pod tablicą, szukającego swojego pociągu. Podchodzi mimo wszystko do mojej kasy i pyta o odjazd. Nie wiem dlaczego, ale właśnie na nim postanowiłam odreagować wszystkich wrednych klientów.
- Nie widzi pan na tablicy? Wyraźnie jest napisane, że odjazd będzie o 20:45.
Mimo mojego lekko podniesionego głosu, miły pan ze stoickim spokojem poprosił bilet na ten kurs, dodając "ze zniżką dla osoby niewidomej proszę".
Zamarłam. Bez żadnych już dodatkowych pytań sprzedałam bilet i przeprosiłam.
Kiedy miałam ok. 7 lat zachorowałam. Nic szczególnego, zwykła angina. Mama chciała mnie leczyć różnymi domowymi metodami m.in. czosnkiem.
Jakież było jej zdziwienie, gdy usłyszała, że czosnku jeść nie będę, bo słyszałam, że on zabija bakterie, a ja nie jestem morderczynią i nie chcę skończyć w więzieniu...
Kilka lat temu, gdy byłam w liceum, wracałam z kolegą ze szkoły.
Szliśmy stale wytyczoną ścieżką, beztrosko rozmawiając, gdy naszą uwagę przykuł leżący niedaleko przystanku, nieprzytomny mężczyzna.
Szokujące było to, że na autobus czekało kilka starszych pań. Żadna z nich nie zwracała uwagi na nieprzytomnego mężczyznę.
Podeszliśmy bliżej, gdy usłyszeliśmy słowa od starszych kobiet:
- Zostawcie go! Uchlał się, to ma za swoje! Nie warto mu pomagać!
No cóż. Nie słuchając tej bogini mądrości, zaczęliśmy udzielać mężczyźnie pierwszej pomocy, bo jak się okazało nie było czuć od niego ani trochę alkoholu, a oddech był już niewyczuwalny.
Te kobiety nie chciały nawet zadzwonić po pogotowie.
I powiedzcie mi, jak można być aż tak znieczulonym na krzywdę ludzką? Nawet jeśli ten facet byłby wstawiony, przecież można zadzwonić po straż miejską.
Mając około 6 lat byłam wpatrzona w starszego brata i nie odstępowałam go na krok. Często zabierał mnie ze sobą na ryby, gdzie dumnie trzymałam w ręku wędkę z kija.
Poszliśmy na ryby. Kiedy naszła mnie potrzeba skorzystania z łazienki, mój brat skwitował to tekstem "idź za któreś drzewo" i nie zwracał zbytnio na mnie uwagi, czekał aż do niego przyjdę i ruszymy w drogę powrotną. Niestety ja całą drogę płakałam, brat nie wiedział co się stało, czy mnie coś ugryzło, żmiję zobaczyłam, czy po prostu przestraszyłam się pająka. Między nami nawiązał się taki dialog:
- Marcin, nie zbijesz mnie?
- Nie, nie zbiję, mów co się dzieje.
- Ale na pewno mnie nie zbijesz?
- Co się stało, nie, nie zbiję cię.
- Bo zesrałam się w gacie, bo nie wiedziałam. za które drzewo mam pójść...
Nie, dotrzymał słowa i nie zbił.
Od urodzenia nie słyszę. Głęboki obustronny niedosłuch. Moi rodzice byli bardzo młodzi (młodsi ode mnie obecnie) jak się urodziłam. Szok i niedowierzanie w rodzinie. Pewnie myślicie, że trafiłam do specjalnych placówek? Otóż nie.
Do przedszkola mnie zaprowadzili normalnego jak i do szkoły podstawowej masowej. Przeżyłam tam wiele załamań i przykrości ze strony rówieśników, którzy nie rozumieli jak można nie słyszeć albo nosić małe urządzenie na uszach. Przetrwałam. Poszłam do gimnazjum również masowego, powtórka z podstawówki, a nawet gorsza. Przetrwałam. Liceum. Również masowe, ale już było o wiele lepiej, w końcu dojrzalsi ludzie, już nikt mnie nie dokuczał. Mam wielu przyjaciół, znajomych, na studia chodzę. Każdy się dziwi jak taka niesłysząca dziewczyna normalnie mówi, normalnie przebywa wśród słyszących. Znajomych takich jak ja z implantem ślimakowym czy aparatami słuchowymi mam bardzo mało. Większość osób niesłyszących jest zamknięta w swoim migowym świecie i ciszy. Ja nawet migowego nie umiem, co było wielkim oburzeniem wśród nauczycieli jak i innych ludzi.
Dlatego chcę bardzo podziękować swoim rodzicom, którzy się nie poddali w długiej, ciężkiej pracy nade mną, którzy wychowali mnie na normalnie funkcjonującego człowieka.
Rodzice! Jeśli Wasze dziecko się urodzi niesłyszące - nie krzywdźcie go posyłając do specjalnych szkółek, gdzie góruje tylko migowy i ograniczenie rozwojowe.
4 lata temu, gdy chodziłam jeszcze do liceum, miałam poważne problemy z powodu... religii. Jako uczennica z dobrymi i bardzo dobrymi stopniami byłam zagrożona z religii. Denerwował mnie ksiądz i jego podejście do tego przedmiotu, ponieważ jedyne co robił, to puszczał nam filmy (nawet niekoniecznie związane z religią), oceny wystawiał pod koniec roku z przysłowiowej dupy, dlatego też przestałam chodzić na zajęcia. Po pewnym czasie stwierdził, że daje mi ostatnią szansę na zaliczenie przedmiotu - uczestnictwo w trzech dniach rekolekcji po 3 godziny (po tym czasie trzeba było podejść do księdza w kościele po obecność).
Pierwszy dzień - zaspałam. Zerwałam się z łóżka, pięć minut później wyleciałam z domu jak wichura. Chwilę później byłam na miejscu. Drzwi kościoła były po prostu nie do ruszenia, wielkie i ciężkie jak cholera, nie idzie otworzyć samodzielnie. Stoję taka bezradna pod kościołem, zaczęłam godzić się z moim losem, już wyobrażałam sobie tę chwilę, gdy ksiądz ogłasza moją porażkę przy całej klasie, jedyny w historii kibel z religii... Inagle dostrzegam biegnącą w moją stronę koleżankę! Również zaspała i się spóźniała. Razem z moją wybawczynią otworzyłyśmy wspólnymi siłami drzwi i wkroczyłyśmy do kościoła, gdzie od razu na wejściu z wielkim łupem lecę na ziemię, potykając się o własne buty. Przy okazji przewróciłam niczego nieświadomego kolesia, który wybałuszył na mnie gały w stylu "co robisz, walnięta babo?!". Narobiłam hałasu, znajomi i nieznajomi próbowali kryć śmiech, ksiądz piorunował wzrokiem..
W końcu dostałam łaskawie zaliczenie z tego cudnego przedmiotu, co wspominam ze śmiechem, a jako ciekawostkę powiem coś o tym biedaku, którego potrąciłam - aktualnie mija czwarta rocznica naszego związku. Tak że nie rezygnujcie z religii w szkole!
Dawno temu do mojego taty przyszedł jego kolega. Ja miałam wtedy 3 latka.
Rozmawiali, śmiali się. Gdy ten pan mnie zobaczył, powiedział, że jestem śliczna, że ma synka w podobnym wieku i może kiedyś się poznamy.
Mam 18 lat i od prawie dwóch lat jestem z moim cudownym chłopakiem, którego tatuś przepowiedział przyszłość :)
Wynajmuję mieszkanie z paroma studentami z rożnych uczelni. Jak wszyscy wiemy, panuje ostatnio wirus grypy, przywlekł się też na nasze mieszkanie wraz z nowym współlokatorem. Nie znam chłopaka, ogólnie mało sympatyczny, ale jak tu nie pomóc człowiekowi w potrzebie?
Także gdy Paweł wymiotował, trzymałam mu miskę, robiłam mu herbatę i ciepłe obiadki, ba! oddałam mu nawet swój ostatni antybiotyk, żeby nie musiał chodzić po lekarzach. W końcu skończył chorować, obiecał oddać kasę za leki i jedzenie w lutym, bo teraz kiepsko z nią, zgodziłam się. Zaczęła się sesja, wszyscy na mieszkaniu zabiegani, jedynie ja i Paweł jeszcze na luzie, bo nasze uczelnie zaplanowały sesje w późniejszym terminie.
W końcu wszyscy pozdawali, wyjechali do domu na zasłużony odpoczynek, zostałam tylko ja i Paweł oraz moja grypa. Tym razem to ja byłam ledwo przytomna, wymiotowałam i nie miałam na nic sił. Gdy poprosiłam Pawła o zrobienie herbaty usłyszałam, że przecież kobiety są od opiekowania się chorymi, zresztą on się boi, że się znów zarazi. Trochę się wkurzyłam, ale ok, to mój ostatni sprzymierzeniec w obcym mieście, które znajduję się 300 km od mojego domu. Spytałam się więc go, czy poszedłby mi chociaż do apteki, bo oddałam ostatnie leki jemu i nie mam nawet aspiryny. Co usłyszałam? Że mogę przecież zawołać doktora do domu albo wezwać kogoś z rodziny, bo on ma dużo nauki do sesji i nie ma czasu na głupoty.
Tak oto zostałam bez opieki na czas choroby i sesji, ale pociesza mnie fakt, że kochany Pawełek został bez mieszkania, o czym dowie się, jak tylko wróci z przerwy.
Było to kilka lat temu. Miałam jakieś 12-13 lat. Walentynki, dostałam różę. Wiecie, łodyga z plastiku i koronkowy kwiat. Nie wiedziałam, że sztuczny kwiatek może skrywać coś więcej. Odłożyłam więc prezent do wazonu stojącego na biurku.
Kilka lat później wybrałam się z mamą do sklepu odzieżowego na naszym osiedlu. Stoimy już przy kasie, mama płaci, na co ja wybucham:
- Mamo! Mam taką samą różę! Pamiętasz? Dostałam ją na Walentynki.
Mama tylko się zaśmiała, ale na to wszystko odzywa się ekspedientka:
- A otwierałaś ją? Wiesz co jest w środku? Jeśli nie, to po powrocie do domu rozwiń kwiat. Jestem pewna, że się zdziwisz.
Popędziłyśmy do domu, obie ciekawe tego co może być w środku. Wyciągam więc kwiatek delikatnie, by nie rozerwać koronki, rozwijam. Moim oczom ukazały się majtki. Czerwone, kuse, koronkowe majtki. Śmiałyśmy się z mamą, że jednak darczyńca to miał wyczucie do prezentu. Jak się potem okazało, sam nie wiedział, że jest tam taka niespodzianka.
Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że ową różę dostałam od dziadka.
Siedzimy z tatą w samochodzie i zaczyna lecieć piosenka Adele.
Tata: Szkoda, że zmarła. Cudowny głos.
Tak, mój tata i świat muzyki.
Dodaj anonimowe wyznanie