#DHIsC

Był ranek, kiedy zbierałam się by pojechać na studia. Wsiadam do samochodu, no i jadę. Zbliżam się do skrzyżowania i widzę, że czerwone świeci się od dwóch sekund, a jakiś geniusz przede mną postanowił przejechać na czerwonym. Sekunda i zwątpił.
Zahamował sporo za sygnalizatorem, ale nie znalazł się na drodze z pierwszeństwem. Nie zawadzał.

Wtem widzę, zapala się jego światełko od wstecznego, a facet zaczyna wymachiwać mi rękoma i dawać dzikie znaki, jakobym miała się wycofać i zrobić mu trochę miejsca. Ja jako uczynna osoba, rzucam okiem, jak sytuacja za mną - starszy dziadek w Mercedesie, jakieś ponad 2 metra ode mnie. Śmiało wbijam wsteczny, jak podciągnę chociaż metr, to facet przede mną się uspokoi. I co słyszę? Dziadek za mną trąbi. Myślę sobie, człowieku, tam miejsca na kobyłę wystarczy. Ku mojemu zdziwieniu dziadek za mną trąbi nadal i zaczyna podjeżdżać w moją stronę. Facet przede mną trąbi i wymachuje rękoma coraz intensywniej.

I tak stoję sobie ja, rzecz jasna głupia baba co jeździć nie potrafi. Stoję sobie w środku tej farsy, pomiędzy dwoma mistrzami kierownicy. Bo przecież moja wina.

#zNP0n

Sytuacja miała miejsce ponad dwanaście lat temu. Miałem już osiemnaście lat, więc jako młody chłopak zapragnąłem mieć prawo jazdy (dziewczynom się to przecież podoba).

Rodzice ucieszeni tym faktem, że mnie wiecznie ciągnie do nowych wyzwań (dobry uczeń liceum, olimpiady itp., itd.) bez wahania wyłożyli pieniążki na kurs dla swej najmłodszej pociechy. Tata w międzyczasie sam mnie uczył, więc umiejętności posiadałem.
Termin egzaminu ustalony, ja gotowy, wszystko na najlepszej drodze... Nic bardziej mylnego...

Byłem bramkarzem miejscowego klubu piłkarskiego (jako junior oczywiście) i w niedzielę na kilka dni przed egzaminem sparingowy mecz... skończony złamaniem trzech kości śródręcza... Dwa dni później ręka aż po łokieć w gipsie (tak późno, bo wpierw stwierdzono, że nic mi nie jest i to tylko stłuczenie), a dla mnie może nie tragedia, ale smutek... Egzaminu przełożyć się nie da, nowy termin to dodatkowy wydatek, a rodzice, choć mi nigdy niczego nie żałowali, milionerami nie byli...

Po konsultacji z moim instruktorem ustaliliśmy, że co mi szkodzi spróbować, może chociaż wiedzę teoretyczną pozwolą mi zaliczyć i będzie łatwiej na przyszłość.
Wszystko OK, wchodzę do sali - nic nie powiedzieli, teoria zaliczona spoko i czekam na egzaminatora - wyjście na plac, a potem miasto, nie miałem wielkich nadziei (ale byłem przygotowany, bo wyciąłem kawałek gipsu, by móc biegi zmieniać :).

Przyszedł taki młodziak koło trzydziestki - popatrzył, nic nie powiedział, wsiedliśmy do samochodu, plac się udało zaliczyć, no i w miasto. Miał tylko jedną uwagę: żebym podczas jazdy drugą rękę (tę w gipsie) też trzymał na kierownicy, bo mnie porwała ułańska fantazja i myśląc, że i tak się nie przydaje, trzymałem ją koło skrzyni biegów.

Kiedy wróciliśmy powiedział, przecierając kierownicę ze śladów gipsu, że nawet nie powinien mi pozwolić wsiąść do auta, ale jego żona wczoraj urodziła syna, a ja jestem dzisiaj jego pierwszym egzaminowanym i nie chciał zaczynać w taki sposób dnia....

P.S. Nigdy nie miałem nawet stłuczki i nie zarobiłem mandatu...

#tH47n

Ksiądz niedawno opowiadał nam na religii, jak to niegdyś ładnie załatwił pewnego ucznia. Otóż wyżej wymieniony śmieszek postanowił założyć sobie prezerwatywę na głowę, żeby zobaczyć reakcję uczącego go duszpasterza.
Cała klasa ze zniecierpliwieniem czekała na pojawienie kapłana. Kiedy ksiądz wszedł do sali, mało osób potrafiło opanować śmiech, jednak bohater mojej historii kompletnie ich zignorował i normalnie zaczął prowadzić lekcję. Po kilku minutach jedna uczennica zapytała kapłana:

- A dlaczego ksiądz nie zwrócił uwagi na kolegę z prezerwatywą na głowie?
- Moi mili... Wszyscy wiemy, na co zakłada się ten przedmiot, więc jeśli wasz kolega uznał się za to, na co się go wkłada, to pozwólmy mu nadal żyć w tym przekonaniu, że jest... sami wiemy czym - odpowiedział ksiądz, a śmieszek z prezerwatywą spalił buraka.

#idedz

Pracuję w Empiku jako ankieterka, badam opinię klientów na terenie sklepu. Dziennie podchodzę do ok. 200-300 osób, codziennie z tą samą kwestią, którą znam już na pamięć.

Dziś byłam zmęczona bardziej niż zwykle, pod koniec zmiany ledwo wiedziałam, co się dzieje. Sklep powoli się zamyka, zostają ostatni klienci, ja już odmierzam sekundy do wyjścia, ale wciąż brakuje mi jednej ankiety. Nagle moim oczom ukazuje się jakiś facet. Zbieram się w sobie i pędzę. Nie zdążył się nawet poruszyć, gdy doskoczyłam do niego i wyrecytowałam jednym tchem:
- Dzień dobry, jestem ze szkoły języków obcych i badam preferencje językowe klientów Empiku. Zechciałby pan odpowiedzieć mi na kilka pytań?

Koleś nic. Ponawiam próbę.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale to naprawdę krótka ankieta...
Koleś nadal nic. W końcu się poddałam, mruknęłam: "miłego dnia" i skierowałam się w stronę wyjścia. Po drodze coś mi zaświtało. Staję. Odwracam się.
Tak jak myślałam.

Chciałam ankietować... Sherlocka Holmesa.
TEKTUROWEGO. SHERLOCKA. HOLMESA.

#SVq1G

Działo się to w czasach, gdy niezwykle popularne były internetowe fora. Szczególnie upodobałam sobie jedno, dość kameralne. Poznałam tam wiele ciekawych osób, odwiedzaliśmy się nawzajem, robiliśmy zjazdy, ludzie łączyli się w bardziej lub mniej trwałe pary - ogólnie zgrana paczka.

Był tam też chłopak, który bardzo spodobał się mojej forumowej (wtedy też już realnej) koleżance. Zakochała się w nim strasznie, on o tym nie wiedział. Jako że siłą rzeczy też miałam z nim kontakt i chciałam jej pomóc, pewnego razu zaczęłam z nim prywatną rozmowę na temat związków, miłości itp., żeby go jakoś na nią naprowadzić.

On - Chciałbym, żeby ktoś mnie kochał, stworzył ze mną związek, już od dłuższego czasu jestem sam.
Ja - Wiesz, znam taką jedną dziewczynę, której nie jesteś obojętny, ale ona jest zbyt nieśmiała, by wyznać Ci swoje uczucia.
On - Naprawdę? Kto to?
Ja - Rozejrzyj się, ona jest bliżej, niż myślisz. Wystarczy tylko zwrócić uwagę na to, jak do Ciebie pisze. Na pewno się domyślisz.
On - O rany... Nie sądziłem, że taka dziewczyna zwróci na mnie uwagę... Ja też chcę z tobą być!

Niezupełnie o to mi chodziło, ale tym zbiegiem okoliczności zaczął się trwający 2 lata związek, bo zaczął tak o mnie zabiegać, że i ja się zakochałam.
Na szczęście koleżanka wybaczyła.

#cqxwV

Skończył się właśnie karnawał :) Co roku o tej porze wspominam jak w wieku 4 lat byłam na tak zwanym "balu przebierańców". Wiadomo chłopcy przebierają się za bohaterów z kreskówek, a dziewczynki to królewny, królowe, wróżki itd.
Mając 4 lat jak wielu moich rówieśników "sepleniłam". Miałam problem z mówieniem zwłaszcza litery RRRR, oraz zamiast K mówiłam H.

Kiedy wróciłam do domu, w odwiedziny przyjechał nasz wujek Andrzej. Widząc mnie dumnie noszącą sukienkę, zapytał :
- Za kogo byłaś przebrana?
(ja, rezolutnie, pewnie siebie) Odpowiedziałam ]:
- Za Chujową.
Wujek zaskoczony i rozbawiony odpowiedzią, kontynuuje rozmowę:
- A dlaczego nie za króla?
Zirytowana banalnością pytania, odpowiedziałam:
- Bo chuje chodzą w spodniach.

#TPPuP

Jak byłam mała mieszkałam za granicą, a do Polski miałam przyjechać jedynie na wakacje, ale konflikt pomiędzy moimi rodzicami spowodował, że już tutaj zostałam razem z rodzeństwem i posłali nas tu do szkoły.

Przyjechaliśmy do mojego dziadka i wujka, z którym od razu zaczęłam się super dogadywać. Nasze relacje z dnia na dzień się umacniały, często jeździliśmy razem na wycieczki i dużo czasu przebywałam z nim, wujek powiedział mi wprost, że mogę zwracać się do niego "tata", ale nie w obecności kogoś z rodziny. Jako 8-latka nie widziałam w tym nic dziwnego, wręcz cieszyłam się, że ktoś mi zastępuje ojca.

Mama później wyjechała, a ja zostałam sama z nim, rodzeństwem i dziadkami. Od tamtej pory gdy tylko zostawałam z nim albo nikt po prostu nie widział, dotykał mnie po klatce piersiowej, mówiąc jak mi kiedyś urosną piękne piersi. Raz zwabił mnie do swojego pokoju, kazał usiąść mu na kolanach i zaczął grzebać mi w majtkach, mówiąc przy tym bym nikomu nie mówiła o tym, a ja głupia posłuchałam, bo nie wiedziałam, że robi mi krzywdę.

Piąta klasa podstawówki - mamusia przyjechała, ja w końcu przełamałam się, poszłam do niej i powiedziałam, co mi jej brat zrobił. Pamiętam, że strasznie płakała, nie mogła uwierzyć, że jej własny brat mógł zrobić taką krzywdę jej córeczce.

Powiedziała to mojej babci, która jedynie skomentowała słowami "sama do niego lazła".
Jestem już w klasie maturalnej i do tej pory nikt nic z tym nie zrobił, zresztą sama uważam, że jest za późno, by cokolwiek zgłaszać.
A wujek? Ma teraz żonę, dziecko i mieszkają ze mną cały czas w tym jednym domu. Mam z nim styczność na co dzień.
Mało? Jego żona wie o tym, co mi kiedyś zrobił, ale jej to zupełnie nie przeszkadza.
Dodaj anonimowe wyznanie