Byłam wtedy w podstawówce, jedna z ostatnich klas (przed reformą oświaty). W klasie mieliśmy kolegę. Typowy, klasowy playboy, buc, nieszanujący innych, do którego wzdychało 3/4 dziewczyn z mojej klasy i okolicznych. Ja na szczęście zaliczałam się do tej 1/4 nie wzdychających. Niestety moja najlepsza przyjaciółka była po tej drugiej stronie, nawet zaliczyła się do tych "szczęściar", która przez jakiś czas mogła mówić, że jest jego dziewczyną. Niestety, gdy przestała być, z nieznanych mi przyczyn chłopak zaczął jej bardzo dokuczać. Od wyśmiewania, uszczypliwości, złośliwości, dokuczania, do nastawiania przeciwko niej innych.
Przyjaciółka denerwowała się, płakała, nawet nie chciała przychodzić do szkoły. Widząc jej bezradność, było mi bardzo ciężko. Chciałam pokazać koledze, że on nie jest gwiazdą, nie wszyscy go lubią i nie jest miło, jak ktoś robi ci przykrość. Któregoś dnia przyjaciółka stwierdziła, że coś chce zrobić. Na przykład wrzucić mu zgniłe jaja do plecaka. Rezolutnie, na moje naście lat, stwierdziłam, że nie możemy, to mu zniszczy rzeczy, a jak sprawa się wyda, będą szkody materialne i będzie trzeba płacić (tak, od zawsze byłam logiczna). Ale pomysł podrzutki do plecaka nad wyraz mi się spodobał.
Uczyniłyśmy wraz z przyjaciółką pewne zakupy (za niechętnym przyzwoleniem rodziców, bo nie chciałyśmy mieć problemów jak sprawa się rypnie). Nadszedł D-Day. Na długiej przerwie, przed lekcją fizyki lub chemii (nie pamiętam dokładnie), gdy kolega poszedł z resztą na podwórko, a pod salą zostały ze dwie osoby i plecaki walające się pod ścianą, przystąpiłyśmy do akcji.
Przyjaciółka położyła wcześniej swój plecak obok jego plecaka. Zaczęła grzebać w swoim, niby szukając książek, ja przyklękłam obok niej, jednocześnie zasłaniając ją i otwierając delikatnie jego plecak. Przyjaciółka wrzuciła mu zawartość dwóch średnich, okrągłych pojemniczków. Plecaki zostały zamknięte, a my resztę przerwy spędziłyśmy w bibliotece, wypracowując sobie coś na kształt alibi.
Za to na lekcji, na szczęście, siedziałyśmy w ławce za nim i doskonale widziałyśmy jego minę, gdy wkładając na oślep rękę w poszukiwaniu zeszytu, natknął się nią na coś miękkiego i pełzającego. Setka (a może i więcej) robaczków dla wędkarzy zrobiła swoje...
Strat materialnych nie było, nikt nie doszedł do tego kto był sprawcą, chociaż poszukiwania i domysły były (ale nigdy w naszym kierunku - byłam jedną z trójki najlepszych uczniów w szkole, więc jakbym mogła?), a my byłyśmy gotowe przyznać się, gdy tylko oskarżony zostałby ktoś niewinny. Nie chciałyśmy, żeby konkretnie wiedział kto, tylko żeby podejrzewał wszystkich. W konsekwencji zrobił się jakiś milszy dla ogółu...
Teraz jestem ponad rok po ślubie. Na szczęście nie z nim. Narcystycznym bucom mówię stanowcze "nie".
Gdy byłam dwudziestolatką, bardzo zakochałam się (dajmy na to) w Mateuszu. Byliśmy nierozłączni do momentu, aż mój luby znalazł nową, dobrze płatną pracę. Wyjechał z naszego miasta, nie poświęcał mi już tyle czasu co zawsze. Byłam smutna, ale zaczęłam studia i starałam się za wszelką cenę utrzymać nasz związek.
Ponieważ firma, w której pracował, organizowała przyjęcie z okazji jakiegoś super kontraktu, Mateusz poprosił, abym mu towarzyszyła. Od razu się zgodziłam, jak już wspominałam, byłam zakochana po uszy. Jednak nie wszystko poszło tak jakbym chciała, wiele osób na przyjęciu nie mówiło po polsku, a mój angielski był dość słaby, więc prawcie się nie odzywałam. Bałam się, że coś palnę. Widziałam, że Mateusz jest na mnie o to zły.
Następnego ranka usłyszałam od miłości mojego życia, że nie może być z głupią dziewczyną, nie znającą angielskiego, która nie potrafi błyszczeć w towarzystwie i jest szarą myszką. Stwierdził, że przeze mnie nie dostanie upragnionego awansu...
Załamałam się... Długo trwało, aż doszłam do siebie, prawie wyrzucili mnie ze studiów, przytyłam, przestałam o siebie dbać. Mateusz już nawet nie odbierał ode mnie telefonów, zmienił miejsce zamieszkania, a na ulicy udawał, że mnie nie zna.
Gdy dobiłam już do dna, spojrzałam na siebie i zastanawiałam się czym się stałam. Przełamałam swój wstyd i zaczęłam chodzić na siłownię, basen. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Szybko zrzuciłam zbędne kilogramy, a nawet wyglądałam lepiej niż przed przytyciem. Nabrałam pewności siebie. Gdzieś po drodze spotkałam świetnego faceta, długo trwało, zanim mu zaufałam i oddałam serducho, ale było warto.
Dzisiaj mamy wspaniałe dzieci, jestem szczęśliwa, spełniona zawodowo i kochana, a Mateusz? No cóż, spotkałam go niedługo po moim ślubie na... przyjęciu organizowanym z okazji okrągłych urodzin mojego męża, a o dziwo jego szefa...
PS. Dalej nie mówię po angielsku, a Mateusz nigdy nie dostał awansu :)
Było to za czasów, gdy moja młodsza siostra chodziła do przedszkola. W niektóre dni mama wychodziła szybciej do pracy i wtedy to na tacie spoczywał obowiązek porannego "ogarnięcia" najmłodszej latorośli i zaprowadzenia jej do przedszkola.
Jako że tata nigdy wizjonerem sztuk fryzjerskich nie był, mama była dosyć zdziwiona, że tak dobrze radzi sobie z uczesaniem długich włosów mojej siostry. No, ale skoro było dobrze, to nasza rodzicielka nie poruszała tego tematu, ciesząc się, że nie ma z tym problemu.
Do czasu, kiedy okazało się, że każdego dnia, gdy to tata czesał młodą, miała miejsce w przedszkolu taka sytuacja: Siostra wchodziła na salę, dostrzegała ją przedszkolanka, po czym mówiła:
- Ooo... Kasia. Znowu cię tata czesał? Chodź tu, dziecko.
I czesała ją od nowa.
Tata jakoś nigdy nie zwrócił uwagi na to, że córka zawsze wraca z inną fryzurą, niż zrobił jej rano, a mama zorientowała się, że coś jest nie halo dopiero, gdy młoda wróciła do domu z wymyślnym warkoczem i wyjaśniła, że pani przedszkolanka prawie codziennie ją czesze.
Skończyło się na intensywnym kursie robienia kucyka dla taty. :D
Zacznijmy od tego, że mam zaledwie 14 lat. Mimo tak młodego wieku przeszłam wiele. Dziś opowiem wam historię sprzed niespełna miesiąca.
Niedawno umarł mój dziadek. Była to jedna z bliższych mi osób. Mogłam z nim porozmawiać o wszystkim i o wszystkich. To on pierwszy wiedział o moim zauroczeniu w pewnym chłopaku. Był on osobą bardzo pogodną i wesołą. Kiedyś powiedział mi, że chciałby, aby ludzie przyszli na jego pogrzeb ubrani na kolorowo.
Dzień pogrzebu nadszedł. Był to piękny dzień. Nie zapomniałam o tym, co mi powiedział dziadek. Do mojego czarnego płaszcza dobrałam apaszkę, która mieniła się kolorami. W takim stroju dotarłam na cmentarz. Jako jedyna miałam na sobie element kolorystyczny, chociaż dziadek wyraźnie oznajmił w swoim testamencie, aby każdy miał jakiś kolor.
Po złożeniu dziadka do grobu, podeszła do mnie sąsiadka, która powiedziała:
- Widzę, że nie szanujesz dziadka. Rozumiem, masz dopiero 14 lat, ale to powinnaś wiedzieć, że w żałobie należy być ubranym na czarno.
Nie skomentowałam tego. Odwróciłam się na pięcie i powoli opuściłam cmentarz. Moim zdaniem tylko ja tak naprawdę uszanowałam dziadka. Inni nie potrafili wysłuchać jego ostatniej woli.
Niezależnie od tego gdzie jesteś, dziadku, liczę na to, że masz tam ludzi, którzy cię szanują.
Moja kuzynka zawsze miała słabą głowę...
Pech chciał, że gdy miałyśmy po 4 latka, nasi rodzice pomieszali kieliszki podczas sylwestra. Tym sposobem ja oraz mój dziadek dostaliśmy Piccolo, a reszta rodziny, w tym moja kuzynka - normalnego szampana. Zaprawiony w wódeczkowym boju dziadek nie zorientował się nawet, co pije - każda "perfuma" była dla niego, już z założenia, słaba.
Po radosnym wychyleniu zawartości swojego kieliszka, moja kuzynka wdrapała się na zastawiony suto stół i, balansując pomiędzy śledzikiem i sernikiem, opowiedziała ten sam żart dziesięć razy z rzędu, za każdym razem śmiejąc się szaleńczo do osłupiałej rodzinki. Po wszystkim wczołgała się pod stół i zasnęła.
Teraz obydwie mamy już po 20 lat. Tydzień temu zabrałam ją na imprezę, poczęstowałam kilkoma kieliszkami wina. Zgadnijcie, kto stepował między zakąskami, śpiewając "Biełyje rozy".
Ta historia miała miejsce 5 lat temu. Byłem z dziewczyną w restauracji. Zamówiliśmy ciastka. Gdy je jedliśmy, moja dziewczyna zrobiła dziwną minę i po chwili wyjęła coś z ust. To był pierścionek. Ona szczęśliwa, rozpłakała się i krzyczy TAK! Ale ja nie mam pojęcia o co chodzi. Ludzie zaczęli bić brawo i patrzyli na mnie ze zdziwieniem dlaczego nie klękam i nie wkładam jej pierścionka.
W końcu zaskoczony całą sytuacją, zrobiłem to.
Okazało się potem, że obsługa restauracji pomyliła zamówienia i to ciastko z pierścionkiem miało być dla dziewczyny, która siedziała ze swoim chłopakiem parę stolików dalej.
Przeczytałam właśnie wyznanie o tym, jak klient w sklepie płacił w pięciogroszówkach. Miałam kiedyś podobny przypadek.
Pracowałam w banku. Przyszedł klient i chciał zapłacić ratę kredytu. Podałam mu kwotę, a ten położył mi na biurku karton. W środku były pieniądze - mnóstwo 10 gr, 20 gr, kilka 50 gr i może ze trzy 1 zł.
Klient wpłacał 800 zł. Nie, nie miałam liczarki do bilonu. Miły pan spędził u nas ponad dwie godziny.
Przed napisaniem tej historii muszę napisać, że mam ok. 7-8 kilogramów nadwagi - nie wiem ile, w każdym razie jestem grubszy, ale nie jest tragicznie.
Jadę wczoraj na rowerze po jedzenie. Chłodno, wiec ubrałem kurtkę, która jest ciepła itd., lecz sprawia, że wyglądam na jeszcze większego.
Ale powróćmy do tematu - jadę sobie, wiatr we włosach i burczenie w brzuchu. Skupiam się na drodze, gdy nagle słyszę za sobą dziecięcy głosik:
- HA, HA, ALE GRUBAS!
Odwracam się i widzę typowego Sebka w wersji mini - 10-11 lat, niski, głupi wyraz twarzy, który pokazuje, że jeżeli z nim zadrzesz, to nic ci nie grozi.
Chłopak uśmiechnięty, patrzy się na mnie wyzywająco, już otwiera usta...
BAM!
Wywalił się na prostej drodze, na gładkim chodniku.
Zatrzymałem się, idę w jego stronę, a ten jak nie zacznie krzyczeć, że mam nie podchodzić, bo jestem czarnoksiężnikiem i rzuciłem na niego czar, przez co upadł.
No i nie pomogłem :)
Ogólnie mam szacunek do starszych kobiet, ustępuję im miejsca w autobusie, pomogę, jeśli trzeba, zanieść zakupy do domu. Jakoś tak mnie wychowano. Ale ostatnio...
Jestem z Warszawy, ale jakoś tak się stało, że z powodu rozwodu moich rodziców i ich wiecznych kłótni zmieniłam miasto i wylądowałam w gdyńskiej trójce.
Palę papierosy. Wiem, że to zły nawyk, ale nie będę się tłumaczyć.
Sytuacja zdarzyła się w miejskim autobusie. Rano zaspałam i wkurzona, że spóźnię się do szkoły siedziałam w pełnym autobusie i poszukiwałam w torbie jakichś notatek na lekcje. Byłam nieogarnięta, nieumalowana i ogólnie niewyspana, kułam do nocy. Coś wyrwało mnie z amoku i zauważyłam, że obok mnie stoi starsza kobieta.
Naprawdę chciałam wstać i puścić ją na to miejsce, ale rękaw swetra zaciął mi się w zamku od bocznej kieszeni i zanim udało mi się go uwolnić, to trochę czasu minęło. Już, już chciałam wstawać, gdy słyszę nad sobą głos kobiety:
- (...) ubrana jak ladacznica i wymalowana jak na jakąś potańcówkę (...)
(Dodam, że miałam na sobie znoszony sweter i leginsy, a na twarzy tylko korektor pod oczy i tusz do rzęs)
Zrobiło mi się przykro, ale i tak chciałam ją puścić na swoje miejsce, gdy nagle moja torba zniknęła z moich kolan i wylądowała na ziemi. Zdziwiona na początku nie zajarzyłam, że to ta kobieta pociągnęła rączkę mojej torby laską. Cała zawartość się z niej wysypała, a i przy okazji papierosy wylądowały na ziemi. Kobieta w ryk, ja w ryk. Naprawdę mało brakowało, abym tej kobiecie coś zrobiła, bo zaczęła mnie wyzywać. Zrobiła mi pogadankę, że truję się papierosami, że umrę prędzej niż ona. Że na pewno jestem taka i taka. Nagle odezwał się starszy pan, który siedział tuż obok mnie, przy oknie. Zwrócił się prosto do mnie, nie do tej kobiety.
- Siedź, dziecko, i nie przejmuj się moją żoną. Ona tak ma, jest chamska, ale to dobra kobieta. A nogi ma jak nastolatka, ostatnio sam widziałem, jak biegła na mszę, bo zaspała.
Nie muszę chyba opisywać miny swojej i połowy autobusu. Gdy z niego wyszłam, popłakałam się ze śmiechu.
Mam na imię Ola i mam 8 lat młodszą siostrę Idę, która za dzieciaka miała swój charakterek. Obie już jesteśmy dorosłe, a rzecz się działa, gdy młoda była kilkuletnim berbeciem. Mówiła już dobrze, ale jeszcze nie umiała pisać.
Jakiś czas przed świętami Bożego Narodzenia, mama wzięła młodą na kolano - miały pisać list do Świętego Mikołaja. Ida dyktowała, a mama pisała. Rodzicielka była coraz bardziej przerażona, gdy jej malutka córeczka wymieniała kolejne lalki, misie, gry, zabawki. W pewnym momencie mama powiedziała basta i rozpoczęła z malutką córeczką rozmowę o tym, co jest ważne, o biednych dzieciach, które nie mogą sobie pozwolić na zabawki. Pierwsza poważna rozmowa w życiu mojej siostry.
Ida poszła do swojego pokoju i po dłuższej chwili spędzonej na przemyśleniach, wróciła do mamy i poprosiła ją o napisanie nowego listu. Zaczęła dyktować, że chciałaby, aby Mikołaj przekazał biednym dzieciom wszystkie zabawki, które miał przeznaczone dla niej. Ida dyktowała dalej - "Święty Mikołaju, zamiast zabawek proszę o zdrowie dla mojej mamusi, tatusia, siostrzyczki. Abyśmy się nie kłócili i byli szczęśliwi". Po podyktowaniu długiego listu, gdy mama już była z niej dumna, młoda powiedziała: "I podpisz - Ola".
Dodaj anonimowe wyznanie