#xUSsz

Pracuję w przedszkolu, które czasami przyjmuje studentów na praktyki czy lekcje podglądowe. Dzisiaj też przyszło kilka dziewczyn. Jedna od początku niekorzystnie się wyróżniała - ubrana na czarno, w skórzanej kurtce, z dość wyzywającym makijażem i - co najgorsze - z obrożą na szyi. Nie odpowiedziała na "dzień dobry", siedziała obojętnie na ławce, czekając na przydzielenie do którejś z grup.

Pełna złych przeczuć patrzyłam, jak studentki rozchodzą się do poszczególnych sal, zabrałam ze sobą dwie z nich, w tym tę niesympatyczną. Szła na końcu, sprawiając wrażenie całkowicie odłączonej od otoczenia. Dzieci patrzyły na nią nieufnie, wyraźnie nie wiedząc, czego się spodziewać. Zaczęłam zajęcia.

W miarę upływu czasu z rosnącym zdumieniem patrzyłam, jak "porządna" studentka siedzi jak słup soli, owszem, robiąc coś, jeśli zachodzi taka potrzeba, ale uparcie unikając wszelkich interakcji.

Tymczasem gotka już po półgodzinie złapała świetny kontakt z maluchami, rysując, bawiąc się klockami, a na koniec pół godziny cierpliwie bujając jedną z dziewczynek na huśtawce. Widziałam, jak jej zacięta i ponura twarz rozpromienia się w pięknym uśmiechu, kiedy jeden z chłopców daje jej rysunek lub trzy razy mniejsza od niej dziewczynka wreszcie ustawia klocki w prawidłowej kolejności. Widziałam, jak cierpliwie tłumaczy, jak należy założyć spodenki i kurteczkę przed wyjściem na dwór. Dopuszczam możliwość, że była to najbardziej zaangażowana dziewczyna, jaką gościliśmy od kilku miesięcy.

Morał? Nie ma morału. Może tylko taki, że chciałabym, żeby za kilka lat moje dzieciaki trafiły na takich opiekunów jak ta pozornie nieprzyjemna dziewczyna - mimo jej makijażu i nieadekwatnego stroju.

#Vczkm

Było lato, miałem około 12 lat. Ciocia i wujek organizowali przyjęcie z okazji 25 rocznicy ślubu, dla bliskich, w formie mini wesela (około 50 osób). Oczywiście razem z rodzicami zostałem zaproszony.
Jako że nie przepadałem za takimi zabawami (ciotki wiecznie wołające do tańca, wieczne śmiechy nie wiadomo czy ze mnie, czy z czegoś innego, itp., itd.) zacząłem myśleć nad tym co zrobić, żeby jednak na tę imprezę nie iść.

Kilka razy udało mi się mamę nabrać na ból brzucha, złe samopoczucie i nie szedłem do szkoły, ale to wydawało mi się za słabe.

Wydawało mi się, że wpadłem na genialny pomysł - symulacja skręconej kostki.
Na podwórku mamy oczko wodne, przy którym w ciepłe dni rodzice lubią sobie odpoczywać na leżakach. Jest też kilka drzew, więc plan był prosty. Wejdę na drzewo, niby w celu zerwania owoców, a podczas zeskoku z niego zaprezentuję swój pseudo talent aktorski, upadając na ziemię i zwijając się z bólu, trzymając za kostkę.

Niestety, jedyne co pamiętam, to próba zeskoku z drzewa. Obudziłem się w szpitalu. Miałem nogę w gipsie, a na głowie bandaż. Co się okazało - podczas zeskoku z drzewa noga zaklinowała mi się między gałęziami, a ja poleciałem na głowę.
Diagnoza - skręcona kostka i wstrząśnienie mózgu. Jakby tego było mało, to dowiedziałem się, że rodzice nie pojechali w ogóle na to przyjęcie, a część rodziny postanowiła odwiedzić mnie dzień po imprezie.

Minęło 10 lat. Niby po czasie człowiek zaczyna się śmiać ze swoich głupot z młodości, ale mi do tej pory jest strasznie głupio, jak o tym pomyślę :/

#RDSoD

Od pół roku jestem w związku z pewnym kochanym Anglikiem.
Wie, że jestem patriotką, a swój język i kraj kocham szczerze, więc zarówno dla mnie, jak i dla własnej edukacji stara się podłapać jak najwięcej. Tak więc po kilku miesiącach stał się wielkim fanem pierogów, rosołu i kotletów. W święta pierwszy raz dzielił się opłatkiem przy wigilijnym stole, a w sylwestra tańczył do discopolo. To gwoli wstępu :)

Przed Wielkanocą byliśmy w jednym z polskich sklepów. Jak wiadomo sezon przedświąteczny, więc przy kasie stał wazon wypełniony po brzegi palmami. Zaczęłam je oglądać, a gdy tylko mój luby to zauważył, nawiązał się dialog.
- Co to?
- Palmy. Taki świąteczny symbol, potem ci wyjaśnię.
- Chcesz taką?
- Nie, no co ty, jeszcze czas.
- Ale ja chcę ci kupić tego kwiatka!

Po wyjściu ze sklepu przygląda się z konsternacją palmie w mojej dłoni i wypala
"A długo toto żyje? Bo trochę suche się wydaje, musimy to szybko podlać".
Całą drogę do domu próbowałam się przestać śmiać. ;)

#SEfFw

Pracuję w bardzo prestiżowym miejscu, a mianowicie w sklepie monopolowym. Warto zaznaczyć, iż przed sklepem mam duży parking, który jest dosyć stromy, na dole znajduje się ruchliwa ulica. W związku z tym, że nigdy nie zabraknie chętnych na napój bogów, który pozwala odlecieć do krainy wiecznej szczęśliwości, do sklepu kilka razy w tygodniu przychodzą dostawy świeżego piwerka, krystalicznie czystej czystej i winka.

Zwykle po takiej dostawie jest dużo pustych kartonów, które trzeba skompresować i wrzucić do wielkiego kontenera na kółkach, znajdującego się na szczycie parkingu. A co zrobić, jeśli kartony już się tam nie mieszczą? Należy wskoczyć do owego kontenera, poskakać trochę i ugnieść kartony, a na górę wsypać nową warstwę.
 
Pewnego dnia padło na mnie. Wspięłam się na kosz, podskakiwałam radośnie... Aż nagle poczułam, że kosz zaczyna powoli przesuwać się ku dołowi. Tak, faceci od śmieciarki nie zablokowali jednego z kółek! Sunęłam sobie radośnie ku ulicy, nie mogąc w ogóle złapać równowagi... Wtem nagle pojawił się on! Mój szef, który widział całe zdarzenia na kamerach, podbiegł i zmienił trajektorię kontenera ze śmieciową zawartością (w tym ze mną), tak aby delikatnie uderzył on i zatrzymał się na murku. Nie, nie zapytał, czy nic mi się nie stało. Żałował, że nie nagrał filmu na YouTube... Nazywałby się chyba: historyczny drift w koszu na śmieci!

#CV3WQ

4 lata temu wybrałam się na SMAP. Są to kilkudniowe rekolekcje dla młodzieży przed Wielkanocą.
Mieszkaliśmy kilka kilometrów od kościoła, więc musieliśmy dojeżdżać. Było tak dużo młodzieży, że czasem wracaliśmy trzecim kursem.
Byłam bardzo zmęczona, więc poprosiłam kolegę, żeby zajął miejsce w autobusie, a ja usiądę mu na kolanach. Zgodził się i przepchał się przez bandę "młodych moherów".
Wsiadam do autobusu, widzę, że kolega zajął miejsce. Zmierzam do miejsca, widzę kolor spodni mojego kumpla, więc usiadłam i na lajcie rozmawiam z koleżankami.
W pewnym momencie się odwróciłam i zauważyłam mojego kumpla, ale obok...
Bałam się spojrzeć, komu usiadłam na kolanach. Wtedy zobaczyłam blondyna o piwnych oczach patrzącego na mnie jak kot ze Shreka. Szybko się zerwałam i zaczęłam przepraszać, ale ciężko mi to szło, bo nie mogłam powstrzymać śmiechu ze swojej głupoty. Jednak chłopak okazał się być bardzo miły i się zapoznaliśmy.

Nie, nie jesteśmy razem, bo mieszkamy za daleko i coś nam nie wyszło, ale byliśmy razem na studniówce :')

#NdhVc

Miałam może 5 lat.
Będąc z rodzicami na spacerze, tato stwierdził, że musi na chwilkę w krzaczek.
Zauważyłam, że sika... na stojąco ! Kompletnie mnie to zdziwiło, przecież ja z mamusią kucamy, a tata stoi.
Cały czas siedziało mi to w głowie. I dochodziłam do wniosku, że to zdecydowanie łatwiejszy i wygodniejszy sposób, a nie tak jak mama pokazała.
Dlatego, po powrocie ze spaceru, powiedziałam rodzicom, że muszę pilnie na stronę i schowałam się za dom.
Rodzice lekko zdziwieni, przecież jesteśmy w domu, mogę normalnie skorzystać z kibelka.
Ojciec poszedł sprawdzić, co tak naprawdę kombinuję.
Jego oczom ukazał się widok córki z podwiniętą kiecką do góry i sikającą na stojąco.
Usłyszałam tylko "Matka! Od dziś nie masz już córy, jest Piotruś".

#deH7q

Swojego pierwszego poważnego chłopaka poznałam przez internet. Dowcipny, inteligentny, przystojny. Problem leżał w tym, że mieszkał 200 km ode mnie, ja miałam 16 lat, a on 24. Wspomnę tylko: moi rodzice w pełni go zaakceptowali, taki był czarujący. Co prawda kilka razy w miesiącu przyjeżdżał, lecz jak wiadomo związek na odległość to trudna sprawa. Wtem mój luby wymyślił, żeby "umocnić" nasz związek, powinniśmy zacząć współżyć. Gdy odmówiłam, stwierdził, że go nie kocham.

Tak. Wpadłam w tę samą pułapkę, co miliony młodych dziewczyn. Niestety.

Co prawda przez chwilę było lepiej. Chciałam poznać jego rodziców, w końcu on znał prawie całą moją rodzinę. Zdecydowana zadzwoniłam do niego, lecz ten odparł, iż jego mama (tak, MAMA) ma obiekcje co do nas, bo JA jestem za młoda. I że zrywa ze mną. Zrozpaczona siedziałam w domu przez kilka dni, nie chodziłam do szkoły, praktycznie nie wychodziłam z pokoju.
Po dwóch tygodniach zaczęłam się niepokoić. Spóźniał mi się okres. Po zrobieniu testu okazało się, że jestem w ciąży. Zadzwoniłam do mego byłego. To, co usłyszałam, było straszne. "Puściłaś się", "Jesteś zwykłą dziwką", "Nie wrobisz mnie w bachora".
Nie powiedziałam nic rodzicom. Starałam się utrzymać to w sekrecie póki mogłam. Nie chciałam go usuwać, zdecydowałam się urodzić.
Pewnego dnia, gdy wracałam do domu (była zima, a ja w drugim miesiącu ciąży), poślizgnęłam się i zjechałam z dość wysokich schodów. Niesamowicie bolał mnie brzuch. Zadzwoniłam po przyjaciółkę i razem ze swoim ojcem zawiozła mnie do ginekologa. Poroniłam.

Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że moja rodzina do dzisiaj nic o tym nie wie. Od tamtego czasu minęło prawie 5 lat. Od prawie 3 lat mam chłopaka, któremu opowiedziałam swoją historię. Jesteśmy szczęśliwi, lecz moja rodzina wychwala mego byłego i krytykuje na każdym kroku tego, z którym jestem (oczywiście nie przy nim). Dlatego gdy miałam 18 lat wyprowadziłam się. Niedawno postanowiliśmy starać się o dziecko. Poszłam na rutynowe badania ginekologiczne. Okazuje się, że jestem bezpłodna. Chciałam odejść od mojego chłopaka, wiem, że bardzo pragnie mieć rodzinę. Chciałam mu dać szansę na normalne życie.
Gdy to powiedziałam, przytulił mnie mocno. Odparł, że nigdy nie pozwoliłby mi odejść z takiego powodu. Za bardzo mnie kocha, aby obwiniać, i nigdy mnie nie opuści.
Czasami można odnaleźć szczęście w nieszczęściu.

#vT4m5

Mając 9 lat, trafiłam do szpitala. W sali obok leżał chłopiec w moim wieku, często do mnie przychodził i razem się bawiliśmy. Niestety nie pamiętam jego imienia ani nazwiska. Zostały mi po nim tylko dwa wspólne zdjęcia zrobione przez moją mamę.

8 lat później rodzice postanowili zrobić remont mieszkania. Wynajęli do tego pewnego miłego pana oraz jego syna, załóżmy Bartka. W tym czasie my mieszkaliśmy u cioci. Ja jako zakręcona nastolatka często przychodziłam do mieszkania, bo co rusz okazywało się, że czegoś zapominałam. I tak wdawałam się w rozmowy z panami podczas ich pracy. Od początku Bartek wydawał mi się znajomy, ale nie umiałam skojarzyć skąd go znam. W końcu jednak zapaliła się żaróweczka i przypomniałam sobie o moim koledze ze szpitala. Tak, to musiał być on! Uradowana podzieliłam się ze swoim odkryciem z Bartkiem, jednak okazało się, że jest on ode mnie dwa lata starszy i nigdy nie był w szpitalu.
Nie dawało mi to jednak spokoju, więc przekopałam specjalnie pudła ze zdjęciami i znalazłam te ze szpitala. Pokazałam je Bartkowi, porównaliśmy je z jego zdjęciami z dzieciństwa i szok. Chłopak ze szpitala i on – podobni jak dwie krople wody. Śmialiśmy się, że chłopak najwidoczniej ma sobowtóra.

Jakieś 3 lata później, byłam już na studiach, zadzwoniła do mnie mama. Okazało się, że Bartek chciał się ze mną skontaktować i przyszedł do naszego mieszkania. Zdziwiłam się, bo z chłopakiem nie utrzymywałam żadnego kontaktu, nie miałam pojęcia w jakim celu chce się ze mną spotkać. Jednak ciekawość zwyciężyła i umówiliśmy się na spotkanie.

Bartek opowiedział mi, że okazał się być adoptowany. Postanowił odnaleźć swoich biologicznych rodziców i udało mu się. Byli oni alkoholikami i nie chcieli z nim rozmawiać. Jednak dzięki temu poznał swoją starszą siostrę. Ta opowiedziała mu historię ich rodziny. Wtedy dowiedział się również, że oprócz niego ich rodzice oddali do adopcji dwa lata młodszego od niego chłopca. Nie ma pewności, czy chłopczyk ze szpitala jest jego młodszym bratem, jednak podobieństwo było tak uderzające, że nie mieliśmy wątpliwości. Bartek poprosił mnie o spotkanie, gdyż razem z siostrą chcieli mieć chociaż jedno zdjęcie ich brata.

Oboje mają nadzieję, że ich młodszy brat spróbuje odnaleźć swoją biologiczną rodzinę.
Z siostrą Bartek utrzymuje kontakt po dzień dzisiejszy. Właściwie wkupiła się w łaski jego rodziny. Ze swoimi biologicznymi rodzicami oboje nie utrzymują kontaktu, gdyż tamci chcą zacieśniać więzi niestety tylko z alkoholem. Zostali zaproszeni na wesele Bartka, lecz się na nim nie pojawili.

Dla mnie jest to wciąż niepojęte, jak mały okazuje się ten świat i że brałam mały udział w historii rodem z amerykańskiego filmu.
Niektórzy pewnie czekają na romantyczne zakończenie np. wesele było moje i Bartka, ale zasmucę was. Było jego i mojej siostry :D

#Dt8jY

Kiedy byłam młodsza dostałam od babci dużego i białego misia. Od razu go pokochałam.

Lata mijały, a ja nadal uwielbiała tego pluszaka. Pewnego dnia zabrałam go na podwórko. Bawiłyśmy się z koleżankami w spokoju, aż nagle wpadł na mnie jakiś chłopiec. Przewróciłam się i wylądowałam w błocie, a on pobiegł dalej za kolegami jakby nigdy nic. Nie przejmowałam się nową sukienką czy bucikami, ale moją ukochaną maskotką. Wściekłam się, złapałam misia pod pachę i zaczęłam go gonić. Po paru minutach był już bez dwóch mleczaków. Dumna z siebie wróciłam do domu.
Następnego dnia chłopiec przyszedł do mnie, wręczył kwiatka oraz czekoladę i przeprosił.

Tak właśnie poznałam mojego narzeczonego.

#2vufP

Jestem nauczycielką języka angielskiego. Mam 30 lat, a pracuję w zawodzie od 6 lat. Popołudniami dorabiam prowadząc zajęcia w prywatnej szkole i uczę rożne grupy wiekowe, począwszy od 4-5 latkow do maturzystów. Mieszkam w średniej wielkości mieście - około 100 tys. mieszkańców. Wychodząc gdziekolwiek zawsze liczę się z tym, że mogę spotkać gdzieś swoich uczniów lub ich rodziców.

Jakieś dwa - trzy lata temu wyszłam ze znajomymi na miasto, trochę pochodziliśmy po barach, a potem wylądowaliśmy na dyskotece. W naszym niewielkim mieście są tylko trzy kluby z muzyką. Bawiłam się ze znajomym świetnie, wytańczyłam się, itp. Ogólnie super wypad.

 W poniedziałkowe popołudnie szykowałam się do zajęć z moją najmłodszą grupą, gdy podszedł do mnie jeden z podopiecznych i zagadał:
- A proszę pani, a mój tata z wujkiem mówili, że widzieli panią w sobotę na dyskotece.
- Bardzo możliwe, Kacperku - odpowiedziałam z uśmiechem.
- No ale po co pani przynosi na dyskotekę owoce?
Popatrzyłam na Kacperka nieco zdezorientowana, nie wiedząc za bardzo, o co mu chodzi...
- No bo mówili, że ma pani fajne melony.

Do tej pory nie mogę się powstrzymać od uśmiechu, kiedy tata odbiera Kacperka, nieświadomy jak synek go wygadał.
Dodaj anonimowe wyznanie