#4428e

Zdarzyło się to parę dobrych lat temu, podczas mroźnej zimy. W naszym domu od kilku miesięcy mieszkał sobie dorastający - a co za tym idzie - niesamowicie żywy owczarek niemiecki, co jest kluczowe dla tej historii.

Mama poprosiła mnie, bym przeszła się do skrzynki w celu sprawdzenia, czy nie przyszła do niej jakaś ważna paczka i przy okazji wzięła psa na spacer. Ubrałam ciepłe buty i kurtkę, psu nałożyłam smycz i poszłam. Dopóki nie wyszłam nie ulicę, wszystko przebiegało całkiem dobrze - zwierzak był uradowany śniegiem, próbował się w nim tarzać, biegał z kąta w kąt (dopiero uczył się chodzić na smyczy i średnio mu się to podobało), ale ja, stojąc na śniegu, miałam nad nim pełną kontrolę. Dopiero z chwilą wyjścia na ulicę dostrzegłam, że jest mi jakoś za ślisko pod stopami, ale zanim dotarło do mnie, czym się to może skończyć, to już się działo.

Zwierzakowi oblodzona ulica spodobała się na tyle, że zaczął po niej szaleńczo biegać, co skutkowało tym, że straciłam równowagę i przewróciłam się, ale on ani myślał się zatrzymać. Skończyło się na tym, że przez następne 500 metrów pies ciągnął mnie za sobą, leżącą na brzuchu i wrzeszczącą, żeby ten się zatrzymał, radośnie szczekając. Jakaś starsza pani akurat wychodziła z kościoła i kiedy nas tak zobaczyła, tyko się przeżegnała.
A mama nie mogła pojąć, jak można tak ubrudzić kurtkę.

#YCz0A

Kiedy miałam około dwóch lat, nauczyłam się bardzo płynnie mówić. Mama, jak to mama - tryskała z dumy i lubiła się tym chwalić gościom, których u nas w domu nigdy nie brakowało. Może dlatego też byłam dość odważnym dzieckiem co do kontaktu z ludźmi.

Pewnego dnia odwiedziła nas siostra mojego dziadka i mama rozpoczęła swoje show pod tytułem "takie mam zdolne dziecko". Zawołała mnie do kuchni i poprosiła słodkim głosem "Kochanie, pokaż cioci, jak pięknie potrafisz mówić!". Ja jako bystre dziecko wyczułam podstęp i na złość rodzicielce zaczęłam gaworzyć i udawać, że nie potrafię mówić w jakimkolwiek stopniu.

Po paru próbach mamę już po prostu roznosiło i uniesionym tonem powiedziała, że jak jestem taka niegrzeczna, to mam iść do taty do pokoju. Na co ja oburzona popatrzyłam na nią i powiedziałam najwyraźniej jak potrafiłam "Pocałuj mnie w dupę" i wyszłam.

#QmfzH

Całkiem niedawno jedna z nauczycielek zaczęła nas po kolei brać do tablicy. Wzięła jednego z uczniów, który ma wielkie poczucie humoru i jak to facet w wieku 18 lat, najczęściej rozmawia na tematy związane z seksem.
Uważa również, że ma bardzo dużego penisa, nie skrywa się z tym - śmiem przypuszczać, że wie o tym każdy w klasie.

Wracając do lekcji, pani kazała mu coś tam pisać i przy okazji zadawała mu różne pytania związane z tematem. Niestety kolega nie umiał. Babeczce opadły ręce i do niego z tekstem:
- Wiesz co, Maciek? Masz pałę jak stąd do Warszawy!

Kolega podziękował jej za komplement.

#vgZsU

Mój brat na lekcji WF-u w gimnazjum miał bardzo kompetentnego nauczyciela.

Klasa ustawiła się do skoku przez kozła. Każdy miał oddać kilka skoków, ale bratu tak się to spodobało, że wepchnął się przed kimś, kto nie chciał skakać.
Kiedy był już w locie, nauczyciel złapał go za rękę i RZUCIŁ NIM O ZIEMIĘ, krzycząc, że to nie jest jego kolej i co on sobie wyobraża. Brat upadł na rękę, która zaczęła go boleć.

Na następnej lekcji nie był już w stanie trzymać długopisu, za co też dostał ochrzan, że co on sobie myśli, że jak ma zrobione zadanie, to nie jest lepszy od reszty klasy i ma sam robić (książka była po mnie i były tam moje notatki).
Wytłumaczył nauczycielce co się stało, ale mu nie uwierzyła.

Jak już zrozumiał, że ręka nie jest po prostu stłuczona, poszedł do lekarza. Lekarz usztywnił na szybko i kazał jechać do szpitala.

4 godziny siedzieli z mamą w poczekalni, aż ich wpuścili na prześwietlenie. Ręka złamana.

Kiedy na następnej lekcji WF-u powiedział nauczycielowi skąd się wzięło złamanie, nie uwierzył mu. Cała klasa potwierdziła. Im też nie uwierzył.
Nikt ze szkoły w to nie uwierzył.

#qIZ9E

Mieszkałam wraz z rodzicami i starszym bratem w domu na obrzeżach miasta, zawsze latem tatuś rozstawiał mi za domem basen, bym mogła zażywać kąpieli w te nieznośnie upalne dni. Historia ma miejsce gdy miałam około 12-13 lat i rodzice w swym wielkim zaufaniu postanowili zostawić mnie samą na noc i gdzieś razem wyjść.

Grzecznie bawiłam się w salonie, przez otwarte drzwi prowadzące na taras wlatywał przyjemny letni wietrzyk. Po obejrzeniu ulubionego serialu naszła mnie ochota na kąpiel. Jak siedziałam, tak wstałam i wyszłam popływać. Po chwili zabawy zauważyłam, że niepotrzebny materiał strasznie utrudnia mi ruchy, więc pozbyłam się zbędnych rzeczy, a co się będę ograniczać, pływałam sobie jak mnie mama urodziła ;)

Zabawa trwa w najlepsze, aż szkoda wychodzić, aż tu nagle przeokropna rzecz się stała, słyszę, że ktoś wjeżdża na podwórko. Rodzice! pomyślałam i biegiem do domu. Co się stanie jak wejdą i zobaczą, że mnie nie ma. Wygramoliłam się z basenu i biegiem do domu, wbiegłam tylnymi drzwiami, a z naprzeciwka od frontu właśnie wszedł mój brat ze znajomymi, korzystając z okazji, że nie ma rodziców zaprosił na noc kilku znajomych.
Nie wiem, kto był bardziej zdziwiony. Ja, naga i mokra, wydałam z siebie przeraźliwy pisk i rzuciłam się do ucieczki, pech chciał, że na mojej drodze pojawiła się niespodziewana przeszkoda w postaci ściany, więc ogłuszona po uderzeniu cała zapłakana leżę na podłodze. Zdołałam się tylko wczołgać pod kanapę i przeczekać tam do momentu, gdy znajomi brata zniknęli z pola widzenia.
Z bratem nigdy nie wspominaliśmy tego incydentu, a do tej pory gdy go odwiedzają koledzy jest mi cholernie wstyd, choć minęło już kilka dobrych lat.

#i8kGG

Długo zastanawiałam się, czy opisać tę historię na anonimowych, ale odważyłam się, choćby dlatego, żeby wyrzucić to z siebie, bo nie rozmawiałam o tym z nikim...

Pewnego dnia, kiedy miałam 6 lat, przyszedł do mnie brat z propozycją pozbierania puszek na sprzedaż, gdyż zbierał na upragniony motocykl. Jako zawsze pomocna siostrzyczka postanowiłam mu pomóc. Zbieraliśmy je kilka godzin i gdy już mieliśmy kończyć, postanowiliśmy zajrzeć jeszcze do stodoły, w której mogło ich kilka być. Nie znaleźliśmy tam puszek... znaleźliśmy naszego Tatę, który nie żył... Nikt nie wiedział dlaczego to zrobił... dlaczego zostawił żonę i 4 kochających go dzieci... nie zostawił żadnego listu, żadnego pożegnania, nic...

Dzisiaj mija 15 rocznica jego śmierci, a ja cały czas za nim tęsknię i nie potrafię zrozumieć dlaczego...

#dLymw

Była to sobota. Do moich domowych obowiązków należało między innymi mycie podłogi w całym domu raz w tygodniu.
Skończyłam właśnie zamiatać, no i biorę się za mopa. W domu cisza, spokój, tylko tata był, ale spał w drugim pokoju. Umyłam już połowę, gdy nagle poślizgnęłam się na mokrej części i jak długa wyłożyłam na podłodze. Trochę hałasu narobiłam, czym obudziłam śpiącego tatę. Przeciągając się, wychodzi z pokoju, patrzy na mnie i nagle słyszę:
- A ty co tak leżysz? Do roboty.

Kochany tatuś.

#1cCYc

Seria historii o dresach przypomniała mi pewne wydarzenie. Kilka lat temu wracałam autobusem do miasta, w którym studiowałam. Jako że to jakieś 500 km, podróż trwała całą noc. Wysiadam bladym świtem z autobusu, znaczy, wysiadamy - ja, moja walizka zwana przez rodzinę pieszczotliwie kolubryną ;), torba, torba z laptopem, torebka. Trochę sporo, ale że w takich sytuacjach nie cackam się ze sobą, więc zarzucam to wszystko na siebie i marsz na przystanek.

Problem w tym, że przystanek po drugiej stronie ulicy, gdzie można dostać się tylko przejściem podziemnym, do którego nie ma windy ani ruchomych schodów, a jak szybko stało się jasne, miał być jakiś mecz piłki nożnej i w okolicach dworca roiło się od panów kibiców, których po wyposażeniu i słownictwie określiłabym raczej mianem kiboli. Wersja dresów z szalikami itd. Nieco zalękniona, mimo obecności sporej liczby policjantów, lawiruję między grupkami facetów, dochodzę do schodów i próbuję zleźć na dół. I wszystko było wspaniale, dopóki jednemu z panów nie przejechałam walizką po nodze. Ja już przestraszona, nie wiem, czy próbować przeprosić czy jakoś zwiewać z tymi wszystkimi bagażami (jako że od panów dochodziły "przyśpiewki", których raczej nie przytoczyłoby się dzieciom), kiedy nagle moje rozterki przerwał jeden z towarzyszy przejechanego.
- Sebek, a co ty tak stoisz, bierz pani tę walizkę i zanieś. Zaniesiemy pani, nie?
 
Ja coś tam wymamrotałam, chcąc się ulotnić, zanim zmienią zdanie i zamiast w domu skończę w szpitalu, ale panowie mamrotanie chyba wzięli za potwierdzenie, bo zabrali walizkę, pościągali ze mnie, co się dało i znieśli.
- Da se pani radę dalej?
Pokiwałam gorliwie głową, a w odpowiedzi na nieco sceptyczne miny mruknęłam coś, że tu zaraz przystanek, i tak, spokojnie, dojdę, tylkojużsobieidźcieinieróbciemikrzywdydobrze, bla bla bla.

- Jak na przystanek, znowu po schodach i znowu kogoś pani, he he, rozjedzie. Chłopaki, idziemy!
No i chłopaki poszły i wniosły, ba, nawet do przystanku odprowadzili.

Ja grzecznie podziękowałam, oczywiście, i tu mógłby nastąpić koniec tej historii, gdybym... Gdybym nie wyciągnęła papierosa.
- E... Pani pali? Tak blisko przystanku, że zaraz psy się dowalą i mandat wlepią. My tu z panią poczekamy, to nam nie podskoczą, he he.

No i tak sobie, he he, paliłam w otoczeniu grupki kiboli, którzy gotowi byli bronić mnie własną piersią przed mandatem. :P

#Ef6jJ

Oto jak nauczyłem się nie robić niespodzianek kobietom...

Sytuacja miała miejsce, gdy zacząłem 3 klasę liceum. O dziwo, bardzo cieszyłem się na początek roku, bowiem moja o rok młodsza dziewczyna, którą dla wygody nazwiemy Ala, przeniosła się do mojej szkoły. Nie widzieliśmy się całe wakacje, zatem bardzo cieszyłem się, mogąc ją widywać niemal codziennie.

Pierwszy dzień w szkole. Powitanie, jakieś regulaminy, fałszywe słowa nauczycieli pokroju: "Miło was widzieć". Gdy wprowadzenie się skończyło, postanowiłem udać się pod klasę Ali, zapytać co tam w wakacje się działo, co myśli o szkole i tym podobne.

Wchodzę na piętro, widzę ją: stoi w drzwiach klasy. Czarny żakiecik, spódniczka do kolan, blond włosy związane w kok. Moja piękna. Stęskniony po długiej, wakacyjnej rozłące, podkradłem się na paluszkach. Będąc już dostatecznie blisko, niespodziewanie chwyciłem Alę od tyłu za biodra, pocałowałem w szyję i powiedziałem: "Witaj, kochana..."

Krzyknęła, wykonała gwałtowny obrót i zamaszystym ruchem ręki zdzieliła mnie pięścią w nos. Zszokowany i zamroczony gruchnąłem tyłkiem o podłogę, krew jak z kranu się leje, spoglądam zdębiały na Alę... A tu nauczycielka... wychowawczyni Ali, ubrana podobnie jak ona.
Kobieta zaraz zaczęła wyrzucać, że co ja wyrabiam, zaraz jednak przestraszył ją mój stan, przeprosiła i zaprowadziła mnie do gabinetu pielęgniarki.

Wieść, że "rzuciłem się jak wygłodniałe zwierzę" na szyję naszej polonistki szybko obiegła szkołę i odbijała się echem do końca 3 klasy, a pewnie i dłużej. Ali też ta historia nie ominęła, była jednak wyrozumiała i nie złościła się o tę pomyłkę. Jednak przez tę sytuację zaprzestałem takich niespodzianek i zawsze gdy spotykam się z Alą, upewniam się, czy to faktycznie ona, nim się czule przywitam.

A pani polonistce do końca liceum nie byłem w stanie spojrzeć w oczy...
Dodaj anonimowe wyznanie