#pyckY
Wracasz następnego dnia, bo przecież w szpitalu, gdzie nie funkcjonuje SOR już dawno nikogo nie ma. Twoja mama cudem oszukuje system i niemalże siłą wymusza przyjęcie, bo miejsca dopiero na za miesiąc. W końcu trafiasz na szpitalne łóżko, a kroplówka powoli wpływająca do twoich żył daje ukojenie od wyczerpujących wymiotów.
Po kilku dniach robią ci rezonans. Zaraz po nim przychodzi lekarz i mówi, że co prawda stan nagły, ale chyba wie, co ci dolega. Rzuca jakąś nazwę, niezrozumiałą nazwę. I wychodzi. Co wtedy robisz? Bierzesz telefon i googlujesz. Nie podoba ci się to, co czytasz: guz mózgu.
Pierwsze co widzisz, to siebie następnego dnia, kiedy będziesz musiał zwinąć manatki i przenieść się na onkologię czy inny dramatyczny oddział. Ale nie masz siły na płacz, przynajmniej już wiesz. Wieczorem odwiedzają cię rodzice. Mama pomaga ci się umyć, bo nadal kiepsko się czujesz. Wtedy wybuchasz i mówisz, czego się dowiedziałeś. Rodzicielka ledwo stoi na nogach, ale próbuje pocieszyć, że wszystko będzie dobrze. Mówi, że następnego dnia w południe złapie lekarza i wypyta o wszystko. Nie doczekuje jednak tego południa, budzi cię rano, wchodząc na salę przed 7.00. Zestresowana mówi, że nie mogła spać, że musi już wiedzieć. Po pół godzinie wraca i mówi, że wszystko jest w porządku. Możesz odetchnąć.
A więc co tak naprawdę się stało? Otóż wyniki rezonansu przyszły dopiero późnym wieczorem, po mojej rozmowie z lekarzem. To, co powiedział było tylko jego domysłem. Na szczęście błędnym. Rezonans wyszedł czysty, a to, na co zachorowałam, to "tylko" zapalenie błędnika z ostrymi objawami i nietypowym przebiegiem.
W całym tym nieśmiesznym żarcie szkoda mi tylko moich rodziców, którzy przez tę jedną noc przeżywali piekło.
Mógł w sumie poczekać z diagnozą jak nie był pewny...
Mógł.
Z dwojga złego, lepsze to, niż 5 lat słyszeć "To nic poważnego. Zwykłe mięśniaki.", a dzień przed operacją dowiedzieć się, że to jednak wybitnie złośliwy nowotwór.
Lekarz pewnie nie wpadł na to, że sobie sprawdzian w internecie co tak naprawdę znaczyły jego słowa.
Chyba nie rozumiem... mięśniaki nie są złośliwe. Mięsaki są. I nie byłaś po "wybitnie złośliwym" nowotworze wyniszczona? Nie musiałaś mieć chemio/radioterapii? Coś mi tu mocno nie pasuje.
A i jeszcze - ze złośliwymi nowotworami się walczy, nie czeka się pięciu lat na operację. Serio, brzmi naprawdę bezsensownie.
Chyba ktoś nie zrozumiał sarkazmu gitarzystki. Ja pieprze, ale spina dupy :D
Niestety, to nie był sakrazm, tylko samo życie.
5 lat moja Mama była leczona na mięśniaki. Dzień przed operacją zrobili tomografię i nagle się okazało, że to jednak nowotwór, guz ma prawie 13 cm, a przerzuty poszły na całą jego okolicę.
Dlatego napisałam, że z dwojga złego lepiej najpierw usłyszeć złą diagnozę i później dowiedzieć się, że jednak nie jest tak źle, niż ciągle słyszeć "To nic poważnego", a potem dostać informację, że to jednak jest poważna choroba i przez źle postawioną wcześniej diagnozę nic się już nie da zrobić.
I tak, ignisvespers- zdecydowanie nie zrozumiałaś mojego komentarza.
Faktycznie, nie zrozumiałam. Pewnie dlatego, że jest niezrozumiale napisany, skoro ja zobaczyłam tam stwierdzenie, jakoby miesniaki były złośliwe (bo kwestionujesz słowa lekarza, nie diagnozę w pierwszym komentarzu) a druga osoba uważa, ze to sarkazm. Warto pisać zrozumiale, tak jak.udało Ci się napisać kolejny komentarz. Dzieki za wyjaśnienie.
Co w tym niezrozumiałego? Bez hejtów, dla mnie to jest całkowicie zrozumiałe.
Lekarz nie powinien mówić o swoich domyslach (szczególnie tak dramatycznych jak rak mózgu ) tylko poczekać na wyniki badań
Od razu mógł powiedzieć "wszyscy umrzemy" 😐
Akuratnie wtedy wcale by się nie rozminął z prawdą. :D
Miałam podobne przeżycie - 15 lat, przez miesiąc chodziłam tylko po domu, a tak to leżałam, bo nie mogłam chodzić z bólu. W tym czasie znajoma taty zrobiła mi prześwietlenie, dała bratu, który jest ortopedą i powiedziała mi i mojemu tacie, że nic nie widać, ale to pewnie jest [i tu wymieniła trzy czy cztery choroby]. Po powrocie do domu zapytałam się wujka Google o co chodzi, najbardziej optymistyczna wersja to była operacja + pół roku w łóżku i rehabilitacja. Świat mi się wtedy zawalił i tym bardziej nie chciałam wychodzić z łóżka. Nadal nie rozumiem, czemu po prosty nie dała mi skierowania do lekarza zamiast mówić takie rzeczy.
rownie subtelna byla lekarka mojej tesciowej. kobiecie zaczely oczy zachodzic jakas mgielka i nic nie widziala. poszla na badania, a dohtorka do niej "nie chce pani straszyc, ale to najgorszy rodzaj raka" -_-
to nie byl rak. miala w oku cyste.
W moim przypadku pani doktor palnęła przeglądając sobie na ekranie moje węzły chłonne,że to prawdopodobnie chłoniak. Okazało się,że to po prostu jakiś wewnętrzny stan zapalny wyleczony w 2 tygodnie. To jak ja i wszyscy moi bliscy się czuli wtedy... A żyliśmy z taką wiedzą potem jakieś 2 tyg.
Mi kiedys "Pani doktor" powiedziala, ze mam HIV, w wieku dwudziestu lat, pierwszy raz od conajmniej 10 lat pobeczalem sie. Poszedlem zrobic badania do laboratorium prywatnie, tam zaczeli sie smiac i pocieszac mnie, ze to po czym ona stwierdzila, ze mam hiv to tak jakby po kichnieciu stwierdzic biegunke, na wszelki wypadek badania zrobilem, wyszlo, ze wszystko w porzadku, no ale ten stres jaki przezylem wtedy pamietam do dzis...
Bez kitu, właśnie leżę od paru dni z dziwnymi zawrotami głowy i lekarze nie wiedza co mi jest, ale podejrzewają coś od błędnika...
Tak jest. Mojemu tacie stwierdzili raka. Rak i kropka. Nerwy, płacz... I co? Nic. Tylko "przypuszczali". Poniesionej odpowiedzialności zero.