#JOOsE

Od początku liceum wiedziałam, że nasz nauczyciel od pewnego przedmiotu nie czyta tego co piszemy na kartkówkach czy sprawdzianach. Patrzył po prostu na ilość, tyle. Kiedyś postanowiłam sprawdzić jego czujność.

Chyba raz musiało mu się bardzo nudzić, ponieważ siedział z nami i sprawdzał po kolei każdą pracę.

Jak ja musiałam wyglądać, kiedy przed całą klasa przeczytał fragment mojego elaboratu, w którym zawarłam "Rychu Peja solufffffka i drożdżówka"...

#r4kSf

Od początku marca planowałam zrobić dobrze wszystkim znany, oklepany primaaprilisowy żart "mamo, tato, będziecie dziadkami". Śmiałam się z tego razem z przyjaciółką, zawsze uważałyśmy, że to ona ze względu na brak zabezpieczeń wpadnie pierwsza.

Któregoś dnia, w drugim tygodniu marca, napisała mi, że ma zamiar zrobić test ciążowy, ale się boi i nie chce go robić sama. Bez chwili zastanowienia zgodziłam się na zrobienie tego testu również sobie.
Jakie było moje zdziwienie, gdy jej test okazał się negatywny, a mój... pozytywny.

#tP6To

Będąc 10-letnim dzieckiem, często spędzałem czas z mamą i babcią na działce i nigdy mi nie brakowało rzeczy do zabawy.

Pewnego dnia postanowiłem powbijać gwoździe do desek, nie miałem w tym żadnego celu, sprawiało mi to po prostu frajdę. Poczułem nagle, jak ból przeszywa mi całą nogę, a gdy zerknąłem w dół, uświadomiłem sobie, że przyczyną jest gwóźdź, który przebił mi buta i stopę. Byłem w dużym szoku i pomimo początkowego bólu, po chwili przestałem go odczuwać. Pobiegłem więc do mamy z deską i gwoździem wbitym w stopę, żeby pochwalić się moim wyczynem.

Staję przed nią i wskazuję na źródło mojego zszokowanego wyrazu twarzy.
Po chwili przyglądania się stopie, spojrzała na mnie ze złością w oczach i powiedziała:
- Ja ci nowych butów nie kupię.

#58TaA

Wiecie, siedzicie w aucie ze swoim chłopakiem... i siedzicie, a w zasadzie ile można tak bezczynnie siedzieć i rozmawiać?

I się zaczyna, jeden namiętny pocałunek i nie masz ani bluzki, ani majtek. I wszystko jest OK. Jesteście zajęci sobą, plener, adrenalina, nie zważacie na nic. A to jest błąd.

Gdy byliśmy tak zajęci sobą, nie zauważyliśmy przejeżdżającego obok samochodu, który zawrócił.
Policjant stukający w okno stwierdził, że facet chyba kogoś w aucie katuje i chciał to sprawdzić razem z kolegą.

Jakie to miłe, kiedy okazuje się, że twój wujek jest dobrym policjantem. A jak wspaniałe jest uczucie, gdy widujecie się na każdym rodzinnym przyjęciu...

#muuuh

Gdy byłam w liceum, udzielałam dzieciakom korepetycji z różnych przedmiotów. Brałam za nie niewiele, wszystko działo się w małej mieścinie, toteż jedna mama polecała mnie innej mamie i chętnych było sporo. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że zawsze szanowałam swoją "pracę". Nigdy się nie spóźniałam, do każdego dzieciaka miałam indywidualne podejście. Zarabiając "głową" zdołałam odłożyć sobie na swoje potrzeby, ale przede wszystkim czułam się świetnie wiedząc, że pomagam "szerzyć wiedzę" i zarazem trochę zarabiam.

Oczywiście, jak w każdej bajkowej historii, musi być jakieś "ale". W moim przypadku była nim pewna pani, której wpadł w ręce mój numer telefonu. Przez kilka miesięcy chodziłam do jej córki niemal co drugi dzień, ze wszystkich przedmiotów miała spore braki, mimo to dziewczynka była chętna do nauki i bardzo się polubiłyśmy. Niestety, coraz częściej pojawiały się problemy z jej mamą. Gdy na koniec przychodziło do płacenia, okazywało się, że jeszcze wypłata nie przyszła, albo że nie ma jak teraz wypłacić z bankomatu pieniędzy, itd. Czasem umawiałam się z nią, że wpadnę po szkole tylko żeby odebrać zaległą gotówkę, a gdy przychodziłam nikt nie otwierał mi drzwi. W końcu powiedziałam sobie: dość tego. Następnym razem, gdy kobieta zadzwoniła do mnie, by się umówić na korepetycje odmówiłam jej, powiedziałam, że rezygnuję, między innymi z powodu problemów z pieniędzmi. Wszystko to spokojnie wyjaśniłam, bez gniewu ani wyzwisk. Niestety, odpowiedź taka nie była. Babka po prostu się wściekła, zaczęła mi grozić, obrażać mnie. Kilka dni potem zjawiła się u dyrektora w mojej szkole, właściwie nie wiadomo po co. Ten jednak wyprosił ją z gabinetu, stanął po mojej stronie.

Miesiąc potem otrzymałam pismo o wszczęciu postępowania. Chora kobieta zawiadomiła prokuraturę, założyła sprawę w sądzie, oskarżając mnie o nielegalną działalność (tj. nieodprowadzanie podatków od zysku z korepetycji). Tu zaczęło się bagno. Opinie na mój temat zbierano przede wszystkim od nauczycieli, rodziny, znajomych i moich pozostałych "klientów". I o ile pierwsi trzej stanęli za mną murem, tak ludzie, których dzieci dzięki mojej pomocy zdały do następnej klasy, wszyscy, z wyjątkiem jednej pani, wzięli stronę mojej nemezis, a po wszystkim nie odezwali się, do tej pory odwracają wzrok mijając mnie na ulicy. Oczywiście nie poniosłam żadnych konsekwencji (nie przekroczyłam nawet połowy kwoty wolnej od podatku), ale niekończące się postępowanie wyssało ze mnie cały zapał.

Dziś jestem wolontariuszką w fundacji, uczę małe dzieci pisać, czytać, liczyć. Od czasu do czasu udzielam korepetycji córce pani, która jako jedyna powiedziała prawdę na mój temat. Niedawno dowiedziałam się, że pani, która mnie oskarżyła ma sprawę w sądzie o kradzież...

#YsgT1

Pewnego dnia postanowiłam (razem z 2 koleżankami) pojechać do Włoch "na stopa". Utknęłyśmy w małym miasteczku - Rawennie. Robiło się późno, a my nie mogłyśmy się stamtąd wydostać. Kiedy szłyśmy już zrezygnowane przez miasto, podszedł do nas jakiś mężczyzna, który wyglądem przypominał klasycznego Araba.

Oczywiście nie mówił po angielsku, ale po długim czasie udało się nam ustalić, że on z samego rana jedzie do Rzymu i chętnie nas tam zabierze. Co więcej - zaproponował nawet, że możemy u niego przenocować. Tak - 6 lat temu mój mózg uznał, że to doskonały pomysł. Poszliśmy do niego do domu, ale okazało się, że musimy udać się jeszcze na jakieś zakupy przed jutrzejszą podróżą.
Dotarliśmy pod mały sklepik gdzieś na uboczu. W środku było pusto, ale w trakcie, kiedy robiliśmy zakupy, zaczęło się pojawiać coraz więcej przedstawicieli jego nacji. Wszyscy na nas patrzyli i porozumiewali się ze sobą w niezrozumiałym dla nas języku.

Z mieszkania wzięłyśmy dokumenty i pieniądze, plecaki z ubraniami zostały. I - szczerze mówiąc - gotowe byłyśmy wrócić do Polski w tym, co miałyśmy na sobie. Na domiar złego podszedł do nas jakiś gość, który okazał się być Polakiem i powiedział, że mamy uciekać, jeśli życie nam miłe, bo (podobno) on doskonale rozumiał, o czym pozostali tak zawzięcie dyskutują. Kiedy poprosiłyśmy go o pomoc, to powiedział tylko, że same się w to władowałyśmy i on nie ma zamiaru nam pomagać i wyszedł.

Do dziś nie rozumiem, dlaczego wróciłyśmy z powrotem do mieszkania. Plan był taki, że zabieramy nasze plecaki i się zmywamy. Kiedy weszłyśmy, okazało się, że w środku jest koło 20 osób (sami mężczyźni) i rozkręca się jakaś gruba impreza. Zabrałyśmy nasze rzeczy i pobiegłyśmy do wyjścia. Aby dostać się na w miarę oświetloną ulicę (wtedy wydawało się nam, że tam już będziemy bezpieczne), musiałyśmy pokonać ok. 300 m. Ja miałam gaz pieprzowy, więc szłam ostatnia i miałam osłaniać koleżanki, bo one do obrony miały jedynie długopisy.

Imprezowicze ruszyli za nami, ale zdążyłyśmy wbiec na oświetloną ulicę... a tam pusto. W naszą stronę szło tylko dwóch groźnie wyglądających Murzynów. Jak się pewnie domyślacie, nasza tolerancja do przedstawicieli innych nacji spadła do poziomu krytycznego, ale ci przechodnie byli naszą jedyną deską ratunku. W dwóch zdaniach wytłumaczyłam im, o co chodzi, a oni stanęli w naszej obronie, mając za przeciwnika ok. 20 facetów. Nie mam pojęcia, co im powiedzieli, ale tamci szybko się oddalili.
Nasi wybawcy zaprowadzili nas na dworzec i czekali z nami do rana, w razie gdyby prześladowcy wrócili.
W trakcie rozmowy okazało się, że przez swój kolor mieli wiele nieprzyjemności, ale i tak zdecydowali się nam pomóc i uratować skórę. To dzięki nim mogę wam opowiedzieć o błędach młodości. Często pomoc nadchodzi z najmniej spodziewanej strony.

#9vRr7

Paradoks? W styczniu, gdy skończyłam 18 lat, zarejestrowałam się jako potencjalny dawca szpiku. Czekałam tylko na uzyskanie pełnoletniości. Można powiedzieć, że to za mną chodziło. Bardzo chciałam komuś pomóc. Podświadomie chyba czułam to, co się miało niedługo wydarzyć. Dwa tygodnie później sama dowiedziałam się, że mam białaczkę i trafiłam do szpitala…

Nikt nie podejrzewał u mnie tej choroby. Od pół roku miałam w nocy gorączki co jakiś czas, a następnie doszły okropne bóle stawów. Leczyłabym się teraz prawdopodobnie na tarczycę bądź reumatyzm, gdybym pewnego wieczoru nie trafiła na stronę „Gorączka a białaczka”. Moje jedyne dwa objawy się zgadzały, nie miałam jednak żadnych innych (anemii). Żadnych typowych objawów tej choroby. Powiedziałam mamie co wyczytałam i postanowiła zrobić mi odpowiednie badania na drugi dzień.

Gdy kolejnego dnia przyszłam ze szkoły, zobaczyłam wyniki – białaczka. Nie byłam zdziwiona. Kolejny dzień, wizyta u hematologa, który nas uspokoił i postanowił zrobić własne badanie. Kolejna wizyta. Dowiedziałam się, że na następny dzień muszą przyjąć mnie do szpitala, aby pobrać mi szpik. Kolejny dzień. Szpital, pobranie szpiku. Po południu wyniki – mam białaczkę. Teraz tylko trzeba określić jej typ… Psycholog rozmawiając i tłumacząc mi wszystko, powiedział mi, że mam zrezygnować ze szkoły i mam wycięty rok z życia. Kobieta mistrz. Od razu postanowiłam, że z niczego nie rezygnuję i nie pozwolę sobie na wycięcie niczego z życia, ponieważ można się leczyć i normalnie funkcjonować. Oczywiście 18-latce z tyloma planami w tym momencie wszystko runęło. Ale ja się nie poddaję i zawsze walczę o swoje, dlatego postanowiłam, że ani się nie poddam, ani nie załamię, tylko pokonam chorobę z podniesioną głową i uśmiechem na twarzy.

W bardzo krótkim czasie zmieniłam patrzenie na świat, na wszystkie rzeczy. Tak bardzo wiele doceniłam. Doceniłam szkołę, na którą tak bardzo narzekałam, włosy, których z każdym dniem mam coraz mniej. Zobaczyłam ile znaczy rodzina i przyjaciele, ale ile i ja znaczę dla nich… Narzekamy w życiu na tak wiele rzeczy, ale doceniamy je dopiero, gdy je stracimy. Dlatego teraz, gdy słyszę, że ktoś narzeka, ze musi iść do szkoły, zrobić cokolwiek w domu, mam ochotę dać mu w twarz. Jestem sama w szpitalu, najmłodsza na oddziale, od 5 tygodni i jeszcze wiele tu spędzę, nie mogę nic. Mam jedynie telefon, laptopa, telewizor, książki, zadania domowe, notatki, podręczniki…
Cieszcie się z tego co macie, że możecie normalnie żyć, a nie walczyć z chorobą. I pamiętajcie: w życiu z niczego nie wolno rezygnować!

#5G6R4

Kilka lat temu, miałam ok. 12 lat.  Jako przykładna katolicka rodzina każdej niedzieli zbieraliśmy się na mszę do kościoła. Byłam już spóźniona i biegałam po domu w poszukiwaniu spodni, skarpetek, spinek do włosów i tak dalej. Szukałam akurat w szufladzie w kuchni paczki z chusteczkami, było to w zimie i byłam lekko przeziębiona, kaszlałam i miałam katar. Wtedy babcia (która nosi protezę na górnej szczęce) weszła do kuchni i pyta:
- Czego szukasz?
Ja na to:
- Szukam chusteczek.
A babcia:
- Skończyły się, dam ci swoje, bo jak kichniesz w kościele i zrobisz AAACIUCH...

Nie dokończyła, bo tak głośno i z takim zapałem krzyknęła to AAACIUCH, że wyleciała jej proteza z ust i poleciała na odległość 1-2 metrów, wpadając prosto do patelni z tłuszczem, która stała na kuchence gazowej.
Ot, i musiałam jeszcze przebrać majtki i spodnie przed wyjściem z domu, bo się osikałam ze śmiechu.

#NHLst

Pewnego dnia w wakacje dość mocno poniósł mnie melanż... do tego stopnia, że następnego dnia obudziłam się na dachu dwupiętrowego budynku. Nie byłoby to może takie bardzo dziwne, jednak blok ten nie miał ani wejścia na dach ani drabinki, którą mogłabym tam wejść. Do tej pory nie mam pojęcia jak się tam znalazłam...

#tQGxK

Rok temu na początku stycznia musiałam iść do szpitala, ale po raz pierwszy musiałam być przyjmowana przez SOR, tak więc kazali mi się stawić o 5 nad ranem. Siedzę więc tam w dresach, bez makijażu, z włosami spiętymi w byle kok. Nagle pani doktor woła moje imię, wchodzę do gabinetu, a tam asystent... Ale nie byle jaki - polski Enrique Iglesias.

No to z miejsca zmieniłam ton głosu, wyprostowałam się, ot ,nagle rozpuściły mi się włosy, a ja uśmiechałam się opowiadając o moim mini wylewie. Jednym słowem robiłam z siebie kompletną idiotkę flirtując jako tako z panem asystentem. Wtedy pani doktor mówi:
- Dobrze, proszę się rozebrać do bielizny, zbadamy z kolegą pani odruchy.

I wtedy przypomniałam sobie, że akurat tego dnia mam na sobie czarne prześwitujące stringi, które ilością materiału nadawałyby się bardziej na przepaskę na oko dla pirata niż bieliznę... Oczywiście stanik był do kompletu, tak wiec moje sutki również były na widoku...
Piękny pan asystent cały czas się uśmiechał, później, podczas mojego pobytu w szpitalu, co go mijałam, to zawsze się śmiał...

Ostatniego dnia, gdy żegnałam się z pielęgniarkami i salowymi, usłyszałam:
- No, kochanie, to zdrowia i szczęścia, i pamiętaj, że następnym razem jak do szpitala, to pełne majtki ubieramy!

Wtedy się dowiedziałam, że o mojej bieliźnie na SOR-ze wie cały szpital, łącznie ze stołówką...
Dodaj anonimowe wyznanie