#ujk8v

Aktualnie przeprowadziłem się do innego miasta.

Nowy start, nowe życie. Pracuję i odkładam pieniądze. Jednak moi rodzice stwierdzili, że za te wszystkie lata gdy mnie utrzymywali te pieniądze im się należą. Zabrali mi wszystko z konta, czyli około 30 tys. i żądają jeszcze więcej. 

A miało iść na start do nowego mieszkania...

#06lk5

Na rzecz opowiadania muszę pozmieniać dane. Istotne jest to, że mam bardzo rzadkie imię z bardzo popularnym nazwiskiem.

Był sobie pewien pan. Nazywał się Kacper Wiśniewski.
Ów pan nie czuł się dobrze w swoim ciele, czuł się kobietą.
Przeszedł operację płci, zmienił wygląd. Poczuł się jak kobieta.
I gdy stał się kobietą, przyjął nowe, rzadkie imię - Klementyna. Oczywiście ostra twarz mężczyzny i postura T została, jednak osoba ta zapuściła włosy, założyła sukienkę i postarała się na tyle ile mogła, aby przypominać kobietę.
Tylko to nie takie proste, bo pani Klementyna Wiśniewska czuła pociąg do innych kobiet - była lesbijką.
Podsumujmy: niegdyś mężczyzna, obecnie kobieta uważająca się za lesbijkę.
Jako osoba pewna siebie, w dodatku żądna przygód, zaczęła umieszczać dość... prowokacyjne wpisy, zdjęcia w odważnych, jednoznacznych pozach (na szczęście w ubraniach) z pikantnymi komentarzami. Jednym słowem: oferty zachęcające do spędzenia z nią czasu... dogłębnie!

I tu się zaczyna moja historia sprzed 5 lat.
Pani Klementyna w jednym ogłoszeniu nie podała zdjęć, nie napisała do jakiej płci jest ono skierowane (ale napisała jakiej płci była i jakiej jest obecnie), a wskazany kontakt nie działał - na szczęście podała pełne imię i nazwisko. Spora część napalonych fetyszystów mogła zacząć szukać jej na własną rękę.

A że złożyło się tak, że przyjęte dane są takie jak moje i bardzo rzadkie... Bardzo dużo tych poszukiwań zakończyło się na pierwszym proponowanym wyniku.
Na mnie.
Miesiąc dostawałam wiadomości od napalonych ludzi, że mam śliczną twarz i są w szoku jak ktoś po operacji może wyglądać lepiej i naturalniej niż wiele prawdziwych kobiet, pytania gdzie i kiedy urządzam pokazy, prośby o zdjęcia w bieliźnie... Dodam, że miałam wtedy 14-15 lat (choć wyglądałam na starszą).

Później sama się skontaktowałam z tą kobietą. A że obie mieszkamy w tym samym, bardzo dużym mieście, to umówiłyśmy się na kawę wyjaśnić sobie parę rzeczy.
Uprzedzam pytania: nie, nie jesteśmy razem. :D

#6dmbt

W podstawówce od IV do VIII kl. do sąsiedniej - sportowej - chodził chłopak, gruby, który przeprowadził się ze wsi do miasta. Wszyscy się z niego naśmiewali, ale za plecami, bo chłopak był w porządku dla dziewczyn i dla chłopaków. Co ciekawe, przez 4 lata SP w sporcie radził sobie całkiem nieźle.

W liceum (bardzo dużo opuszczał zajęć) dostał ksywę "Yin-yang", bo z jednej strony był lubiany, a z drugiej śmiano się z jego tuszy. Na 2 roku studiów jakoś tak wyszło, że byliśmy razem w jednej grupie i na obozie i tak jakoś poszło, że zakochałam się w nim. Okazało się, że poza wysoką inteligencją jest multiinstrumentalistą (nigdy się tym nie chwalił, jest samoukiem, bo zrezygnował ze szkoły muzycznej, gdy nauczycielka prowadząca orkiestrę przy wszystkich mu powiedziała, że nie ma prezencji na scenie), bardzo fajnym, wesołym chłopakiem.

W maju będziemy obchodzić 20-lecie naszego ślubu i 25-lecie bycia razem, mamy dwoje wspaniałych dzieci. Jedyny minus naszego życia jest taki, że cały czas mąż i teraz też córka muszą uważać na dietę. Tak to jest z astmatykami - sterydowcami.

Wiem, że w dobie Chodakowskiej i Lewandowskiej to trudne, ale nie oceniajcie ludzi po tym, ile ważą. Twoje szczupłe idolki/idole mogą zachorować i przytyć, Ty również - i dopiero wtedy zrozumiesz, że nie zawsze da się być szczupłym.

#AcVXM

Opowiem Wam dziś moją historię, o której opowiedziała mi sąsiadka, a sam jej nie pamiętam z racji tego, że byłem wtedy brzdącem, jednak dość dobrze pojmowałem świat.

W wieku czterech lat straciłem tatę. Nie, nie w wypadku ani nie uciekł do innej. Dalej jestem pewien, że ktoś tam na górze potrzebował takiego żołnierza i człowieka jak on :)
Wkrótce po tym, spędzając wakacje u dziadków, wybrałem się z dziadkiem do sąsiadów na zwykłe odwiedziny. Jednak to co wtedy powiedziałem do sąsiada, którego traktowałem jak wujka, do tej pory ciągle mnie zaskakuje.

Mały, 4- lub 5-letni Krystian powiedział: "Wujek! Zrób mi taki łuk i strzały, żebym mógł strzelić w niebo i dosięgnąć taty!".

Sam do tej pory jestem ciekaw skąd w mojej głowie mogły pojawić się takie słowa. Jednak nie zaskoczyło to tylko mnie. Wujek popłakał się od razu gdy to usłyszał, a z tego co wiem niełatwo mu przyszło opanowanie się po całej tej sytuacji. Sam był dla mnie wielkim wsparciem do momentu aż nie odszedł, zapewne na spotkanie z moim tatą.

Dzisiaj minęło od tych wydarzeń prawie 14 lat, jednak za każdym razem, gdy wspominam to, przypominam sobie jak każdy z dwójki tych facetów był wspaniałym człowiekiem, a mimo swojej nieobecności wniósł wiele do mojego życia i dalej mnie wspiera, chociażby przez wspominanie sobie tego.

Pamiętajcie o ludziach, których kochacie i mimo wszystko bądźcie dla nich wsparciem, tak samo jak oni są dla Was :)

#NfbwI

Kilka lat temu, gdy zaczął się weekend majowy, poszłam później spać. Skutek oczywisty - spanie do południa. I tak sobie bym spała, gdyby nie jeden szczegół. Mam kota. Mściwego kota, który postanowił mnie obudzić w dość brutalny sposób. Podrapał mnie po twarzy.
Ja budzę się z krzykiem, cała zapłakana do mamy, bo przecież miałam jechać do siostry (mieszka na wsi i ma własne gospodarstwo). Krew leje się z czoła, a mama opanowana wzięła papierowe ręczniki i zaczęła mi to obmywać. Rana płytka, obyło się bez szpitala i szwów, ale wstyd mi było wyjść na dwór.
Koniec końców do siostry pojechałam ze strupem na czole.

Generalnie to blizna mi nadal została, ciągnie się od lewego górnego początku czoła do prawego oka. Kilka milimetrów od rogówki. I najlepsze, wszyscy, którzy też zwalili się do gospodarstwa na weekend, ochrzcili mnie Harry Potter. Zamiennie na X-men.
Minęło już ponad 6 lat i nadal się pytają jak w Hogwarcie.
Żyć nie umierać.

#AB6EV

Do napisania mojej historii zainspirowało mnie wcześniejsze anonimowe wyznanie, dotyczące zgody na opuszczenie świata przez bliską nam osobę.

Od początku. Mój tata zawsze miał wysoki poziom cholesterolu. Starał się o siebie dbać, jednak jego złe nawyki często brały górę. Długie lata palił papierosy i często lubił wypić drinka. Do tego dochodziło tłuste jedzenie. Często miewał bóle żołądka, ale zawsze jakoś "samo przechodziło". Aż do pewnej grudniowej nocy.

Mój tata leżał wtedy w swoim łóżku i dosłownie zwijał się z bólu, trzymając się za brzuch. Tak poważnie nigdy nie było. Mama zabrała go do szpitala około 6 rano. Okazało się, że jest to ciężka choroba, której objawy już miewał - bóle żołądka. Ale niestety nigdy nie traktował ich poważnie. Tak się potoczyło, że wkrótce trafił na OIOM w szpitalu w innym mieście. Walczył miesiąc. Równy. Raz było trochę lepiej, a raz bardzo źle. Nie muszę chyba mówić, jak przeżywałam to razem z mamą i bratem.

Pod koniec walki, gdy tata już nie był przytomny, siedzieliśmy przy nim i rozmawialiśmy. Po kolei. Mama mówiła mu, że jeśli nie ma już siły walczyć, to ona mu wybaczy, że odejdzie. Że najważniejsze, żeby się nie męczył. Ja nie odzywałam się nic. Za to mój brat był oburzony, że mama tak mówi. "Jak to, nie możemy mu pozwoli odejść tak po prostu." Tego dnia wieczorem podczas modlitwy również powiedziałam tacie podobnie jak mama.

Na drugi dzień o 18 miała odbyć się kolejna msza święta o zdrowie dla taty, którą zamówił mój brat. W ostatnim momencie jednak, a w zasadzie już podczas trwania mszy, mój brat zadzwonił, by zmienić intencję na... prośbę o ulgę w cierpieniu.

Parę chwil po zmianie intencji mszy mój tata umarł.

Najwyraźniej chciał mieć pewność, że wszyscy pozwalamy mu odejść.

#8fhmn

Sytuacja miała miejsce kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze uczennicą 3 klasy gimnazjum. Szkoła mieściła się w małym miasteczku, takim, gdzie "każdy każdego zna" i "wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą". 

Przez całą edukację faszerowano nas warsztatami i pogadankami typu: "Palenie zabija", albo: "Używki są dla szpanu", "Stop narkotykom" itp. Chyba każdy wie o co chodzi. Jakby tego było mało, nasza wychowawczyni była zgryźliwą, starą panną, która ubóstwiała wszelkie regulaminy i nie pamiętam już ile razy godziny wychowawcze stawały się kolejnymi moralizatorskimi wykładami. 

Aż tu nagle, pewnego dnia... dwóch kolegów X i Y przyszło do szkoły naćpanych. Maślane oczy, błędny uśmiech i już po 15 minutach byli na dywaniku u dyrekcji. Cała szkoła postawiona na nogach, rodzice wzywani, nauczyciele z długimi tyradami o tym, jacy to jesteśmy straszni i okropni... i na tym koniec. Tak, koniec. Policja nigdy się o niczym nie dowiedziała, rodzice delikwentów zlali sytuację, wychowawczyni oznajmiła, że winowajcom nie obniżą sprawowania, bo "przecież nie są tymi chamami, którzy rozwalają szkolne kible", a dyrektorka zobowiązała klasę do milczenia. I tak wszystko czysto, schludnie i ładnie zmieciono pod dywanik. Nawet sąsiedzi obu szacownych rodzin o niczym się nie dowiedzieli.

Wiecie dlaczego o tym piszę? Nie, nie po to, aby piętnować ćpających, bo mi to wisi. Napisałam o tym, aby ośmieszyć wreszcie tę hipokryzję naszego oświatowego systemu. Te miliony władowane w kampanie antynarkotykowe, koncerty profilaktyczne... Po co to komu? Za te pieniądze można było kupić godne kwiaty na pogrzeb kolegi X, który tydzień temu przedawkował.

#l8K6i

Kilka lat temu, w dzień Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, poszłam do Biedronki. Przed sklepem zaczepił mnie starszy pan (wyglądał normalnie i nie śmierdziało od niego alkoholem). Powiedział, że jest bardzo głodny, nie chciał pieniędzy, tylko prosił o jedną bułkę, podobno ostatnie pieniądze wrzucił do puszki, nawet pokazał mi naklejkę. Zrobiło mi się przykro, więc postanowiłam mu coś kupić, zrobiłam swoje zakupy, a dla niego kupiłam kilka bułek, pasztet, pomidora, coś do picia, dokładnie już nie pamiętam, ale kilka rzeczy.

Ucieszona z dobrego uczynku wyszłam ze sklepu i dałam panu zakupy, on otworzył reklamówkę i powiedział:
- A masło?
Zatkało mnie.

#zPbB6

Kilka lat temu w USA poznałam przewspaniałego chłopaka. Niestety musiał wracać do Polski. Nasze losy tak się potoczyły, że przez kilka lat kursowaliśmy miedzy Polską i USA. Mam obywatelstwo amerykańskie, ale połowę swojego życia spędziłam w Polsce. Jak wiadomo, jeśli obywatel Polski poślubi obywatelkę USA, to dostaje po pewnym czasie zieloną kartę, która umożliwia legalny pobyt w Stanach. Myśleliśmy o przyszłości razem. Nawet mi się oświadczył. Po ślubie mieliśmy w planach zamieszkać na stałe w USA.

Nie wiedział kiedy przylatuję do Polski, więc zupełnie mnie się nie spodziewał. W jego mieszkaniu był dość głośno ustawiony telewizor, więc nie było słychać kiedy weszłam. Rozmawiał ze swoim najlepszym przyjacielem jaka to ja jestem naiwna, że mnie nie kocha i że chce wziąć ze mną ślub, tylko aby dostać zieloną kartę. Jak to jest możliwe, że trafiłam akurat na ten fragment rozmowy? Nie mam pojęcia. Miałam zamiar wyjść stamtąd po cichu i nigdy więcej nie mieć z nim kontaktu. Na moje nieszczęście ktoś zadzwonił czy coś, bo usłyszał dźwięk mojego telefonu. Obrócił się, a w drzwiach pomiędzy salonem i korytarzem stałam ja we łzach. Nic nie powiedziałam, tylko wzięłam walizkę i wyszłam. Oczywiście on za mną i udawał, że wcale nie powiedział tych słów i że mnie kocha. Zerwałam z nim. Bolało. Przez długi czas nie mogłam się pozbierać. Cieszę się, że to wszystko wydarzyło się jeszcze przed ślubem.

Głównym celem przylotu do Polski było poinformowanie go, że jestem w ciąży. Tak, to jest jego dziecko. Nie umiałam powiedzieć tego przez telefon czy Skype...
Dodaj anonimowe wyznanie