Od miesiąca staram się zmienić tryb życia na zdrowy, ze względu na swoja nadwagę. Bieganie, ćwiczenia co najmniej 3x w tygodniu plus racjonalne żywienie, pozwoliło schudnąć mi blisko 3 kg.
Dzisiaj podczas spaceru, zwolnił obok mnie samochód i młody chłopak krzyknął do mnie "ale masz grubą dupę"... Straciłam całą radość ze zrzuconych kilogramów.
Wczoraj obudziło mnie miauczenie kota. Poprzedniego dnia czytałem anonimowe (między innymi historię o tym, jak pies, szczur czy inna kijanka uratowały czyjeś życie).
Z lękiem wstałem i poszedłem za kotem. Wchodzę do kuchni, sprawdzam - gaz zakręcony, wszystko git. Wracam do pokoju, by znowu iść spać, a tam co? GÓWNO.
Kot mi się zesrał na kołdrę.
Akcja działa się w podstawówce.
Wracałem do domu i kręciłem kółka siatką, w której był strój na WF, wraz z butami i zestawem farb na plastykę. W pewnym momencie urwało się ucho, a cała zawartość siatki poszybowała wprost na głowę przejeżdżającej obok rowerem dziewczyny.
I tak oto przypadkiem znokautowałem dziewczynę, mając 10 lat. Po całym incydencie zostaliśmy przyjaciółmi, ktoś w końcu musiał ją pozbierać z ziemi. Przyjaźnimy się do dziś :)
Co ciekawe, 12 lat później poznałem swoją obecną dziewczynę. Znajomość rozpoczęliśmy od tego, że przytrzasnąłem jej drzwiami palec....
Kiedyś do brata pracującego w sklepie przyszła na skargę kobieta, mówiąc, że w lodówce jest przeterminowany kurczak. Brat poszedł sprawdzić, w międzyczasie słuchając awanturującej się klientki. Gdy wziął kurczaka i sprawdził datę, próbował tłumaczyć, że jest to data produkcji, ale kobieta dalej swoje.
W końcu brat się zdenerwował i powiedział:
- Proszę pani, to jest data śmierci kurczaka!
Zaniemówiła z wrażenia. Dotarło :)
Sytuacja wygląda tak, że moja babcia lubi sobie wymyślać choroby.
Pewnego razu stwierdziła, że ma przepuklinę na brzuchu. Poszła z moją mamą na wszystkie badania.
Nadszedł dzień konsultacji. Lekarz patrzy na moją babcię i na wyniki, po czym mówi do niej:
- Pani nie ma przepukliny, pani jest po prostu za gruba.
Mama niemal popuściła ze śmiechu.
Nigdy nikomu o tym nie mówiłam. Macie absolutnie anonimowe wyznanie, bez puenty czy przesłania. No, może tylko jedno przesłanie: jeśli dziecko mówi "nie lubię tam chodzić!" to go posłuchajcie... ;)
Miałam około czterech, pięciu lat.
Rodzice zaprzyjaźnili się z małżeństwem z sąsiedztwa.
Tak we trójkę, ja i rodzice, czasem do nich wpadaliśmy... A ja, niestety, dość szybko przekonałam się, że jedna z ich córek jest nie do końca normalna.
Miała może z 10 lat. Uwielbiała mnie. Bez wzajemności.
Dziewczyna miała nierówno pod sufitem. Większości jej "akcji" nie pamiętam, ale za to spora część utkwiła mi w głowie tak, że już na zawsze tam zostanie.
Na moich oczach "tarmosiła" kotu. Handjob. Rozumiecie? On nawet wystrzelił...
Wtykała mu też ołówek do tyłka.
Wsadzała sobie do majtek ogórka i twierdziła, że teraz jest facetem, a ja będę jej żoną.
Ciągnęła mnie ze sobą do WC. Zawsze. Kładła na ręku papier toaletowy i... się na to załatwiała. Wąchała swój "wytwór" i pytała mnie, czy mi się podoba... Do tego lubiła patrzeć jak sikam.
Potrafiła rozebrać się, położyć na łóżku, rozłożyć nogi i powiedzieć: "Co za zapach!".
W takich okolicznościach nakryli nas nawet rodzice. I to mnie uratowało, bo starsi postanowili bardzo ograniczyć nasze kontakty (do zera absolutnego ;)).
Aż boję się myśleć, co jeszcze by jej do głowy przyszło...
Jako że lato nadchodzi wielkimi krokami, przypomniała mi się pewna sytuacja sprzed paru lat.
Pewnie każdy z Was zna ten moment, kiedy ma się straaszną ochotę na lody, z nadzieją otwiera się zamrażalkę, a w pudełku po lodach znajduje się jedynie koperek?!
Cóż... U mnie poszło to o krok dalej.
Pewnego gorącego lata i mnie dopadła ochota na lody, jednak lenistwo wygrało - do sklepu nie poszłam. Postanowiłam przeszukać zamrażalkę.
Pełna nadziei baraszkuję wśród zamrożonego mięsa, aż w końcu mam - moje upragnione lody. Waniliowe, no ale niech już stracę.
Jem sobie w najlepsze, mimo że smak nieco odbiega od wanilii, no ale przecież najważniejsze jest to, że po koperku ani widu, ani słychu.
Z kontemplacji nad smakiem lodów wyrwała mnie mama, która właśnie wróciła z pracy. Zawołała mnie do kuchni. Przypomniałam sobie, że zapomniałam schować ów pojemnik z lodami, więc pewnie mnie upomni. Ale nic z tych rzeczy! Zapytała tylko:
- Co za baran zjadł smalec z pudełka po lodach?
Tak, owym baranem byłam ja...
Do dziś nie jem lodów.
Historię zacznę od tego, co prawdopodobnie miało główny wpływ na jej przebieg.
Od najmłodszych lat miałem małe problemy z lunatykowaniem, nie było to nic nadzwyczajnego, czasem obudziłem się w nocy, wydawało mi się, że na łóżku są mrówki itd. W wieku 15 lat nocne problemu znikły i znowu mogłem spać spokojnie jak suseł.
Ostatniego wieczoru przeglądałem jakieś filmiki na YT i tak od filmiku do filmiku zaczynałem docierać na krańce Internetu. Skończyło się na nagraniach o polowaniu na wiewiórki, szczury w hamburgeryce.
Pora była dość późna, więc postanowiłem się położyć. Gdzieś w środku nocy budzę się i czuję, że coś wisi mi u ręki. Spoglądam na dół, a tam szczur wielkości kota. Oczywiście panika, chwyciłem drugą ręką za przedramię i nawalam szczurem najpierw o łóżko (skubany trzymał się dalej), później o ścianę, a na koniec o futrynę od drzwi.
Miałem wrażenie, że szczur spadł, więc czym prędzej podbiegłem do lampki i ją włączyłem.
Jak łatwo się domyślić, nie było żadnego szczura, miałem za to obitą dłoń, niemal do krwi.
Jak to się stało? Już objaśniam. Całą noc spałem w jednej pozycji, na jednej ręce, krew widocznie przestała do niej napływać i straciłem czucie. Kiedy się obudziłem poczułem, że coś wisi mi u ręki, oczywiście była to bezwładna dłoń. Wyobraźnia zadziałała i stoczyłem największą potyczkę z samym sobą. Chwała Bogu, że nie postanowiłem ugodzić szczura nożem, bo byłby problem.
Dzisiaj definitywnie daruję sobie dziwne filmiki na dobranoc.
Piękny słoneczny dzień, to i piknik w parku. Jakieś piwko, jakieś przekąski i frisbee. Przeklęte frisbee. Razem ze znajomymi postanowiliśmy sobie nim porzucać, łapiąc przy tym pierwsze promienie wiosennego słońca. Pech chciał, że próbując je złapać wyskoczyłem za wysoko, zeskoczyłem nie tak jak trzeba i bach... Noga w gipsie. Ale to słowem wstępu.
Pewnego równie słonecznego dnia musiałem udać się do lekarza, ażeby sprawdzić, czy wszystko goi się poprawnie i tak dalej. Studiuję w innym mieście, ja ani żaden z moich znajomych nie posiadamy samochodu, więc cóż zrobić? Jadymy tramwajem!
Podjeżdża mój upragniony wehikuł, wsiadam, patrzę... Tłumy ludu!. No nic, postoję, a nuż karma do mnie wróci i ktoś mi ustąpi miejsca, jak to ja robiłem, kiedy obie nogi miałem sprawne.
Rozglądam się, rozglądam, młodzi ludzie siedzący, gapiący się na moją piękną skarpetkę okrywającą nogę pokrytą gipsem i ona - starsza babinka. Nazwijmy ją kochanym moherkiem.
Pewnie już domyślacie się, kto jako jedyny ustąpił mi miejsca? Kochany moherek. Chciałem się jakoś wymigać, bo to przecież tak głupio, ale babinka nie dała za wygraną, wręcz zmuszając mnie, żebym usiadł zamiast niej.
Wnioski nasuwają się same: nie każdy moher to zły moher. Są też kochane moherki. :)
Jako nastolatka zrobiłam wszystkie potrzebne kursy, aby po maturze móc sobie dorobić jako ratownik WOPR.
Zatrudniłam się w pobliskim Parku Wodnym. Już na pierwszej zmianie wpadł mi w oko kierownik ratowników. Sympatyczny, zawsze uśmiechnięty blondyn, no mój typ po prostu. Bardzo się polubiliśmy, więc cały czas miałam nadzieję, że coś z tego będzie.
On był bardzo aktywny, uprawiał wiele sportów, między innymi biegał. Ja niekoniecznie, ale stwierdziłam, że może jak sobie tak wspólnie pobiegamy, to coś w końcu zaiskrzy. No i nadeszła w końcu ta chwila, podniecona i jednocześnie zestresowana, bo szczerze mówiąc poza przymusowym bieganiem na WF-ie nigdy tego nie robiłam, ruszyłam jego tempem. No nie ukrywam, że prawie wyzionęłam ducha, ale dzielnie udawałam, że takie bieganie to dla mnie pestka.
No i tak sobie biegniemy, on mówi, ja sapię, i nagle z jego tyłka wydostał się głośny pierd. Ja w szoku, ale udaję, że nic nie słyszałam. Za parę minut to samo, no to ja już załamana, że jak to? Na pierwszym spotkaniu już mamy przy sobie pierdzieć? Nie tak to sobie wyobrażałam ;(
I powiem szczerze, że to skutecznie wyleczyło mnie z miłości do niego. Dalej się kumplowaliśmy, ale moje uczucie bezpowrotnie minęło.
I cóż się okazało po paru latach? Otóż chłopak zauważył, że się w nim podkochuję i nie chcąc mi zrobić przykrości odrzucając moje uczucia, wymyślił taki właśnie misterny plan z pierdzeniem, żebym się odkochała. Podziałało ;)
Dodaj anonimowe wyznanie