Wychowuję samotnie córkę.
Od razu napiszę, że jej ojcem nie jest typowy Sebek. Tylko facet, który mnie"kochał". Zostawił mnie od razu po tym, jak okazało się, że wpadliśmy, mimo że używaliśmy zabezpieczenia.
W głowie miałam totalny mętlik - miałam wtedy 18 lat. Nie wiedziałam, czy dam radę - czy pokocham to dziecko. Nie w głowie mi wtedy były pieluchy itd. Ale postanowiłam, że urodzę i że wezmę odpowiedzialność za swoją głupotę. Druga wizyta u ginekologa - usłyszałam bicie serduszka i zobaczyłam zdjęcie USG. Od razu pokochałam moje maleństwo. Ale nadal gdzieś w duszy czułam, że to dziecko było niechciane i nieplanowane.
W styczniu urodziłam Wiktorię. Moja mała córeczka. Ale nie płakałam ze szczęścia na jej widok. Płakałam, bo chciałam do domu. Nie chciałam już tam być. Nie potrafiłam patrzeć na Wiki. Przewijałam ją, karmiłam i chciałam, aby tylko spała. Potem wyszliśmy ze szpitala, no i tak mijały dni. Robiłam to, co należy - jedzenie, przewijanie, spanie. Ale nie potrafiłam okazać jej uczuć, nie potrafiłam z nią rozmawiać, mimo jak bardzo ją kochałam i kocham nadal. I tak aż do przedwczoraj.
Niby banalne, ale trafiłam na serial "9 miesiąc". Kobieta chora na nowotwór. W ciąży. Tak bardzo chciała być przy dziecku po porodzie, lecz umarła. I dopiero teraz wiem co mam - dopiero teraz rozmawiam z Wiki. Cieszę się każdą chwilą spędzoną z nią. Tak bardzo doceniłam co mam. Cieszy mnie jej uśmiech i wszystko co robi. Większość z was pewnie to nie interesuje. Ale naprawdę, dziewczyny, nie usuwajcie, nie oddawajcie dzieci do domów dziecka. Bo dziecko to skarb i na pewno sobie poradzicie. Mimo wszystko. Wiki ma 15 miesięcy. I jest wszystkim tym co mam. I mimo że się bałam odpowiedzialności i braku czasu dla siebie, to mimo to dałam radę.
Za dwa tygodnie kończę technikum, potem matura. I da się, jeśli na prawdę się chce, to się da.
Gratuluję wszystkim mamom, że nimi po prostu są, bo mają tak naprawdę wszystko.
Historia moja i waszego ulubieńca Sebka. Na sam jego widok miałam dreszcze, Boże, jakby szedł za mną w nocy, to chciałabym zniknąć. Dres, kaptur na głowie - łysej, tatuaże i straszny wzrok. Gdy tylko widziałam go na mieście z kolegami Sebkami, uciekałam na drugą stronę ulicy.
Nie uwierzycie, jakie było moje zdziwienie, gdy pewnego ranka zobaczyłam go u siebie w domu! On i jego tata, jak się później okazało znajomy mojego taty, pomagali nam akurat przy dość skomplikowanym remoncie. Nie wychodziłam z pokoju! Unikałam jak ognia na tyle, na ile było to możliwe.
Z czasem jednak zaczął się uśmiechać, cześć itp. Już nie był taki straszny, widać było, że go zawstydzam i do tego miał śliczny uśmiech. Zaczęliśmy więcej gadać, remont się skończył, zaczęliśmy pisać, pamiętam jaka byłam przerażona, gdy chciał się spotkać! Ale się zgodziłam. Spotkanie za spotkaniem, a on okazał się bardzo miłym, pracowitym i uczuciowym chłopakiem. Zakochał się, ja trochę się opierałam tej znajomości, jednak w końcu uległam. Delikatne przytulenia, nieśmiałe pocałunki i trzymanie za rękę.
Jednak z czasem zaczęło się psuć, kłótnie, zazdrość o wszystko, ograniczenia, a dla mnie była to w sumie pierwsza większa miłość.. Zaczęło mi mniej zależeć i się rozstaliśmy. Mimo twardości Sebka wiem, że bardzo to przeżył, gdy powiedziałam, że to koniec, nawet zobaczyłam u niego łzy! Powiedział, że dziękuję mi za to, że na wiele rzeczy otworzyłam mu oczy i zawsze będzie o mnie pamiętał. Po jakimś czasie zostaliśmy po prostu kumplami, on znów kogoś miał, ja także, kontakt był coraz słabszy.
Życie się toczyło. Do dnia, w którym przeżyłam szok.
Odwiedził nas jego ojciec. Po roku. Powiedział, że Sebek zginął w wypadku samochodowym. A przecież kilka dni wcześniej rozmawialiśmy przypadkiem na mieście. Byliśmy tacy młodzi! Podziękował mi za to, że go zmieniłam, bo wiele razy to powtarzał. Słyszałam to od jego znajomych. O, to ta, dzięki której Sebek stał się jakiś inny, lepszy. Mimo że dalej był sobą. A ja nic takiego nie zrobiłam, dałam mu małą cząstkę miłości, mikroskopijną, trochę innego świata.
Pogrzeb był najpiękniejszym pogrzebem jaki widziałam. O ile można tak powiedzieć... Jego przyjaciółka śpiewała tak pięknie Ave Maria... Jego koledzy Sebki w garniturach z białymi kwiatami nieśli trumnę. Na cmentarzu każdy z nich położył na trumnie białą różę.
Teraz po latach wspominam jego bananowy uśmiech. Zapalając na cmentarzu świeczkę, przypominam go sobie dresiastego, a jednocześnie takiego wrażliwego. I często jak on powtarzam sobie by myśleć pozytywnie, co by się nie działo. Te słowa były dla niego jak mantra. Wiem, że patrzy na mnie z góry, bo czasem mi się przyśni. Jego koledzy jakoś też się zmienili, dalej są Sebkami, ale są jacyś tacy spokojniejsi, nie straszą i układają sobie życie.
Ile Sebków, tyle historii.
Zacznijmy od tego, że mam 15 lat.
W 2006 r., gdy miałam 5 lat, do kin trafił film "Tylko mnie kochaj". Ja jako "największa" fanka Macieja Zakościelnego, ubzdurałam sobie, że to mój tatuś. Więc podchodziłam do każdego i mówiłam mu o tym.
Podczas wakacji w Warszawie spotkałam p. Zakościelnego i biegnąc przez Starówkę krzyczę - Tatusiu!!!
Mina Zakościelnego bezcenna!
Oczywiście moja wspaniała mama wszystko mu wyjaśniła, a ja mam zdjęcie, autograf i sławnego "tatusia" :)
Chyba każdy z nas miał choć raz wrażenie, że jest przez coś prześladowany. Jednych prześladuje pech, innych stara miłość, a mnie traktory.
Wszystko zaczęło się od mojego wypadku, który miał miejsce, gdy miałem 10 lat. Byłem szczęśliwym posiadaczem składaka, znanego każdej szanującej się osobie, mianowicie - "Vigry 3". Wracając z udanej wycieczki rowerowej po mojej ośce stanąłem tuż przed domem i czekałem, aż nadjeżdżający z oddali traktor spokojnie sobie przejedzie (stałem po przeciwnej stronie domu i musiałem przejechać przez ulicę). Tu nastąpiło moje pierwsze spotkanie z oprawcą. Traktor miał zaczepiony sprzęt do zgrabiania siana (taki podłużny wóz, do którego przyczepione są duże koła z haczykami), którym to mnie zahaczył. Efekt? Złamanie obojczyka i uziemienie w długo wyczekiwane wakacje...
Kolejny atak złośliwej maszyny miał miejsce kilka lat później. A więc późnym wieczorem ktoś postanowił wpaść do nas na kolację... do domu, przez ścianę - traktorem. Na szczęście zakończyło się na zarysowanym murze, ponieważ szatański wehikuł zatrzymał się na drzewie, dzięki temu nie mam teraz przeciągu w domu.
Około miesiąca później ten sam traktor wjechał w ogrodzenie wokół domu.
Dwa lata później skończyłem kurs na prawo jazdy. Przyszedł czas na egzamin. Czekając na swoją kolej ujrzałem tę piekielną maszynę... Ktoś zdawał na niego prawo jazdy, niespecjalnie się tym przejąłem, bo co może zrobić mi traktor w WORD-zie? I tu się myliłem... Po zaliczonym placu kolej na miasto, podjeżdżam do wyjazdu z ośrodka i dostrzegłem go, zbliżał się w moim kierunku, ponieważ wracał do ośrodka. Nastąpiło bliskie spotkanie trzeciego stopnia, przynajmniej według egzaminatora - nie zachowałem bezpiecznej odległości (nie, nie zderzyłem się, tylko zbyt blisko się minęliśmy, choć ja jestem odmiennego zdania).
Dzięki moim super przygodom dostałem nawet adekwatny pseudonim - Traktorzysta. Mam nadzieję, że finałem ekscesów z moim oprawcą nie będzie ślub.
Pojechaliśmy nad jezioro z rodzeństwem. Ja i moje rodzeństwo jesteśmy z wodą, że tak powiem "zaprzyjaźnieni", ponieważ brat jest zawodowym żołnierzem i służy w marynarce wojennej. Spędzaliśmy czas na wyścigach w wodzie, wygłupach, opalaniu, jak to rodzeństwo nad wodą...
Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale brat zauważył, że jakieś 200 m w bok od nas coś się dzieje, a nikt z ludzi przebywających tam nie reaguje... Nigdy nie widziałam takiego spida u niego, więc z siostrą szybko wstałyśmy, aby zobaczyć co się dzieje. Siostra ogarnęła sytuację jako pierwsza i pognała do imprezowej rodzinki, a ja wraz za nią...
Jakieś 15-20 m od brzegu topiło się ich dziecko, które wypłynęło za daleko, a żadne z rodziców czy dorosłych będących tam, tego nie zauważyło, bo było zajęte popijaniem piwka i grillowaniem. Brat wyciągnął dziewczynkę na brzeg i podjął jej reanimację, my zadzwoniłyśmy po pogotowie... Gdyby nie mój brat, mała by nie przeżyła i utonęła...
Topienie się nie zawsze wygląda jak na filmach, że są krzyki, płacze, machanie rękami... Często osoby "idą na dno" po cichu. Dlatego pilnujcie siebie wzajemnie, a w szczególności dzieci.
Jestem nastolatką pochodzącą z dość bogatej rodziny, lecz się z tym w ogóle nie afiszuję. Mam przyjaciółkę, której rodzina ledwo wiąże koniec z końcem. Bardzo mili ludzie, zawsze radośni i bez względu na dość trudną sytuację majątkową - prawie zawsze uśmiechnięci. Widać, że się kochają i z całych sił próbują uszczęśliwić swoje dzieci i zapewnić im jak najlepsze warunki do życia.
Pewnego dnia moja koleżanka pokłóciła się ze swoją mamą o to, że ta nie chce kupić jej bluzki, która jej się spodobała, gdyż nie miała na to pieniędzy. Przyszła do mnie zapłakana, zaczęła się żalić jakich to ma okropnych rodziców, że ich nienawidzi i ma ich dosyć. Gdy próbowałam ją pocieszyć, warknęła tylko na mnie i krzyknęła:
- A co ty możesz wiedzieć o życiu? Żyjesz sobie jak jakaś zasrana księżniczka w zamku. Masz wszystko co tylko chcesz, a twoi starzy są świetni!
Tak, są świetni... przy kimś...
Tak naprawdę znęcają się nade mną fizycznie i psychicznie. Nieraz już miałam próby samobójcze. Popadłam w depresję, anoreksję i mam początek bulimii. Ale nikt nie zdaje sobie sprawy, jak jest naprawdę. Siniaki ukrywam, blizny po samookaleczeniu też, ale mam przecież zarypistych rodziców, ponieważ całkiem dobrze zarabiają.
„Są pewne rytuały, które zachowuję, a więc: tapczan tylko w połowie zajmuję, nóg pod stół kuchenny nie wsuwam za daleko, drzwi otwieram szybko, by za długo nie czekał. Chodzę na spacer drogą utartą od lat...
Ja i cień mojego psa.”
Gdy zmarł mi dziadek - nie płakałam, odczuwałam mały smutek. Gdy zmarła ciocia, która często mnie odwiedzała - uroniłam kilka łez, było mi smutno... Lecz szybko się podniosłam i walczyłam z codziennością. Ale gdy straciłam jedynego, najwspanialszego przyjaciela, to straciłam chęć do życia. Płakałam i dalej płaczę, nie mogę się z tym pogodzić. Tak, do tej chwili. Wszyscy się dziwią, że o niego robię wielkie halo. Ale to właśnie on był zawsze przy mnie. Pocieszał, rozweselał, dzięki niemu miałam dla kogo żyć. Gdy chciałam zakończyć swoje życie, biorąc garść tabletek nasennych, trącił moją dłoń...
Tylko oczywiście zawsze znajdą się idioci, którym wszystko przeszkadza. Otruli go trutką na szczury. Zaczął rzygać krwią około 23:10. Dałam mu mleko. Wzięłam na kolana. Przytuliłam i poprosiłam, żeby nie odchodził. Potem wsiedliśmy w samochód i do weterynarza. Przed samym budynkiem jego malutkie serduszko przestało bić. Umarł mi w objęciach.
A otruli go sąsiedzi... Chwalili się tym wszystkim.
Choć od tego zdarzenia minęły 3 miesiące, dalej czuję ból. Codziennie chodzę na spacer tam, gdzie zawsze chodziliśmy. Ciągle słyszę jego szczekanie, czuję jego sierść. Ciągle wspominam nasze wspólne chwile.
Poprzez utracenie go straciłam wszystko. Muszę budować swoje „ja” od nowa.
Byłam w schronisku w poszukiwaniu kolejnego towarzysza... Z żadnym nie poczułam czegoś więcej...
Płaczę jak bóbr, bo rana nie chce się zagoić.
Chcecie coś prawdziwie anonimowego?
Siedzę w biurze, sam w pokoju, wiec nie krępując się specjalnie obniżam ciśnienie w jelitach poprzez wypuszczenie solidnego bąka (klima chodzi, więc zaraz się "rozejdzie"). Chwilę później drzwi się otwierają, wchodzi przełożona...
- Co tutaj tak śmierdzi?
Myśl, myśl!
- Przed sekundą włączyłem klimę i taki... ehh... powiew świeżości - wstałem, wyłączyłem klimę.
- Matko, bez klimy się udusisz, a przy takim zapachu nie da się pracować, pewnie coś wlazło do przewodu i zdechło...
Wyszła.
Niestety, w trosce o komfort mojej pracy wezwała serwis. Biedny pan serwisant rozebrał nawiew w moim pokoju, złożył, następnie 2 h chodził po biurze, sprawdzał po kolei nawiewy i próbował zidentyfikować, w którym miejscu może być ta padlina. I dziwnym trafem nic nie znalazł...
Nigdy się nie przyznam :)
Kilka lat temu mój wtedy świeżo upieczony chłopak zaprosił mnie na imprezę do swoich znajomych. Wszystko świetnie, gdyby nie zmora, która męczy każdą kobietę co miesiąc - okres. Trudno, i tak poszłam.
Impreza mocno zakrapiana, po kilku głębszych poczułam potrzebę fizjologiczną - idę. Pozbyłam się tamponu, zawinęłam go w papier... ale co dalej? Pijana wkręciłam sobie, że to wstyd spytać kogoś o śmietnik, trzymając po wyjściu z toalety zawiniątko. Misterny plan? Mam torebkę, jutro się go pozbędę.
Pech chciał, że gdy wracałam z chłopakiem do domu, zatrzymała nas policja. Powód? On przypominał kogoś poszukiwanego. Przeszukali nas, aż doszło do mojej torebki. Młody geniusz stwierdził, że zawiniątko to narkotyki. Momentalnie przetrzeźwiałam.
Po odwinięciu ja burak, policjant burak, chłopak w śmiech. Jeszcze nigdy policja nie puściła mnie tak szybko.
Tak, z chłopakiem dalej jesteśmy razem, zaraz 4 lata ;)
Tyle tu o wyznań o dresach, że aż dodam coś od siebie.
Na początku zaznaczę, że mieszkam na osiedlu, nad którym grupa ta trzyma władzę bezwzględną. Posiadam kilku znajomych dresów, nie są to jednak słynne Sebki, lecz dorośli, wykwalifikowani panowie dresowie. Panowie z pracą, rodziną. Niejeden z nich posiada dzieci, do których jest mi bliżej wiekowo niż do nich samych. Z racji tych znajomości nigdy nie bałam się wracać sama nocną porą. Pewnie, nieraz zostałam zaczepiona. A to piwko zaproponowali, a to papieroska. Czasem nawet zapytali o ulubiony klub, a moje niezadowalające ich odpowiedzi skończyły się łagodnym nawróceniem mnie poprzez gest ofiarowania szalika. Czy innych zaczepiali w bardziej nachalny bądź agresywny sposób? Możliwe. Nigdy jednak nie byłam świadkiem takiego zdarzenia, nie słyszałam też nic na ten temat. Jak już wspomniałam, nocne powroty nie były mi straszne. Do czasu. I tu przechodzimy do historii...
Otóż pewnego dnia na osiedlu pojawiła się grupa Sebków z prawdziwego zdarzenia. Wulgaryzmy, muza z telefonów, obowiązkowe 3 paski na dresie. Widząc obcą grupę powinnam pewnie poczuć niepokój. Myślałam jednak, że są to adepci sztuk dresowych, nowe pokolenie, które nie zdążyło się jeszcze zapoznać z lokalnym savoir-vivre'em. Otóż nie. Kiedy spokojnie przechodziłam obok nich, nagle znaleźli się tuż koło mnie. Nim zorientowałam się co właściwie się dzieje, jeden już trzymał moją torebkę, a dwóch trzymało mnie. Strach mnie sparaliżował, nie wiedziałam co zrobić. Pewnie liczycie na pojawienie się teraz moich znajomych przybyłych na ratunek? Niestety nie uratowali mnie. Ale za to ktoś inny to zrobił...
Pojawiła się znikąd. Burza platyny i tipsów. Machała rękami z prędkością godną Flasha. Biła ich po twarzach, drapała tipsami. Z jej ust wydobywała się seria niczym z CKM-a. Nie będę cytować usłyszanych wulgaryzmów, jednak ogólny wydźwięk to rozkaz zostawienia mnie w spokoju i oddania mi mojej własności. Byłam zszokowana nie mniej niż Sebki. Jej rozkazy zostały wykonane i niczym strzała pognałam do domu z torebką w stanie nienaruszonym. Niedługo potem zaopatrzyłam się w gaz i wyruszyłam na zwiad terenu. Okazało się, że rzeczywiście byli to adepci, ale z sąsiadującego osiedla. Moja bohaterka nagłośniła wydarzenie i Sebki dostały zasłużone lanie. Od własnych ojców, wykwalifikowanych dresów.
Nie oceniaj więc dresa po dresie, a Mariolki po tipsach! Jeżeli to czytasz, moja bohaterko, to serdecznie Ci dziękuję, wcześniej nie miałam okazji.
Dodaj anonimowe wyznanie