#XkW6O
Właśnie wtedy wymyśliłam sobie przyjaciela. Miał na imię Iggy, był nieco starszy niż ja. Wysoki, szczupły chłopak o mlecznobiałych włosach sięgających do ramion. Był zawsze, gdy się bałam, gdy było mi źle, gdy miewałam myśli samobójcze. Stał zawsze obok, kiedy podcinałam się żyletkami i prosił, bym przestała.
Dorosłam, stanęłam na nogi, wyniosłam się z toksycznego domu. Iggy coraz rzadziej mnie odwiedzał. Już nie stał przy łóżku, gdy zasypiałam, już nie gościł w moich snach.
Mam ponad 20 lat, a ciągle zastanawiam się jak bardzo musi być zdesperowany człowiek, by jego mózg wyimaginował "człowieka", który jest jednocześnie najlepszym przyjacielem, obrońcą, wsparciem i terapeutą w jednym. Choć minęło już tyle czasu, nadal tęsknię za kimś, kogo nigdy nie było...
#YAZAs
#VfN81
Obecnie wszyscy są w przedziale wiekowym 20-31 lat.
Skoro razem się wychowywaliśmy to chyba jest zrozumiałe, iż do tej pory spotykamy się prawie co weekend - czasem przy alkoholu, a czasem zwyczajnie przy pizzy.
Dziś, gdy powiedziałam w domu, że w najbliższy weekend jadę do mojego byłego chłopaka na imprezę z okazji "okrągłych urodzin" - mieszka w innym mieście (dodam, że moi rodzice nigdy za nim nie przepadali), dowiedziałam się, że mama uważa mnie za dziw*ę, bo najpierw latam do sąsiadów, a później "wskakuje do łóżka" mojemu ex.
Dobrze wiedzieć, że mam wsparcie u rodzicieli.
#ilFii
No cóż, po dwóch tygodniach też wpadłam, szkoda tylko, że "pokrzywy'' to tak naprawdę była ospa i pół przedszkola się rozchorowało.
#PRa3y
Właśnie to się nazywa dorastanie, kiedy uświadamiasz sobie, że nawet twoje urodziny były tylko pretekstem, żeby paru wujków mogło się po prostu napić, a parę ciotek poplotkować.
#NHIXv
#EeS8l
#C0BtR
Jak miałem 17 lat, miałem pierwszy poważny związek, a przynajmniej dla mnie był poważny, bo jak się potem okazało, moja wybranka chciała tylko misia, drugi związek rozpadł się po miesiącu, jak dotarło do mnie, że moja kolejna dziewczyna woli ćpać niż podjąć leczenie, iść na odwyk i zmienić coś w swoim życiu.
Z kolejną wybranką spędziłem ponad rok i nawet zamieszkaliśmy razem z jej rodziną. Jednak po dłuższym poznaniu oboje uznaliśmy, że to nie to, a zerwała ze mną, bo pojechałem na zajęcia zamiast z nią na jej urodziny do klubu, a wiedziała, że kiepsko się czuję w takich miejscach.
Kolejna była ode mnie sporo starsza, prawie o 10 lat, ale nie przeszkadzało mi to, sądziłem, że przy niej będę szczęśliwy i coś poważnego z tego będzie, kiedy jednak dowiedziała się, że nie mogę się przeprowadzić, zostawiła mnie ze względu na swojego syna. Jestem w stanie ją zrozumieć, mogła jednak pomyśleć wcześniej o tym, że mieszkamy od siebie jakieś 400 km i jedno z nas będzie musiało się przeprowadzić i powinniśmy to uzgodnić zanim dowiedziałem się, że ma syna, który będzie odgrywał ważniejszą rolę w jej życiu (co oczywiście jest to dla mnie całkowicie normalne i zrozumiałe). Kilka miesięcy po rozstaniu z nią spróbowałem swingowania i w sumie bardzo mi się spodobało (zresztą któremu facetowi by się nie spodobało?), cały czas jednak chciałem poznać kogoś, z kim będę mógł spędzić resztę życia. Próbowałem chyba wszystkiego, aplikacje, strony randkowe i randki na fb, wszystko lipa. W końcu na jednym ze spotkań poznałem już chyba moją byłą, bo w sumie nie wiem, czy dalej jesteśmy razem czy nie, wątpię, że coś z tego będzie, ale wciąż mam nadzieję.
Nie wiem, czy mam takiego pecha czy zwyczajnie przyciągam dziewczyny, które są niedojrzałe i nie wiedzą czego chcą, czy to ze mną jest coś nie tak.
Obecnie jestem w miarę zabezpieczony w kwestii mieszkania i proponowałem mojej dziewczynie, żeby się przeprowadziła do mnie, skoro ona nie ma gdzie mieszkać, a do tego będzie bliżej swoich synów, nie wiem dlaczego ona nie chce się przeprowadzić niby to z powodu depresji bo nic jej się nie chce a musi pozbierać swoje dokumenty, zaproponowałem że przyjadę to ucina temat. Najgorsze jest to, że od prawie dwóch tygodni mało co się do mnie odzywa i jedyny kontakt odbywa się przez naszą wspólną znajomą, która też była na spotkaniu. Nie wiem co robić, bo moja propozycja pomocy w leczeniu, wspólnym mieszkaniu i walki o jej dzieci została skwitowana krótkim „eh”. No serio, tylko tyle? Tak jakby jej nie zależało, a ja najwyraźniej jestem największym naiwniakiem, bo wciąż mam nadzieję.
#lPVAB
Początek podróży minął bardzo cicho. Dopiero mniej więcej w połowie drogi do miasta akademickiego spadł jej telefon na podłogę. Po tym, jak go podniosłem, zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że też jedzie na zjazd, ba! Studiujemy na tej samej uczelni. Jak się później okazało, byliśmy w tej samej grupie i... mieszkaliśmy w tym samym mieście. Sprzyjało to częstym spotkaniom. A teraz... jesteśmy w sobie zakochani i nie potrafimy bez siebie żyć. Tak oto PKP łączy ludzi.