Miałem 15 lat. Jestem nieśmiałym introwertykiem, a w tamtym okresie było to tak nasilone, że nie potrafiłem nawiązywać jakichkolwiek relacji, wstydziłem się, bałem odpowiedzi. Jednak potrafiłem robić z siebie "debila" publicznie. Wyjść przed grupę ludzi, zrobić co swoje i zejść. Zgłaszałem się do takich akcji np. w szkole bądź na jakichś wyjściach szkolnych na rozmowę z kimś, gdzie często zabierałem głos lub przemawiałem, potem kończąc z burakiem na twarzy.
W wieku 15 lat kończyłem bierzmowanie, a jak na bierzmowaniach bywa - odbywają się czasem spotkania ze wszystkimi grupami. Jedno z takich spotkań dotyczyło tematu zaufania. Przy ołtarzu kościoła występował ksiądz i opowiadał o tym, jak ono jest ważne, że tak naprawdę jego nadużycie jest czymś dobrym - porównywając je do liny, którą się przecina, a naprawą związuje, przez co te osoby są ze sobą bliżej. Kościół był zapełniony wiernymi, jak i osobami z grup, które potrzebowały podpisów do bierzmowania.
Częścią tego spotkania było wybranie ochotnika z tych grup do pokazania tego, jak działa zaufanie. Nie myśląc, zgłosiłem się bez zastanowienia i poszedłem do ołtarza. Wszystko miało polegać na tym, że ja, zamykając oczy, będę upadał na plecy, a ksiądz złapie mnie w locie, by nic mi się nie stało. Spytał się mnie, czy rozumiem o co chodzi, więc odpowiedziałem, że tak. Odwróciłem się, a ksiądz mówił do wiernych dalej. No to rzuciłem się w tył, czekając na to, aż mnie złapie. Niestety nie doczekałem się i przygrzmociłem w marmurową podłogę tak, że odbiło się echem po całym kościele. Ksiądz pomógł mi wstać i powiedział mi, że jeszcze nie dał sygnału do startu. Śmiech wywołany tym wydarzeniem był przeogromny, a ja po prostu wstałem i poszedłem na swoje miejsce.
Słowem zakończenia, w kościołach nie oszczędzają na jakości materiałów budowlanych.
Historia sprzed 5 lat.
Znaliśmy się z Arkiem od pierwszej klasy liceum. Nie mieliśmy jakiegoś szczególnego kontaktu, śmiechy chichy i fakt, że siedział przede mną na matmie i czasem dawał mi ściągać. Od zawsze go lubiłam, wysportowany, szerokie barki, piękny uśmiech. Podobał mi się, ale nie byłam w nim zakochana. Pociągał mnie fizycznie.
Wszystko zmieniło się na studiach. Mieszkaliśmy na jednym osiedlu, mieliśmy tych samych znajomych, chodziliśmy na te same imprezy. Zaczynaliśmy się bardziej poznawać, fascynował mnie i imponował mi bardzo. Powoli zaczęłam się w nim zakochiwać. Pierwszy raz zaczęłam czuć coś do kogoś! Byłam w siódmym niebie, bo widziałam, że on też coś do mnie czuje. I tak spotykaliśmy się przez prawie pół roku i było nam fajnie.
Az wreszcie przyszedł ten dzień. Byłam dziewicą, ale wiedziałam, czego chcę. I tak jak zawsze po imprezie wracamy razem do domu, a on pewny siebie idzie za mną do mojego mieszkania. No i się stało. Rano zjedliśmy razem śniadanie, pocałował mnie na pożegnanie, klepnął w tyłek i poszedł, a ja cała w skowronkach poszłam dalej spać.
I tyle go widziałam. Arek jeszcze w liceum założył się ze swoim przyjacielem, że mnie przeleci. Przez ponad pół roku powoli mnie w sobie rozkochiwał, żeby później mnie tylko DLA ZAKŁADU przelecieć. Straciłam dziewictwo z największym dupkiem świata.
Więcej go już nie widziałam, dlatego Arku, chciałam Ci z całego serca podziękować za złamanie serca i wpędzenie w depresję.
PS. Wyszłam na prostą. W przyszłym roku wychodzę za mąż. Nie za Arka.
Przez długi czas byłam jedynaczką. Rodzice bardzo mnie kochali, natomiast siebie nawzajem już mniej. Dochodziło między nimi do awantur, nieraz ojciec podniósł rękę na matkę. Pod wpływem namów dziadków, rodzice postanowili ratować małżeństwo i kiedy ja miałam 12 lat, narodziła się moja młodsza siostra. Powiększenie rodziny w niczym nie pomogło. Awantury były coraz częstsze i gwałtowniejsze. Matka często musiała ukrywać ślady po pobiciach.
Któregoś dnia ojciec oświadczył nam, że znalazł sobie inną kobietę i odchodzi. Odetchnęłyśmy z ulgą. Pamiętam, że mama powiedziała mi wtedy, że to koniec awantur i już zawsze będziemy mogły żyć spokojnie, bez strachu.
Po kilku latach mama znalazła sobie nowego mężczyznę. Początkowo wszystko było jak w bajce, ale jak powszechnie wiadomo, historia lubi się powtarzać. Mama trafiła na kolejnego awanturnika i, dodatkowo, alkoholika. Do naszego życia wróciły codzienne awantury. Miałam już wtedy 17 lat, siostra była jeszcze mała, ale widziałam, jak bardzo to wszystko przeżywa. Nie chciałam przechodzić przez to drugi raz i nie chciałam takiego życia dla mojej małe siostry. Mamy też mi było szkoda, znowu trafiła na palanta, ale bała się odejść.
Musiałam coś zrobić. Powiedziałam mamie, że jej facet mnie molestuje. Z początku była w szoku, ale uwierzyła mi i kazała mu się wynosić. Oczywiście, facet zaprzeczał i bronił się jak tylko mógł, bo przecież był niewinny. Ze strachu, że wszystko się wyda wpadłam w histerię - płakałam, krzyczałam. Mama nie miała wątpliwości - spakowała jego rzeczy i wystawiła je za drzwi. Ubłagałam ją, żeby nie iść z tym na policję, bo nie chcę przeżywać tego drugi raz, nie chcę, żeby wytykano mnie palcami.
Mama początkowo była smutna, zawiedziona. Jej kolejny związek okazał się totalnym niewypałem. Ale ja byłam z siebie zadowolona. Ustrzegłam ją przed kolejnymi siniakami, a młodszą siostrę przez zmarnowanym dzieciństwem. Mama przebolała to wszystko i dziś jest szczęśliwą kobietą. Zamiast marnować energię na awantury, poświęca się mojej młodszej siostrze. Zazdroszczę młodej takiego dzieciństwa :)
Jestem zadowolona z tego, co zrobiłam kilka lat temu. Czy słusznie, to już sami oceńcie.
Każdy z Was pewnie pamięta szkolne apele. Te chwile pełne stresu, kiedy dyrektor lub nauczyciele wywoływali osoby, które przeskrobały coś w szkole.
Ostatnio również w mojej (co ważne dla sytuacji - katolickiej) szkole nasz dyrektor, który jest również księdzem, straszliwie wkurzony zwołał taki właśnie apel.
Na apelu zaczął krzyczeć, że w naszej szkole grasuje banda wandali i - o zgrozo - satanistów! Rzeczona banda włamała się do sali fizycznej i na tablicy napisała straszliwe bluźniercze hasła. Ksiądz groził zarówno winnym, jak i nauczycielom, którzy mieli tam lekcje konsekwencjami, włącznie z wyrzuceniem ze szkoły. Mało tego - oberwało się też tym, którzy się śmiali i uważali, że ksiądz przesadza.
Jesteście pewnie ciekawi jaka była treść owego straszliwego napisu?
"Szatan to pała! - oficjalni chuligani Jezusa Chrystusa".
Skończyłem studia kilka miesięcy temu. Próbowałem znaleźć pracę, ale nie udawało się to przez dłuższy czas. W końcu dostałem propozycję z urzędu miasta na stanowisko sekretarza, była tam również młoda kobieta.
Po mojej rozmowie, gdy tylko ona weszła na rozmowę kwalifikacyjną, spostrzegłem, że zostawiła telefon. Chciałem jej go zwrócić. Chwilę poczekałem, ale postanowiłem wejść do pokoju. Gdy wszedłem do biura, zastałem ją nagą i starszego człowieka, który miał być moim szefem. Zwróciłem telefon i wyszedłem z biura.
Nie dostałem pracy, bo wyprzedziła mnie dziewczyna z zawodówki. Zatrudnili ją, a ja musiałem szukać dalej.
Od zawsze miałam wybujałą wyobraźnię i dobrze kłamałam.
Jako 7-latka uczęszczałam na zajęcia z gimnastyki korekcyjnej. Wraz ze mną chodziła koleżanka z klasy, Jola, a zajęcia odbywały się po normalnych lekcjach.
Tego dnia pokłóciłam się o jakąś bzdurę z Jolą i niesamowicie obrażona na cały świat postanowiłam uciec z domu. Po szkole, zamiast wrócić do domu jak zawsze, poszłam na pętlę autobusową i wsiadłam do busa. Pojechałam nim do końca trasy i wysiadłam. Ci którzy mieszkają we Wrocławiu wiedzą, że jest tajemnicza dzielnica zwana Psim Polem. Zadupie straszne, a robiło się coraz ciemniej. Nie miałam swojego telefonu, które wtedy nie były tak powszechne i po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że nie wiem gdzie jestem. Zaczęłam ryczeć, plecak zaczął mi ciążyć i powoli uświadamiałam sobie w jak ciemnej jestem dupie.
Na szczęście zauważył mnie starszy pan. Zapytał gdzie moi rodzice i pomógł mi wrócić do domu.
A teraz puenta: gdy trafiłam już w ręce ojca (który postawił na nogi całą szkołę, bo nie wróciłam), ten mnie pyta czemu uciekłam. A ja, bojąc się, że zabroni mi bawić się z Jolą (na którą przestałam się gniewać), powiedziałam:
- Diabeł mi kazał.
Mężczyzna mojego życia walczy o życie.
Mój kochany tato. Kilka dni temu poczuł się słabo i przewrócił się na schodach. Niefortunnie uderzył się w głowę. Pogotowie, OIOM. Diagnoza: pęknięta czaszka i dwa krwiaki przy mózgu, prawdopodobnie nieodwracalne zmiany w mózgu. Teraz leży w śpiączce. To tylko kilka dni, a dla mnie to już wieczność. Nie mogę powstrzymać łez, kiedy przy nim siedzę, trzymam go za rękę. Bardziej prawdopodobne jest to, że umrze albo pozostanie w śpiączce, niż to, że przeżyje i się wybudzi.
Ale wiecie co jest najgorsze? Nikt nie ma nadziei. Cholernie nikt nie wierzy, że może za kilka miesięcy tato znów będzie się z nami śmiał, rozmawiał. Każdy jest przygotowany na najgorsze i płacze po kątach. Też płaczę, ale ja wierzę, że jeszcze spędzę z tatą święta. Że puszczę mu piosenkę jego ulubionego zespołu, bo sam tego nie potrafi (nie ogarnia telefonów, komputera). Że posłucham jej razem z nim, a nie będę musiała wkładać mu słuchawki do ucha i czekać, żeby chociaż poruszył palcem słysząc tę melodię.
Najgorsze są komentarze: "Był takie dobry, szkoda go", "Tak przykro, że dzieci zostały bez taty". ALE ON ŻYJE!
Wierzę, że słyszy, że czuje, że nadal jest z nami i nas kocha!
Mam nadzieję, że do nas wróci. Może jutro, może za miesiąc, może za rok. Ale wróci, a ja będę na niego czekać!
Teraz po prostu śpi :-(
Miałem wtedy jakieś 5 lat. Byłem świeżo po kąpieli, a nie zabrałem sobie żadnych ubrań, więc postanowiłem, że pójdę po nie nago. Podchodzę do szafki, otwieram ją (dodam, że to szafka wysuwana) i spojrzałem w dół. No i widzę, jak mi coś dynda (w sumie nic nowego). Wpadłem na pomysł: co by się stało, gdyby końcówkę mojego ptaszka przymknąć szafką. Ale tak delikatnie...
No i delikatnie zasunąłem (tak, że nic nie bolało). No i nic, postanowiłem, że odsunę ją i ubiorę się. Jednak szafka była na tyle szeroka i ciężka, że nie mogłem sobie poradzić, żeby ją otworzyć. Żadne próby naciągnięcia, otworzenia nie udały się - coś się zaklinowało...
Zawołałem moją mamę, która odsunęła szafkę i uwolniła mnie z "rąk" tego potwora. Na szczęście nie zadawała żadnych pytań i nikomu dzisiaj o tym nie opowiada.
Kochana mama :')
Jakiś czas temu zdałam prawko. Rodzice bez problemu dawali mi swój samochód, a jeżdżą nie byle czym. Taty często nie ma w domu, bo wyjeżdża za granicę. Tak było i teraz. Gdy wyjeżdżałam z podwórka, przerysowałam bok samochodu o bramę wjazdową. Rysa na pół samochodu od strony pasażera. Gdy wróciłam, postawiłam auto tak, by od okna nie było widać. Przez dwa tygodnie nikt nic nie zauważył, chociaż mama jeździła codziennie.
Pewnej soboty siedzimy przy stole, bo taty imieniny. Impreza na 20 osób. A tata mówi: "Wiecie co... Dzisiaj rano bylem na zakupach. Postawiłem samochód na 5 minut na parkingu i jakiś dziad zarysował mi samochód".
Nie przyznałam się, że tym dziadem jestem ja.
Jest 93 minuta meczu.
Wasza drużyna sekundę temu strzeliła bramkę wyrównującą.
Tablica wyników pokazuje 2:2.
Zostało 60 sekund do końca spotkania.
Wasza drużyna atakuje.
Od tego, czy strzelą bramkę zależy, czy utrzymają się w lidze.
Cały stadion wstrzymuje oddech.
Wszyscy dosłownie na kolanach, ze złożonymi rękoma wpatrują się w bramkę.
Przede mną siedzi chłopak - klubowy dresik, szalik, czapeczka. Full opcja.
I co robi w takiej sytuacji?
Rozwiązuje sudoku.
Dodaj anonimowe wyznanie