Dzisiaj rano jak to zwykle ja zaczęłam dzień od porannej kawki :) Ale to najmniej istotne. Zatem siedziałam rano w kuchni i słyszę dzwonek do drzwi, bardzo się zdziwiłam, bo było ok. 10, a ja nie spodziewałam się gości. Otwieram, patrzę, a to nie kto inny jak Świadkowie Jehowy.
Były to dwie młode panie ok. 30 lat, ładnie się przywitały i wtedy nawiązał się dialog:
- Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o Bogu ? - pytają mnie. Ja zazwyczaj szybko zbywam takich ludzi, ale wtedy przypomniał mi się tzw. "suchar", mianowicie:
- Dzień dobry, ależ oczywiście możemy porozmawiać, ale najpierw mam do pań pewne pytanie, jeżeli na nie odpowiecie poprawnie, znajdę chwilę czasu na rozmowę.
Zgodziły się, więc ja kontynuowałam:
Więc moje pytanie: Czy wiedzą panie co robi Jezus z tatuażami? - pytam je, oczywiście poważną miną. Kobiety były w osłupieniu, ale dociągnęłam do końca.
Powiem szczerze, że jeszcze takiego zdziwienia nie widziałam, spojrzały po sobie i spojrzały na mnie pytającą miną, więc ja im na to:
- " JE...HOWA"- odpowiedziałam , wciąż z powagą, ale przyznam, nie umiałam już wytrzymać.
Panie grzecznie przeprosiły i poszły. Jeszcze w życiu się tak nie uśmiałam, a panie pewnie już u mnie nie zawitają :)
Historia o dresach i metalowcach.
Sam mieszkam w domu jednorodzinnym, ale w "obwodzie" mojej zarówno podstawówki jak i gimnazjum znalazły się kamienice z mieszkaniami socjalnymi, gdzie ulokowano największa patologię miasta, jak i blokowiska pełne barwnej młodzieży, a nawet dom dziecka... Także początkowe etapy edukacji współdzieliłem z typowymi sebkami.
Oczywiście kiedy mieli po 7 lat, tacy nie byli, ale sporo z nich zakończyło swoją edukację na gimnazjum i zasiliło szemrane towarzystwo na osiedlach. Ale nie ma co, chłopaki z osiedli o kolegach ze szkoły nie zapominają. Szczególnie, że z wieloma z nich się widziałem codziennie przez 9 lat edukacji.
Sam jakoś w gimnazjum zboczyłem na ścieżkę ciężkiej muzyki i tak mi zostało i mój wygląd to zdradza... czym od czasu do czasu prowokuję różne zaczepki ze strony dresiarni różnej maści.
Jakiś czas temu wracałem już późnym wieczorem z imprezy. W bramie jak to w bramie, stoją dresiarze i są zajęci swoimi sprawami.
- Ej, kurwa brudasie! - Słyszę nagle z ich strony.
- Kurwa, to mój kumpel z podstawówki, jeszcze raz go brudasem nazwiesz to ci przypierdolę - dodał bliżej niezidentyfikowany głos... Chociaż mam swoje podejrzenia.
Mam 29 lat, mieszkam razem z mężem, synkiem i moją mamą.
Mój ojciec zmarł, gdy byłam dzieckiem. Mama żyje ze skromnej emeryturki. Nam też się nie przelewa.
Krótko po naszym ślubie w 2009 r mama zachorowała na raka. Moje rodzeństwo, brzydko mówiąc, umyło ręce. Ty z mamą mieszkasz, to ty się nią opiekuj.
Badania, wizyty prywatne, leki kosztowały majątek. Dla mojego męża było oczywiste zrezygnować z planów, marzeń, inwestycji na kilka lat, biorąc duży kredyt na leczenie mamy. "Bo mamę masz jedną"...
W tej chwili mama żyje. Jak może, to nam pomaga w opiece nad brzdącem.
Dla mojego męża jest jak własna matka, nie teściowa. I nie zawahałby się postąpić tak raz jeszcze :)
Pewna kobieta z pięcioletnim stażem małżeńskim, pytana wielokrotnie "na co czekacie?", "dlaczego nie macie jeszcze dzieci?", "kariera wam już całkiem przysłoniła prawdziwe wartości", "młodsza nie będziesz" itd. Kobieta ta uśmiecha się i ma gotowe odpowiedzi, że na wszystko przyjdzie czas, to nasza sprawa...
Kobieta wraca do domu i płacze, bo:
- Starają się o dziecko od 4 lat
- Swoją wyczekaną pierwszą ciążę straciła w 3 miesiącu
- Wie, że byłaby wspaniałą matką, ale nią nie zostanie
- Wie, że jej mąż byłby cudownym ojcem, a ona nie może mu tego dać
- Płacze, ponieważ kwestia ta jest powodem kryzysu w jej małżeństwie
- Płacze, bo jedni i drudzy rodzice chcieliby być już dziadkami
- Płacze, gdy widzi kobietę w wysokiej ciąży z alkoholem i papierosem w ręku
- Płacze, bo już wybrała imiona
- Płacze, bo dziecko to jej jedyne marzenie
- Płacze, bo ma pusty pokój w swoim domu z łóżeczkiem dla dziecka, które straciła
- Płacze, bo jedyne co może kupić w Dniu Dziecka to znicz....
Tą kobietą jestem ja.
Nie pytaj, nie oceniaj, uszanuj... Przemilcz.
Moja mama miała raka jajników. Obawiała się, że jej córki dziedzicznie mogą być narażone, dlatego też od zawsze mocno kontrolowała nasze miesiączki, ich bolesność, regularność.
Gdy moja siostra miała ok. 14 lat i dopiero wkraczała w życie dorosłej kobiety - stało się. Zaczęło ją mocno boleć w dolnej części brzucha. Było to jakoś niedługo po tym, jak mama wyszła z choroby, tak że wszyscy w rodzinie tworzyli już w głowach najgorsze scenariusze.
Mama pojechała z siostrą na badania. Młoda lekarka powiedziała, że na USG widać dużą torbiel na jajniku.
Minęło parę dni, ból był coraz większy. Płacz, rozpacz i zastanawianie się co robić dalej nie trwało jednak długo - drugi lekarz po przeprowadzeniu kolejnego badania powiedział, że to nie torbiel, a masy kałowe, które pewnie są przyczyną boleści (kto miał zatwardzenie, ten wie).
Rak okazał się być po prostu gównem na zakręcie.
Wszystko skończyło się dobrze, do dziś wszystkie jesteśmy zdrowe. Dziewczyny, badajcie się!
O zbieżnościach nazwisk słów kilka :)
Kilka lat temu nasz perkusista postanowił zrobić prawko. Zapisał się, po teorii przyszedł czas na jazdy. Przychodzi na plac, wyciąga rękę, żeby się przywitać z nauczycielem, i wywiązuje się dialog:
Nauczyciel: Krzyżak.
Kolega: Pająk.
Nauczyciel: Napiernicza się pan?!
Kolega musiał pokazać dowód osobisty, żeby udowodnić, że się nie napiernicza z nazwiska nauczyciela, za to wszystkie jazdy minęły już na luzie, a kolega zdał za pierwszym razem :)
Mieszkam na wsi. To istotne w tej historii. Mamy trzy domy dalej pewną piekielną sąsiadkę. Typ "ja muszę wszędzie być i wszystko wiem lepiej". Odkąd tylko pamiętam, stwarzała wszystkim naokoło problemy. A to jakieś dziecko jej "dzień dobry" nie powiedziało, a to sąsiadka za blisko płotu posadziła drzewko, a to naprzeciwko stała kałuża... Czepiała się dosłownie o wszystko. Pewnego dnia jednak miarka się przebrała.
Wczesną wiosną, zaczęły się roztopy, okazało się, że zalało nam ogród i piwnicę, a tak zwane "rowy" wody nie chcą odbierać. Dla wszystkich jasne było, że zaraz będziemy mogli z domu wypływać kajakiem, więc trzeba wezwać straż. Sytuacja zgłoszona - straż przyjechała, rozciągnęli węże i zaczęli wodę wybierać. Moja mama poszła rozmawiać ze strażakami, a ja tymczasem parzyłam sobie ciepłą herbatę... Wtedy usłyszałam krzyki. Charakterystyczny jazgot naszej "ukochanej" sąsiadki. Podeszłam do okna zobaczyć co znowu wymyśliła i zamarłam. Stała przy mojej mamie i krzyczała, że to MY sobie SAMI zapchaliśmy rowy i celowo tę wodę zbieramy :D
Przez moment się z tego śmiałam, podobnie jak strażacy, którzy postanowili zignorować to babsko i wrócić do pracy... Ale kiedy usłyszałam jak wyzywa moją mamę z tegoż oto szlachetnego powodu i grozi jej, że zaraz wezwie policję - nie wytrzymałam. Miałam wtedy może z 16 - 17 lat, ale jak stałam, tak wyskoczyłam na dwór, wystrzeliłam jak z procy na ulicę i dotarłam do sąsiadki. Kiedy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się i zapytała złośliwie, czy wiem, że moja matka zapchała rów? Uśmiechnęłam się najbardziej ironicznie, jak tylko umiałam, schyliłam do jednej z ostatnich zasp śniegu i zgniotłam w rękach kształtną, pokaźnej wielkości kulkę. Spojrzałam tej jędzy prosto w oczy i odparłam:
- Nie. Ale wiem, że Ty się teraz zapchasz.
Po czym zwyczajnie rzuciłam jej śniegiem prosto w twarz. Nigdy przedtem, ani nigdy później nie widziałam tak zdziwionej osoby. Może to dlatego, że dotychczas uważano mnie za spokojną osobę, a może dlatego, że jako pierwsza odważyłam się jej jawnie przeciwstawić.
Od tamtej pory sąsiadka nigdy więcej nie miała do nas żadnych problemów. Nigdy też się nie odezwała. Jak widać, w prosty i skuteczny sposób dosłownie ostudziłam jej zapał do kłótni.
Ja, dziewczyna od zawsze ambitna, z planem na przyszłość. Wzorowa uczennica od podstawówki, rodzice wbijali mi do głowy, by zostać kimś wielkim. Ba, sama tego chciałam - marzyłam o karierze naukowej.
Po świetnie zdanej maturze oczywiste było, że pójdę na studia. Na studiach zostałam tak długo, że zrobiłam doktorat i zostałam wykładowcą akademickim. Wiele publikacji i konferencji za mną. Byłam jednym z bardziej szanowanych specjalistów w kraju w swojej dziedzinie.
Ale pewnego dnia, mając lat 30 i kilka obudziłam się i chciałam coś zmienić w swoim życiu.
Rodzinie powiedziałam, że zaocznie zaczynam studiować nowy kierunek studiów, a tak naprawdę... Zaczęłam jeździć do innego miasta do szkoły dla przyszłych fryzjerów. Nie inaczej - poważna pani doktor uczyła się zawodu fryzjera.
Po ukończeniu kursów rzuciłam pracę na uczelni. Znajomi z pracy i najbliżsi pukali się w czoła. Ja jednak wiedziałam, że to właśnie tego chcę - kontaktu z prawdziwymi ludźmi, a nie oficjalnych rozmów zza akademickiego pulpitu.
Założyłam swój salon i chociaż zarabiam dwa razy mniej niż parę lat temu, to mam coś więcej - spełnienie i wielką satysfakcję.
Że mój szesnastoletni brat jest idiotą, wiedziałam od dawna.
Dziś przebił samego siebie - wlał do umywalki 250 ml gorącego wosku, który potem zastygł w rurze.
Brawo bracie!
"O tym jak śmierć będzie moim wybawieniem"
W moim 30-letnim życiu wydarzyło się tyle, że starczyłoby na 30-40 wyznań.
Najważniejsze o urodzeniu mojego wcześniaka (900g) i naszej śmierci podczas porodu, na którą skazał nas personel szpitala już opisałam. Byłam pewna, że to mój upór i podświadomość uratowała nas, dopiero teraz kiedy z bratem (mieszka na stałe w UK) przeszukaliśmy stary dom babki, zobaczyłam że jest coś jeszcze.
Matka mojej mamy wychowywała się w małej rosyjskiej wiosce. Z jej opowiadania wiem, że wieku 16 lat utonęła. Wyciągnęła ją i uratowała szeptucha (taki niby rodzaj wiedźmy) niewiele starsza od niej. Następnie wyemigrowały do Polszy na Lubelszczyzne. W wieku 30 lat babka miała za sobą 2 rozwody, podróż do USA - do swojego brata i kilkoro dzieci. Chwilę później i schizofrenię, która niszczyła rodzinę, za to szeptucha została (najlepsza przyjaciółka i sąsiadka).
W wieku 8 lat moja mama uległa wypadkowi. Zatrzymało się jej tętno. Felczer (taki lekarz bez dyplomu), który przybył wtedy do jej domu (komuna i wieś - 0 szpitala) stwierdził zgon.
Ksiądz namaścił, odpuścił grzechy i wszyscy wyszli. Wszyscy poza babką i szeptuchą.
Po 20 minutach mama miała gorączkę i majaczyła, ale żyła. Mama wszystko pamięta z tamtego zdarzenia, włącznie ze swądem ziemi i uczuciem błogości podczas wychodzenia z ciała. Opowiadała mi, ale tylko raz. W wieku 30 lat zachorowała na schizofrenię i nigdy więcej nie wróciła do tematu.
Ja umarłam w wieku 28 lat - podczas w/w porodu. W kwietniu skończyłam 30 lat.
Zgadnijcie kto ostatnio czuje ścisk i duchotę we własnym mieszkaniu, kiedy w nocy idzie po dużym pustym salonie do WC? A kto słyszy głosy i widzi rzeczy we śnie, które odzwierciedlają się w 100% (nawet głupią kradzież telefonu mojego brata)?
Tak ja....
Nie idę do psychiatry, diagnozę znam.
Nie chcę skończyć w szpitalu tak jak mama.
Co do domu babki, to znaleźliśmy tam z bratem 2 otwierane deski w podłodze pod meblami kuchennymi a tam... piwnicę!!! W niej babki zeszyt z notatkami z angielskiego, który na odwrocie ma dziwne symbole i niezrozumiałe rosyjskie słowa (a znam ten język prawie jak polski) łącznie ze zdjęciami wszystkich chyba babki zmarłych synów (tylko jej córkom dane było żyć). Wzięłam to do domu - to był błąd. Teraz naprawę potrzebuje leków psychotropowych.
Ale co mam opowiedzieć lekarzowi? Śmierć kobiet w mojej rodzinie czy cudowne ich wskrzeszenie? Zeszyt i szeptuchę? Przecież to idiotyzm, a ja naprawdę nie chcę skończyć jak mama... ale już tak bardzo się tego wszystkiego boję. Czego najbardziej?
Że mój syn mając 30 lat wedle schematu też będzie ICH słyszał. Boże, za co? Czemu ja? Jak to pokonać?
Dodaj anonimowe wyznanie