Od dłuższego czasu wczytuję się w historie sędziwych pań słynących z wełnianych dodatków i - nie wierzę!
Mieszkam w Krakowie, gdzie często kursuję tramwajami/autobusami. Dotychczas, kiedy ustępowałam swoje miejsce seniorkom - nawet tym o groźnym obliczu, z nastroszonymi brwiami - w odpowiedzi słyszałam: "Ale ja tylko jeden przystanek" lub "Siedź sobie, siedź, ja się cały dzień nasiedziałam". Nikt nigdy z mojego zaproszenia nie skorzystał.
Ostatnio jednak było inaczej i postanowiłam szybko zamieścić scenkę z komunikacji miejskiej:
Tego dnia w studenckiej szafie nie miałam żadnych płaskich butów, więc musiałam z walizką, która znacznie przekraczała moje możliwości, siłować się na szpilkach. Musiałam, ponieważ nie przyjechała taksówka. Przed wyjściem z mieszkania miałam już łzy w oczach...
Wtoczyłam się do autobusu z tym molochem, próbuję się wygiąć i dosięgnąć biletem kasownika (waliza, którą ulokowałam przy szybie koło wejścia, była wciąż niestabilna i nie chciała sama stać, więc przytrzymywałam ją nogą) a bilet - fruuuuu - poleciał gdzieś w tłum. Dałam sobie trzy sekundy na przeklinanie w myślach, a potem miałam wymyślić jakiś plan awaryjny: ściągnąć buty? wyrzucić walizkę?
Naraz słyszę od jakiejś babci: "Ja ci to potrzymam, a ty idź po ten bilet i sobie go spokojnie skasuj, ale spokojnie".
Wykonałam. Nagle słyszę wołania drugiej babuszki z innej strony autobusu: "Chodź, tu jest wolne miejsce, nie ma sensu tak stać przy drzwiach". Szczęka mi opadła z ilości dobroci zewsząd, zrobiło mi się ciepło na sercu, chciałam powiedzieć coś wylewnego, jakieś chrześcijańskie pozdrowienie... A ona wycedziła: "NORMALNI ludzie nie mogą przejść".
Badum tss.
Historia o kulinarnych ekscesach napędzanych złowieszczymi mocami przerostu ambicji - here we go!
W ubiegłe wakacje rodzice postanowili wyjechać na Sycylię. We łbie miałam już wizję chlania, ćpania, tygodniowej domówki i przygodnego seksu pod ich nieobecność. Pech chciał, że rodzice chyba mieli identyczne wyobrażenie. A w dodatku bali się, że nie poradzę sobie z gotowaniem. Ja sobie nie poradzę? Ja? I w ten oto sposób założyłam się z moimi rodzicielami o to, że jeśli ugotuję coś, co w największym stopniu zadowoli ich wysublimowane kubki smakowe, pojadą na tydzień i zostawią mi dom. Życie jak w Madrycie, co?
Wyszukałam specjalnie dla tych koneserów jakiś dziwny i trudny przepis, no po prostu przepis na wieczny sukces i wolną chatę i spędzenie pięciu [w porywach siedmiu] godzin w kuchni. Widzieli mój zapał i chęć. Najpierw pojechałam do sklepu, kupiłam potrzebne składniki i przeszłam do dzieła. Zeszłam jeszcze do piwnicy, bo, jak wiadomo, zarówno wina jak i kobiety Fritzla dojrzewają najlepiej w piwnicach. Przynosiłam wino, podałam je lepiej niż w restauracjach Gesslerki, pozwoliłam sobie na czystą wirtuozerię kulinarną na talerzach. Szał ciał, mówię wam.
W piekarniku tkwiła jednak najbardziej wyczekiwana potrawa tego gastronomicznego dnia - pieczone dziecko! ŻARCIK! To była tak naprawdę wyjątkowo trudna i skomplikowana zapiekanka warzywna.
I kiedy chciałam ją wyjąć, włożyłam rękę zbyt głęboko. Czułam jedynie dziwny ból w przedramieniu, no ale nie ma co się w tańcu kopulować, zakryłam rękę bluzką i podałam jedzenie, zawołałam rodziców. Pełen zachwyt, autentycznie. Nikt do tej pory nie wiedział, że drzemie we mnie taki mały kucharzyna, wszyscy dumni, hehe, poradzi sobie loszka w życiu. Problem polegał na tym, że na moim ryju zbyt mocno malował się sztuczny, załzawiony uśmiech. Musiałam to zrobić, musiałam pokazać łapę. Bo pęcherze z płynem surowiczym pękły, z rękawa ciekło jak z siusiaka, tkanina przywarła do rany. Kiedy podwinęłam rękaw, moja mama omal nie zemdlała. Ja w sumie też. No a ojcowie to ojcowie.
W każdym razie skończyło się na wizycie w szpitalu. Oparzenie trzeciego stopnia, zwęglenia, pęcherze, zniszczona tkanka, wybitnie zanieczyszczona rana, pozdzierana skóra. Pręt nagrzanego piekarnika dosłownie wytopił mi fragment skóry.
Nie pojechali na Sycylię, a smakowała im zapiekanka.
Problem w tym, że od tego zdarzenia właśnie mija rok, a na mojej ręce widnieje blizna, która jest gorsza od tatuażu z napisem "Andżelika" w tym samym miejscu.
Pierwszy w swoim życiu horror obejrzałam sama.
Pamiętam to jak przez mgłę, bo miałam wtedy jakieś 5 lat. Byłyśmy z mamą w wakacje w odwiedzinach u wujka w odległym od naszego miejsca zamieszkania mieście. Była to mała kawalerka, wszyscy poszli spać, wujek z ciocią na łóżku, ja z mamą na materacu między łóżkiem a telewizorem. Przebudziłam się w środku nocy i włączyłam sobie telewizor (myślenie dziecka - "bo to taka rzecz dla dorosłych, a jak oni nie widzą to sobie sama pooglądam"). Ściszyłam, żeby nikogo nie obudzić i przełączałam kanały. Naciskałam przycisk następnego kanału, gdy nagle na ekranie pojawiła się lalka. Ucieszona, że znalazłam coś fajnego odłożyłam pilot i wpatrywałam się zauroczona w ekran. W filmie jakieś dziecko dostało od rodziców dużą lalkę (na jakąś tam okazję) - podobało mi się. Do czasu. Do czasu, gdy lalka ożyła, zamieniła się w mordercę i zaczęła latać po domu z nożem w ręku. Byłam przerażona! Mimika jej twarzy, głos, wszystko było straszne! Mimo tego obejrzałam do końca i poszłam spać. A raczej próbowałam zasnąć. Tym filmem była "Laleczka Chucky".
I wszystko może by się na tym skończyło. Ale minął może rok, albo dwa. Święta Bożego Narodzenia. Słodka dziewczynka czeka na prezenty. Rozpakowuje piżamki, maskotki, ale nagle staje przed nią duże, wysokie pudełko. Zrobiłam wielkie oczy, bo przecież prezenty im większe tym lepsze! Zaczęłam z radością rozpakowywać, dopóki nie zobaczyłam, że w przeźroczystym pudełku stoi wielka blond lalka tylko trochę niższa ode mnie. Zaczęłam krzyczeć jakby mnie ze skóry obdzierali, rozryczałam się i uciekłam do innego pokoju. Moi rodzice zupełnie nie wiedzieli co się dzieje. Dopiero gdy im powiedziałam, że ta lalka zabija (dziecięca logika) zrozumieli co się dzieje.
Mama próbowała mi długo przetłumaczyć, że to nieprawda, że to tylko film itd. itp. Powiedziałam w końcu, że rozumiem i mama postawiła mi lalkę w pokoju. Ale ja nie mogłam zasnąć, bo nawet w ciemności, gdy leżałam w łóżku widziałam ją i wydawało mi się, że nagle przekręci powoli swoją plastikową główkę i spojrzy na mnie martwymi ślepiami. Lalka była w moim pokoju 2 noce, po czym trafiła na strych, bo strasznie się jej bałam.
Gdy podrosłam, a były to czasy, gdy wszyscy bawili się na podwórku, opowiedziałam młodszym dzieciakom z okolicy o "takiej lalce, którą mam na strychu. Stoi tam, bo nocami zabija i trzeba ją tam zamykać kiedy nadchodzi noc". Dzieciaki uwierzyły i jak mi i moim znajomym się naprzykrzały, to straszyliśmy je, że wypuszczę ją w nocy. Raz nawet naciskały żebym ją pokazała (bo pewnie tak gadam, a wcale jej nie mam), ale gdy tylko ją zobaczyły stojącą w rogu, to uciekły z krzykiem.
Nadal tam stoi.
Razem z koleżanką zdecydowałyśmy się na piwko w plenerze. Piękna pogoda, humorki dopisują, a więc czemu by nie. Wybrałyśmy się na boisko pobliskiej szkoły i rozkoszowałyśmy się tym złotym trunkiem. Jak powszechnie wiadomo - owy napój bogów jest silnie moczopędny, toteż po skonsumowaniu udałyśmy się do bardzo publicznej toalety zwanej krzakami.
W zasadzie to nawet krzakami nie można tego określić. Poszłyśmy gdzieś w bardziej ustronne okolice budynku, rozejrzałyśmy się dokładnie na boki - droga wolna.
No to szybka akcja - spodnie w dół, realizacja znanego słowiańskiego przykucu. Odczuwając jakże silną ulgę opróżniania pęcherza rozkoszowałyśmy się tą piękną chwilą. Nagle coś nam ją przerwało - słychać śmiechy, jakieś heheszki. Od razu instynktownie wstałyśmy podciągając spodnie i rozglądając się na boki. Wtedy jeszcze większa salwa śmiechu podniosła się w okolicy, jednak nadal nikogo na horyzoncie widać nie było.
Okazało się, że wypięłyśmy się prosto na okna szkolnej piwnicy, w której trwała zbiórka harcerska. Myślę, że niesamowicie umiliłyśmy im to spotkanie i stałyśmy się obiektem opowieści podczas harcerskich biwaków.
Gdy byłam jeszcze małym dzieckiem, lecz na tyle dużym, by chodzić do pierwszej klasy podstawówki, nie znałam znaczenia słowa "gwałt", ale wiedziałam, że to coś złego. Pewnego pięknego dnia spotkałam się z Sandrą, moją przyjaciółką, która była tego dnia wyjątkowo smutna. Sandra nie chciała powiedzieć czemu, więc co chwile się jej pytałam:
- Zdechł ci chomiczek?
- Zgubiłaś coś?
- Dostałaś szlaban na telewizję?
Stworzyłam długą, liczącą więcej niż 20 pozycji listę. Po wykluczeniu wielu opcji, nagle przypomniałam sobie moją "wiedzę". Skoro wszystkie możliwości odrzucono, została tylko jedna, ostatnia! Sandra została zgwałcona!
Pobiegłam więc do moich rodziców i poinformowałam ich o tym. Ach, jakiż był szok, wydzwanianie do mamy Sandry! Na szczęście wszystko się wyjaśniło, a ja dowiedziałam się, że nie można używać słów, którego znaczenia się nie zna.
PS. Na liście były także takie opcje jak "Została seryjną morderczynią i wstyd jej się przyznać" jak i "Wyłudza haracz w klubach narkotykowych" :D.
Parę dni temu jadąc na rowerze zobaczyłam sytuację, jak auto zatrzymało się przed rondem na środku ulicy. Kierowca wysiadł z auta, szybko podbiegł na pasy dla pieszych i pomógł osobie niepełnosprawnej na wózku inwalidzkim wjechać na chodnik.
Był to starszy pan, więc nie miał na tyle sił aby podjechać pod wysoki krawężnik. Jak zobaczyłam zdarzenie, to nie dowierzałam, że są jeszcze tacy wspaniali ludzie na tym świecie. Piękny gest, szacunek i pokłony dla pana kierowcy!
Ostatnio bardzo poruszyła mnie historia dziewczyny, która została zgwałcona przez erasmusa. Wiele nad tym myślałem i postanowiłem, że i ja muszę o czymś opowiedzieć. Nikt o tym nie wie... a przynajmniej mam taką nadzieję.
To stało się podczas wielkiej imprezy na akademikach. Dużo znajomych i dużo alkoholu. Około 21 postanowiłem, że na chwilę opuszczę znajomych. Będąc na korytarzu zobaczyłem, że w kuchni są dwie całkiem urodziwe dziewczyny. Jedną z nich poznałem, miała na imię Ania i jakiś czas temu uganiała się za mną, lecz do niczego nie doszło, bo mój przyjaciel ostrzegł mnie przed nią - była chorobliwie zazdrosna o swojego byłego chłopaka tak, że potrafiła przebić opony w aucie jego nowej dziewczyny. Natomiast drugą z nich (jak się okazało) była Kasia, przyjaciółka Ani.
Podszedłem do nich, zaczęliśmy rozmawiać. Wlewaliśmy w siebie kolejne litry alkoholu. W pewnym momencie chciałem się udać do ubikacji, więc poprosiłem dziewczyny, żeby popilnowały mojego drinka. Po kilku minutach wróciłem, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jestem zgubiony...
Drinka dopiłem i 20, 30 minut po tym Ania z Kasią zapytały mnie, czy nie poszedłbym z nimi na chwilę do ich pokoju w akademiku obok, bo chciały żebym im pomógł wybrać w internecie jakiś dobry alkohol na prezent dla ojca Kasi. Trochę mnie to zdziwiło, ale zgodziłem się. Kiedy wychodziliśmy z budynku poczułem, że mój penis zaczął twardnieć... Zrobiło mi się trochę głupio, ale i nie rozumiałem tego, bo nawet nie myślałem wtedy o tych sprawach. Będąc już w drugim akademiku poczułem, że jest ze mną coś nie tak... zaczęło mi się kręcić w głowie i to nie w taki sposób jak po większej ilości alkoholu.
Dziewczyny to zauważyły i powiedziały, że zaraz będziemy w pokoju i sobie odpocznę. Po wejściu do pokoju położyły mnie na łóżku i od tamtego momenty wszystko pamiętam jak przez mgłę - szum, światło lampki, migające obrazy i ten cholerny wzwód... Kasia z Anią rozebrały mnie do naga, potem same się rozebrały i... i jak dziwnie by to nie zabrzmiało - zaczęły mnie gwałcić w pozycji na jeźdźca.
Kiedy się obudziłem, to Ania powiedziała mi, że zrobiły to, bo nie odwzajemniłem jej uczuć.
Niedawno od tamtego wydarzenia minęły 2 lata i nadal nie wiem, co mam o tym myśleć.
Będąc jeszcze w podstawówce pojechałem z moimi rodzicami w góry do rodziców taty.
Zawsze spałem w jednym pokoju z rodzicami, ale teraz postanowiłem, że już jestem "Bardzo duży i dzielny" będę spał w pokoju obok.
Położyłem się spać i zasnąłem jak nieżywy, ale w środku nocy obudziła mnie mama i była po prostu przerażona. Ledwo świadomy tego co się dzieje, spytałem co się dzieje.
Ale nie dostałem odpowiedzi
Mama trzymała w ręku szklankę z wapnem i kazała mi natychmiast wypić.
Jak kazała, tak zrobiłem.
Zdążyłem tylko odłożyć szklankę na stół, a już zostałem wyniesiony na rękach z domu.
Mama z tatą pobiegli do mojego wujka i powiedzieli, żeby jechał jak najszybciej do szpitala.
Po kilkunastu minutach byliśmy w szpitalu.
Okazało się, że ugryzł mnie szerszeń i miałem całą spuchniętą twarz.
Oczywiście jak to w małych miastach bywa personel szpitala nie był zbyt dobrze wyszkolony i dostałem złe leki...
I nie podziałały one na mnie dobrze.
Mówiłem, że jakaś dziewczynka ma uszy jak grzyby, że sufit zmienia kolory, a tata walczy z Panią śmiercią .
Przeleżałem w szpitalu dwa dni i gdy już wszystko wróciło do normy pojechaliśmy z powrotem do domu.
Po zjedzeniu obiadu tata powiedział, że w zamian za to, że zepsułem sobie dwa dni wyjazdu, zabierze mnie na spacer w góry.
Poszliśmy wąską doliną między skałami na której końcu znajdowała się skarpa po której musieliśmy się wdrapać na górę
Na początku szliśmy równo, ale pod koniec gdy skarpa była już prawie pionowa wspinaliśmy się bardzo wolno i chwytaliśmy się wszystkiego żeby się podciągnąć wyżej.
Na samym szczycie skarpy znalazłem idealny uchwyt w postaci dziury w ziemi.
Wsadziłem tam rękę i zostałem użądlony przez osy, których to było gniazdo...
Historia nie do końca anonimowa, bo wszyscy w rodzinie o tym wiedzą, ale postanowiłam się tym z wami podzielić co by wam humory dopisały. Otóż mój tata Polak, mama innego pochodzenia (nieistotne w tej historii) wychowali mnie za granicą lecz języka polskiego mnie uczono od dziecka, więc wszedł dobrze. Z racji, że chciałam poznać lepiej ojczysty kraj taty wybrałam się na studia do Krakowa. Brałam pod uwagę również to, że jest tam po prostu wyższy poziom. Było to około 5 lat temu.
Do sedna: Dla cudzoziemców była opcja dodatkowa, aby przez pierwszy rok studiować sam język polski co by łatwiej nam było na już konkretnym kierunku.
Było nas około 30 w grupie, mieliśmy normalne zajęcia, zaliczenia, „wychowawcę” itd.
Na koniec roku wiadomo, trzeba się było pożegnać. Standardowe zakończenie roku jak w liceum, wszyscy ubrani galowo, kwiaty dla wychowawcy itd.
No i o tych kwiatach właśnie mowa. Kolega z Turcji, który tak bardzo się przejął wydarzeniem, kupił dla naszej szanownej Pani profesor kwiaty. Wiązankę. Z napisem „ostatnie pożegnanie”.
Pani profesor lekko zaskoczona, ale wyrozumiała na szczęście, więc wybuchła śmiechem jak i kilkoro innych studentów, którzy załapali o co chodzi.
Do dziś jest to historia nr 1 w mojej rodzinie.
Miałam wtedy 6 lat. W miejscowości niedaleko mnie zapisałam się do szkoły muzycznej. Większość dzieci która również chciała się uczyć gry na jakimś instrumencie była od mnie dwa lata starsza lub młodsza. Była jeszcze jakaś 10 latka i on. Chłopak metr dziewięćdziesiąt. Z powodu iż nie należałam do rodziny wysokich, sama byłam tak zwanym "kurduplem". Sięgałam mu do pasa, lecz nie przeszkodziło mi to by następnego dnia chodzić po szkole i rozpowiadać koleżankom, że znalazłam miłość mojego życia. Co najlepsze- nie zamieniłam z nim żadnego słowa a on miał.... 16 lat.
Do szkoły dostaliśmy się oboje. Okazało się, że nawet poszliśmy na ten sam instrument. Nie no to przecież przeznaczenie! Tylko był jeden problem... Na lekcje przychodziła z nim pewna dziewczyna. Zawsze czekała na niego i chodzili razem za rękę. W mojej małej główce dostałam okropnego olśnienia: ona chce mi odebrać chłopaka! A my przecież jesteśmy sobie przeznaczeni!
Musiałam działać. Jako że mój ukochany miał lekcje zaraz po mnie wiedziałam, że spotkam tę dziewczynę i będziemy mogły porozmawiać sam na sam. Gdy wychodziłam z klasy minęłam się w progu z moim ukochanym. Posłałam mu uśmiech który od razu zamienił się w chęć mordu gdy zobaczyłam tę dziewczynę. Po zamknięciu się drzwi podeszłam do niej i powiedziałam, że musimy porozmawiać na osobności. Była trochę zdziwiona ale zgodziła się ciągle mówiąc z uśmiech na twarzy, że jestem słodka czy coś. Mnie osobiście bardzo to denerwowało. Zaprowadziłam ją w jakiś kąt i z spokojem(jak to bywa w różnego rodzaju bajkach i filmach których się naoglądałam) powiedziałam coś w stylu: „odczep się od Michała. Jest mój! Nie zepsujesz naszej miłości!”.
Myślałam, że zacznie mnie przepraszać a ona się śmiała! Bezczelna. Popłakałam się. Ona wtedy się uspokoiła i zaczęła ze mną rozmawiać o mojej "miłości" do jej chłopaka. Na końcu stwierdziłam, że jest całkiem spoko dziewczyną i ostatecznie mogę jej odstąpić Michała.
Tak oto moi drodzy, wyglądała moja pierwsza miłość.
Niestety nie jesteśmy razem, i nie mamy dzieci.
Ostatnio widziałam ich chyba na mieście z wózkiem, więc im w przeciwieństwie do mnie się powiodło :-)
Pozdrawiam singlów!
Dodaj anonimowe wyznanie