#qeweC

Kiedyś, między jedną pracą a drugą, byłam w małym osiedlowym sklepiku. Tak strasznie chciało mi się siku (a nie ma tam toalet dla klientów), że zrobiłam pożytek z mojej ciąży spożywczej i „zadzwoniłam” do mojego narzeczonego, że czuć, iż mały się rusza, ale strasznie mi niewygodnie i non stop muszę biegać do toalety. Pani kasjerka uratowała mi życie i jak już zapłaciłam za zakupy, zapytała: „Piąty miesiąc czy szósty? Brzuszek już pokaźny, więc musi strasznie na pęcherz naciskać, pamiętam, bo mam czworo swoich dzieciaków. Jeżeli pani potrzebuje, to zapraszam do toalety dla pracowników”.

Wyrzutów sumienia nie mam. Jest to jedyny plus z bycia grubym człowiekiem. Bo jakoś tak przykro mi się zrobiło, że nie miała żadnych zastrzeżeń co do domniemanej ciąży i jeszcze takie miesiące wytypowała.

#LT6rE

Wydaje się, że przy produkcji sterylnej nie ma miejsca na żarty i wszyscy powinni być śmiertelnie poważni. Czasem jednak zdarzają się sytuacje niezamierzone i zupełnie nieprzewidziane.

Zbliżał się koniec roku, więc w wolnej chwili postanowiłem przejrzeć surowce przed remanentem. Tyle że na swoim miejscu nie było klucza. Pytam więc, kto wziął klucz od magazynku surowców.
– Zapomniałem ci powiedzieć  – woła kolega z drugiego pokoju. – Pan Nowak z Pomiarów szczytuje w magazynku surowców.
– Cooo? W moim magazynku? To nie może u siebie w łazience?

Idę szybko na koniec hali i co się okazuje? Pan Nowak z Pomiarów nie SZCZYTUJE, ale SCZYTUJE... dane z czujników temperatury.

#n04Xz

Pożyczyłam dziś auto od taty i pojechałam na zakupy. Pod centrum handlowym długo szukałam miejsca, aby zaparkować. Mam niezły problem z parkowaniem i nadal nie wiem, jak zdałam prawko... Parkowanie przysparza mi większego stresu niż niejeden egzamin na studiach. W końcu znalazłam duże miejsce i zaparkowałam bez problemu. Z uśmiechem na ustach udałam się na zakupy.
Niezłą miałam minę, gdy po powrocie z zakupów okazało się, że samochód „oblężony” jest stadem innych wielkich aut. Wsiadłam, odpaliłam silnik i powoli, powolutku próbuję wyjechać. Wsteczny i ruszam. Po chwili okazuje się, że albo przypierniczę w samochód, który stoi za mną, albo zarysuję auto obok mnie. OK, jedynka i powoli do przodu. No dobra, to może spróbuję w drugą stronę. Ani rusz. Ta sama sytuacja. Jakby tego było mało, co chwilę włączał się czujnik parkowania, który popiskiwał i dawał mi znać, że zaraz grzmotnę w auto za mną. Zrobiłam jeszcze kilka podejść. W końcu wyłączyłam silnik i myślałam, że z bezsilności wybuchnę płaczem. No nic, będę stać tak długo, aż inne auta wyjadą...
Nagle ni stąd, ni zowąd przy moich drzwiach pojawia się rozbawiony chłopak, musiał to wszystko widzieć. Czuję, jak czerwienieją mi policzki. Co za wstyd... Chłopak prosi, żebym otworzyła okno, uśmiecha się i mówi cicho: „Pomogę pani”. Auto taty i jego nieszczęśni towarzysze wyszli bez szwanku.

Jeśli to czytasz, dziękuję. Uratowałeś mnie.

#qK3lZ

Odkąd pamiętam, zawsze młodo chciałam zostać mamą i mieć dużą rodzinę. No wiecie, z gromadką dzieci biegających po ogródku. Pierwsze dziecko urodziłam w wieku 19 lat, drugie mając 23 lata. To było moim marzeniem od zawsze i powinnam być wniebowzięta, ale dziś, gdy starsza córka ma 5 lat, a młodsza półtora roku, ja mam dosyć. Mam dosyć ciągłego płaczu, ciągłych krzyków, kłótni, wszechobecnego syfu pomimo ciągłego sprzątania, fochów podczas jedzenia, ubierania albo ponieważ nie chciałam jej włączyć drugiej bajki z kolei. Mam dosyć tego, że nawet do toalety nie mogę iść na spokojnie, bo muszę wysłuchiwać krzyków pt. „mama wyszła z salonu i zostawiła mnie na pastwę losu” (tak, to krzyk takiego rodzaju, inne mamy pewnie rozumieją). Mam dosyć tego, że mój jedyny czas wolny, dla siebie, bez dzieci, to kilka godzin w tygodniu, gdy widzę się z moim psychologiem. Ale przede wszystkim mam dosyć tego, że wszystko jest na mojej głowie. Dzieci, pranie, sprzątanie, gotowanie, praca. Nie, nie jestem samotną matką, chociaż tak mogłoby się wydawać.

Kocham moje dzieci nad życie i nigdy nikomu bym ich nie oddała, ale żałuję, że moje życie potoczyło się w ten sposób i że tak szybko zdecydowałam się na dzieci z (jak się wydaje) nieodpowiednim facetem. Gdybym kiedyś wiedziała to, co dziś, że ze wszystkim będę sama, bez wsparcia mojej drugiej połówki, z depresją i niezadowolona z siebie i z mojego życia, w którym jedynym osiągnięciem jest posiadanie dzieci, zrobiłbym wszystko, by moje życie potoczyło się inaczej. Z dziećmi natomiast poczekałabym przynajmniej 6 lat dłużej, a moja gromadka skończyłaby się na dwóch małych skarbach.
Za więcej dzieci podziękuję. Mam nadzieję, że nigdy nie będę tym ułamkiem procenta, u którego antykoncepcja zawiedzie, bo chyba bym się załamała.
Dodaj anonimowe wyznanie