Zawsze kiedy ktoś poruszał temat samoobrony, moja dziewczyna mówiła, że umie się bronić. Przymykałem na to oko, bo była dość słaba.
Kiedyś umówiliśmy się w parku. Kiedy przyszedłem, ona tam była, stała i patrzyła na jezioro. W ramach zabawy podszedłem do niej cichutko od tyłu i jedną ręką zatkałem usta, a drugą złapałem w pasie. Nie zdążyłem jej jeszcze puścić, a ona już kopnęła mnie w jaka, wyślizgnęła się z mojego uścisku, przewróciła mnie na ziemię, kopnęła parę razy w brzuch i zaczęła uciekać. Dopiero jakieś 6 metrów ode mnie zorientowała się, że to ja.
Później nie miałem wątpliwości co do jej siły.
Historia o nieporozumieniach.
Kilka tygodni temu zmarł mój wujek. Nie jest to dla mnie tragiczne zdarzenie w życiu, bowiem z wujkiem kontaktów za dobrych nie miałam. A w zasadzie w ogóle nie miałam z nim kontaktu, jak i cała rodzina, nawet jego rodzony i jedyny brat, a mój ojciec. Wujek całe życie pracował w ubojni, fakt ten pozbawił go sumienia i wrażliwości - tak mawia rodzina. Całe życie kawaler, generalnie sam, nie miał nawet przyjaciół.
Po jego śmierci nastał czas odczytania testamentu i ku zgrozie dalszej rodziny ja, jako jego chrześnica, odziedziczyłam po nim mieszkanie w mieście, w którym zawsze chciałam mieszkać. Mimo że mieszkanie było cholernie zaniedbane i w okropnym stanie, postanowiłam przenieść się tam na studia i jakoś je urządzić. Moi rodzice, oboje po wypadku samochodowym, niestety nie mogli pomóc mi w porządkowaniu mieszkania, toteż ze wszystkim postanowiłam poradzić sobie sama. Część mebli za drobną opłatą pomogli mi wynieść Mietki spod bramy obok, a ściany pomalowałam sama. Mieszkanie wyglądało patologicznie pusto i biednie, a do ogarnięcia została mi jeszcze stara i obdrapana łazienka.
I tu zaczyna się meritum historii: tydzień temu wpadł do mnie sąsiad z mieszkania obok, chciał skorzystać z łazienki, bo u niego awaria. Młody, przystojny i fajny, więc go wpuściłam, chociaż trochę mi było wstyd, bo sama wyglądałam okropnie - podarte spodnie od dresu i spocone tłuste włosy, bo sprzątałam mieszkanie. Na początku trochę pogadaliśmy, było śmiesznie, jednak po wyjściu z łazienki sąsiad zaczął dziwnie się zachowywać, chciał koniecznie zobaczyć jak wygląda mieszkanie i bez mojego pozwolenia obczaił pozostałe pokoje, po czym wyszedł i słuch po nim zaginął. W sensie nie wrócił zaprosić mnie na randkę, jak się łudziłam, nie widziałam go też na klatce schodowej. I tu następuje zwrot akcji.
Dziś przed południem ktoś zapukał do drzwi, okazało się, że był to właśnie wyżej wymieniony sąsiad z żoną i kilkoma paczkami czegoś. Przywitali się, położyli pakunki w przedpokoju i zaczęli monolog o tym, że: pan, który tu mieszkał przede mną, czyli mój wujek, był zawsze taki pomocny i dobry, że chociaż był rzeźnikiem, to kochał zwierzęta, dokarmiał osiedlowe koty i psy, zawsze chętnie naprawiał innym coś w mieszkaniu - złota rączka. Że smutno im wszystkim było jak zmarł, ale dowiedzieli się, że ktoś z rodziny się wprowadzi, więc teraz oni za pomoc jemu odwdzięczą się razem z sąsiadami, pomagając mi. I wyszli. A ja zostałam z paczkami i gębą spuszczoną aż do ziemi ze zdziwienia. Zaś w paczkach były ubrania i buty w moim rozmiarze, mąka, cukier, owoce, płyn pod prysznic, mydło itd...
Do tej pory jestem w ciężkim szoku i czuję się jak debil. Nie dość, że wszyscy w bloku, z niedoszłym ukochanym, uważają mnie za przykład nędzy, to jeszcze męczy mnie sprawa z wujkiem...
Nikomu jeszcze o tym nie mówiłem i pewnie nie powiem. Chciałbym opowiedzieć sytuację, która zmieniła mnie i moje podejście do życia, dzięki drugiemu człowiekowi.
Jestem pracownikiem stacji paliw.
Kilka dni temu podczas nocnej zmiany nad ranem pojawił się pan (wiek ok.35 - 40 lat), po przekroczeniu drzwi od razu zobaczyłem w nim coś miłego i taki też był, grzecznie spytał, czy może skorzystać z toalety. Po skorzystaniu z toalety spytał, czy może na chwilę usiąść i odpocząć. Spytałem, czy coś podać, w odpowiedzi usłyszałem, że nie ma pieniędzy, więc zaproponowałem mu kawę (zrobiłem własną). Widać było, że potrzebował rozmowy, chciał do kogoś się odezwać, gadając nawet o niczym. Zaczął rozmowę na temat pogody i tego, że pada już cały dzień, że mogło by przestać oraz że w miejscowości, z której idzie (szedł z Wrocławia - miasto oddalone od mojego ok. 45 km) dzień wcześniej padał bardzo mocno deszcz i nie zdążył się przed nim schować i cały zmókł. Ja zaciekawiony pytam "Idzie pan tyle kilometrów?". On, że tak. A więc ciągnąc temat pytam "To gdzie pan zmierza?" w odpowiedzi usłyszałem, że "Do Krakowa". Nie chciałem być zbytnio ciekawski, ale zapytałem w jakim celu, na co pan, że udaje się do tzw. "Domu Alberta" , gdyż we Wrocławiu nie ma wolnych miejsc, a tam opieka społeczna opłaciła mu miejsce, lecz on nie ma pieniędzy, by tam dotrzeć pociągiem, dlatego zmierza na nogach.
W tym momencie, jak każdej wrażliwej osobie, zrobiło mi się go żal, a zarazem zacząłem go podziwiać za determinację, tak wielką chęć, że nie poddaje się, mimo że musi pokonać tyle kilometrów, co pieszo zajęłoby mu ok. tygodnia biorąc pod uwagę to, że miał chore nogi, oraz to, że dalej się uśmiecha, mimo że widać było, iż życie na tym świecie u niego nie było usłane różami. Zrobiłem temu panu jedzenie, gdyż było widać, iż jest głodny. Również chciałbym zaznaczyć, że na pewno w takiej sytuacji życiowej nie znalazł się przez alkohol, bo było widać, że nie pije. Czekając do końca zmiany i sprawdziwszy, czy faktycznie idzie w tym kierunku, w którym mówił, zabrałem tego pana na dworzec i po prostu kupiłem bilet do Krakowa (dla mnie to zaledwie 50 zł, a dla niego tydzień mniej męki). Był zaskoczony, ale bardzo podziękował za to i życzył powodzenia.
Mam nadzieję, że ten pan zapamięta mnie tak samo jak ja jego. Pokazał mi, że mimo przeciwności losu trzeba walczyć, zawsze trzeba być zdeterminowanym i dążyć do celu oraz mimo wszystko zawsze się uśmiechać!
Ale mimo wszystko w całej tej sytuacji zastanawia mnie to, czy faktycznie we Wrocławiu w Domu Alberta nie ma miejsc oraz czy opieka społeczna wysyła takich ludzi do miast tak daleko od siebie oddalonych (opieka społeczna nie posiadała funduszy na transport do Krakowa dla tego pana, tak twierdził).
Ciekawi mnie wasza opinia na ten temat.
Ostatnio byłem na takim weselu... Młode zrobili wesele żeby zebrać hajsy, tylko o tym że będzie popelina oczywiście nikt nie wiedział.
Ślub w USC, młoda bez białej sukni, urzędnik nie wiedział, że ślubni już są na sali :D Po ślubie zamiast szampana piwo. Po piwku tekst od młodego "no, dzięki, że wpadliście", a "obiad weselny" dwie wioski dalej, nikt nie potrafi wskazać gdzie, młody mówi "naprzeciwko stacji benzynowej". No dobra, jedziemy. Naprzeciwko stacji rzeczywiście coś stoi, wygląda jak skup butelek z komuny, ale przed wejściem czeka babka z chlebem i solą, to chyba tu. Na ścianie wielki napis "pokoje dla kierowców", wchodzimy, a tam sala przygotowana niczym na zjazd lokalnych bonzów PZPR, jakieś tapczany, w kiblu grzybów więcej niż w lasach państwowych, goście siedzą cicho, bo ciotki i wujki ostatni raz w takim miejscu byli w stanie wojennym, a młodzież się zastanawia, czy to nie tu kręcono te piwnice tortur w serii Hostel, każdy czeka na zimny rosół (90% wody, 5% marchewki, 5% kostki rosołowej) i tradycyjny schabowy z ananasem. Na stołach ani wódki, ani wina, ani tortu. Po dwóch godzinach impreza roku się skończyła.
Koniec końców uważam, że w pewien sposób było to genialne posunięcie: zebrali kasę? Zebrali. Zaoszczędzili na organizacji wesela? Zaoszczędzili. Unikną chodzenia po wujkach i pokazywania zdjęć? Unikną. A i następnym parom w kolejce do ślubu zrobili przysługę, bo gorzej już nikt nie wypadnie.
W skali rosyjskości to wesele oceniam na 70%, bo jednak nikt nie przyszedł w dresie, nikt nie chodził pijany i nikogo nie pobito.
Historia ta zdarzyła mi się za czasów "gimbazy", to już jakieś 10 lat temu.
Moja mama od zawsze (jak chyba każda mama) uwielbiała chwalić się mną przed znajomymi (do dziś mnie to irytuje). Fakt, byłam raczej wzorową córką, nie sprawiałam kłopotów, pomagałam w domu, bardzo dobrze się uczyłam, itp. Ale... pewnego dnia, wybrałam się większą grupą znajomych na boisko nieopodal szkoły. Wpadł jeden starszy znajomy, miał urodziny, więc przyniósł różne trunki. Wcześniej zdarzyło mi się wypić piwo, ale generalnie od alkoholu raczej stroniłam. Tego dnia postanowiłam spróbować czegoś mocniejszego! W efekcie, nie wiem kiedy, ale tak się narąbałam, że moje 2 przyjaciółki i kolega prawie nieśli mnie do domu. Zanim przekroczyłam próg drzwi domu, przez jakąś godzinę próbowali mnie doprowadzić do jako takiej trzeźwości na ławce pod blokiem. Kontaktowałam, wiedziałam co się dzieje, ale nie panowałam nad helikopterem i nogami.
Plan był prosty: wchodzę do domu, myk myk do pokoju, otwieram okno i idę spać. Może nikt nie zauważy. Jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Zapomniałam tylko o jednym szczególe. Tego dnia moja mama miała akurat u nas w domu spotkanie z dawnymi koleżankami ze szkoły i oczywiście nie mogło obyć się bez zachwalania mojej osoby - taka dobra, taka porządna, czerwony pasek na świadectwie, wzorowe zachowanie, wyróżnienie itp., itd. Koleżanki oczywiście musiały poznać ten chodzący ideał, a więc mama wchodzi do pokoju, zapala światło i "Chodź cię przedstawię". Nie dało się nie zauważyć, w jakim jestem stanie, więc wyjeżdża z tekstem "O Boże, ćpałaś! Co żeś ćpała!?". Wytłumaczyłam grzecznie (i nieskładnie), że jestem pijana, więc kazała mi iść biegiem do łazienki i się umyć. Nie pomogły błagania, żeby mnie zostawiła w spokoju, bo się źle czuję. A więc idę... pech chciał, że po drodze do łazienki trafiłam na jedną z koleżanek mamy wracającą z toalety i oczywiście chciała się przedstawić, usłyszałam jeszcze kilka słów o tym, ile to o mnie dobrego słyszała, wyciągnęła rękę, a ja... przywitałam ją soczystym hafcikiem na stopy...
Był szlaban, była obraza, ale najlepsze, że mama przez długi czas powstrzymywała się od chwalenia się mną przed znajomymi.
Sytuacja sprzed kilku miesięcy. Moja prawie 90-letnia babunia zadaje magiczne pytanie:
- Córusia, a co ty właściwie studiujesz?
Odpowiedź chyba jest dla niej bardzo satysfakcjonująca, bo zaczyna się rozpływać w zachwytach. Wyznaje jak to zawsze chciała mieć dentystę w rodzinie, jak bardzo jest ze mnie dumna. Będę leczyć jej ząbki i zarabiać dużo mamony. Duma, duma, duma.
Studiuję techniki dentystyczne. Zawsze, gdy to komuś powiem, muszę tłumaczyć, że nie, nie będę dentystą. Nawet nie będę miała uprawnień na samodzielny kontakt z pacjentem. Ale tym razem się powstrzymuję. Jedynie siorbię herbatę i czuję się, jakbym zawiodła jako człowiek.
Mam 21 lat i za każdym razem wzdrygam się, gdy usłyszę obcokrajowca. Tak, jestem uprzedzona, zwłaszcza do "ciapatych". Dlaczego? Rok temu zostałam przez kogoś (a raczej coś) takiego zgwałcona. Od tamtej pory za każdym razem, kiedy usłyszę cokolwiek po angielsku wypowiedzianego męskim głosem, przypominam sobie słowa, które prawdopodobnie będą prześladowały mnie już do końca życia: "I wanna f*ck your ass".
Bardzo bym chciała móc powiedzieć, że skończyło się tylko na słowach...
Jestem Mulatem. W 1/4, ale nadal to jest widoczne. Moi rodzice są naprawdę fajni, a jako że przez większość życia mieszkaliśmy w mieście, nieraz spotykałem dzieci z ''mieszanych'' rodzin, więc nigdy nie byłem poniżany. Czasem jakieś wyzwisko na ulicy, ale nigdy nie było źle. Niedawno rodzice przeprowadzili się na wieś, a ja niepełnoletni z nimi.
Kompletnie nie znam ludzi ani okolicy, ale dojazd do miasta, w którym się uczę jest dobry, więc nie ma na co narzekać.
Może oprócz ludzi.
Idę na przystanek. Pusto, bo wcześnie i to mała wieś. Patrzę się, a tam dwójka panów, dość napakowanych, palą papierosy, a zatrudnieni są do sprzątania parku i jego okolic.
Słuchawki miałem w uszach, ale odtwarzacza jeszcze nie włączyłem. I słyszę wyzwiska. Od asfaltu do uchodźców, pełen zakres łaciny podwórkowej. Udawałem, że nie słyszę.
Ale dziewczyna, która szła z naprzeciwka, nie udawała.
Nietolerancyjny buc, zakała społeczeństwa, rasista, grubas - zero łaciny, ale same wyzwiska, w tym moje ulubione - wyzwała go od białasa, sama będąc biała. Na ogół bardziej wykrzykiwała te słowa w eter niż go wyzywała i szła dalej, nie zwracając na niego uwagi. Burak coś jej odburknął, ale ona nadal swoje, więc dał sobie spokój i z obrażaniem mnie, i jej, a ona dalej gdzieś szła i powili przestawała krzyczeć coraz wymyślniejszymi obelgami.
Dziewczynę znam. Sąsiadka, ale gbur, nigdy nie odpowiedziała na moje cześć, rodzice mi powiedzieli, że mówi się o niej, że satanistka, wegetarianka, dziwak, lewactwo (była ubrana na czarno, przy okazji ostatnich wydarzeń), lesbijka, nie szanuje nikogo, nawet rodziców. Dziwacy na wsi mają trudne życie.
Nie wiem co mam o niej sądzić, ale to był pierwszy raz, gdy ktoś obcy mnie obronił przed przemocą słowną. I zrobił na mnie najlepsze wrażenie ze wszystkich, o których słyszałem.
Podstawówkę kończyłem w latach 80. Wg szkolnego "psychologa" byłem uczniem "zdolnym, ale leniwym", ale tak naprawdę raczej nieprzystosowanym.
Mój ojciec zamierzał wytępić ze mnie to lenistwo i dawał mi osobiście "korepetycje", które nieraz trwały do 1 czy 2 w nocy, do czasu, aż matka z płaczem stawała w mojej obronie, gdy nie mogłem czegoś zrozumieć i zasypiałem siedząc przy lekcjach lub półprzytomny kiwałem się nad książką czy zeszytem na granicy percepcji. Czasem kończyło się tylko na krzyku i wyzwiskach, czasem na aktach fizycznej przemocy, niektórych ślady noszę do dziś. Do dziś także pamiętam tę każdorazową ulgę, gdy po dzikiej awanturze, półprzytomny ze strachu i zmęczenia, kładłem się w końcu do łóżka, szczęśliwy, że na dziś koszmar skończony.
A dziś ojciec nie może zrozumieć, czemu jestem zamknięty i nie potrafię okazywać uczuć. Zwłaszcza jemu.
Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, czy to tutaj opisać. Chwalić się za bardzo nie ma czym, mojego faceta to bawi i zapewne też bym się z takiej sytuacji śmiała, gdybym tylko nie ja ją przeżyła.
Pomagałam znajomej w firmie ogrodniczej. Wysłano mnie do pewnej pani, która zamówiła usługę przycięcia krzewów, plewienia itp.
Co najważniejsze, w domu miało nikogo nie być i moja "szefowa" o tym wiedziała. Klientka miała zaufanie i powiedziała po prostu jak ktoś z ekipy ma się dostać do ogrodu "od tyłu".
Przychodzę do pracy, jeszcze zimno i zaczynam, robię swoje, działam i nagle... to poczułam. Po prostu zachciało mi się PILNIE do toalety. Na dwójkę.
Początkowo myślę: Spoko, dam radę, za kilka godzin będę w domu.
Później: Nic się nie stanie. Kobieto, jesteś dorosła!
Rozglądam się i panika, no nie ma dokąd iść! Wokół domki, po drodze non stop jeżdżą auta...
Znalazłam w ogrodzie osłonione miejsce, z dala od płotu i... cóż by się dalej rozpisywać. Zrobiłam to co miałam zrobić i zakopałam to lekko w ziemi, przykryłam korą i... poszłam pracować dalej.
Zwyczajnie zrobiłam komuś kupę w ogrodzie i zakopałam ją jak kot!
Jeśli to nie jest anonimowe wyznanie, to ja już nie wiem co nim jest.
Do tej pory nic nie słyszałam jakoby moja tajemnica wyszła na jaw.
Może i było lepsze rozwiązanie. Na pewno było. Ale spanikowałam. Do tej pory czuję zażenowanie jak o tym pomyślę.
I ta rozmowa z facetem jak wróciłam do domu.
- Zrobiłam coś strasznego dzisiaj. Miałam ci nie mówić. Byłam dzisiaj w pracy i... nie miałam jak skorzystać z toalety..
- Hah, i co zrobiłaś? Nie mów, że podsikałaś komuś kwiatki ;D
- Nie...
- NASR***Ś KOMUŚ W OGRODZIE?!
Śmieje się ze mnie do tej pory.
Dodaj anonimowe wyznanie