#yto0b

Mam 19 lat. Moi rodzice nie pracują, jedyne co robią to piją. Dniami i nocami piją. Ja już do tego przywykłam, moje starsze rodzeństwo również. Może im jest trochę łatwiej, bo nie mieszkają już z nami, siostra całkowicie nie przyznaje się do nas przed bogatą rodziną swojego męża.

Codziennie po szkole pracuję w fast foodzie, żeby mieć za co zjeść, za co się ubrać itp. Rodzice nie wiedzą, że pracuję, jakby się dowiedzieli, pracowałabym na ich wódkę, a chyba przepicie pieniędzy z MOPS-u już wystarcza. Na prawko, czyli największe moje marzenie, odkładałam bardzo długo. Miałam wyliczoną każdą złotówkę.

Egzamin teoretyczny? Bułka z masłem. Praktyczny? Wydawało mi się, że też, ale do momentu. Do momentu aż głupi pajac nie wybiegł mi na pasach, do tego uśmiechając się głupkowato. Wiedziałam, że zrobił to specjalnie, a egzaminator okazał się typowym ch***** i egzamin zakończył się natychmiastowo. Dla mnie poprawienie egzaminu to kolejne pieniądze, nie zarabiam dużo, jak odejmiemy pieniądze za jedzenie (rodzicom też kupuję), moje leki na tarczycę i inne podstawowe rzeczy to zostają mi serio grosze. Więc nawet 10 zł odłożyć mi jest ciężko.

Szybko jednak mogłam się koledze odwdzięczyć. Koleżanki wyciągnęły mnie do baru na piwo, i tam spotkałam właśnie tego śmieszka. Nie poznał mnie, zaczął zarywać, a ja... a ja całkiem przypadkiem zamówiłam na jego koszt kilka najdroższych drinków dla siebie i koleżanek. Nie jest mi go szkoda, to jeden z bananów, któremu rodzice dają wszystko. Więc nie docenia pieniądza.

Może teraz doceni, po tym jak zabrakło mu kasy, a właściciel kazał mu umyć łazienki, kuchnie i całą salę.

Tak, jestem z siebie dumna. Tak, zdałam egzamin za 2 razem.

#v565N

Jadąc autobusem byłam świadkiem tego jak facet, ewidentnie w stanie wskazującym, zaczął wyzywać jadącego spokojnie z żoną (Polką) i synkiem czarnoskórego mężczyznę.

Co ciekawe - nikt nie odwrócił głowy, w obronie chłopaka stanęło kilka osób, a nawet (ulubieniec anonimowych) Sebix, który zakończył dyskusję z facetem oferując mu alternatywę: wysiada albo wp... :P

A tyle się mówi o nietolerancji i znieczulicy :)

#LCSTP

Moja matka ma silny charakter i uwielbia postawić na swoim, jedynie ojcu udaje się uniknąć tego jej despotyzmu. Moje starsze rodzeństwo - brat i siostra - chodzą jak na sznurku. Głównie ze strachu lub żeby mieć święty spokój. Ja jako dziecko od zawsze miałam swoje zdanie i czasami sprzeciwiałam się matce. Ona chciała decydować o wszystkim - jak mamy się ubierać, spędzać wolny czas, chodzić do kościoła. Mamy być takimi perfekcyjnymi dziećmi. Oczywiście nie szczędziła przy tym pieniędzy, wiec jeżeli był jakiś sprzeciw, to ona zawsze była wielce urażona, że przecież nam chce nieba uchylić (oczywiście zawsze kończyło się awanturą). Dla mnie jednak zawsze było ważne to kim ja chcę zostać, a nie to czego ona chce.

Na studia wybrałam się dosyć daleko, więc nie było opcji, że matula będzie mnie kontrolować tak jak moje rodzeństwo. Na studiach nauczyłam się ogarniać, być asertywna i dążyć do celu. Kiedy przyjeżdżałam do domu i matka próbowała swoim starym zwyczajem mi coś narzucić, nie dawałam się. Były oczywiście awantury. Z czasem starałam się spokojnie z nią rozmawiać, że jestem już dorosła, umiem o siebie zadbać, że ja i ona mamy różne charaktery i musimy akceptować swoje różnice. I oczywiście nie przynosiło to efektów. Nikt nigdy nie śmiał powiedzieć jej jakie ma wady.

Kiedy podjęłam decyzję, że nie pójdę do znanego korpo (to praca, która by mnie męczyła - wiem, próbowałam), tylko zatrudnię się w pewnej fundacji za mniejsze pieniądze, wpadła w szał. Powiedziała, że koniec z pomocą finansową (od dłuższego czasu sama się utrzymywałam), mam "iść w cholerę". Rodzeństwo pukało się w głowę, bo przecież zdanie matki to świętość, ojciec w sumie stał z boku. No i jak sobie zażyczyła, tak zrobiłam - przestałam przyjeżdżać do domu, oddałam wszystkie pieniądze, które wcześniej mi przelewała na konto oszczędnościowe. Mimo że płaciłam za mieszkanie, kazała mi je zwolnić (było ich), bo chcą wynająć komuś bogatszemu.

Rodzeństwo niechętnie się ze mną kontaktowało, bo mama ma rację, ojciec odzywał się czasami, ale miałam do niego żal, że nie wsparł moich decyzji, więc kontakt był marny.

Teraz mijają dwa lata od tych wydarzeń i niedługo mój ślub. Za namową narzeczonego postanowiłam pogadać z rodzicami. Przyszli teściowie nie wiedzą o całej sytuacji, myślę, że by nie zrozumieli, bo brzmi to absurdalnie.

Ostatnio zorganizowałam ich wspólne spotkanie. A na nim jakby nigdy nic moja matka gra Matkę Polkę. Śmieszne, bo o moim dorosłym życiu nie wiedzą chyba nic.

Rodzeństwo też nagle zaczęło się odzywać, ucieszyłam się. Ale kiedy podsłyszałam ich rozmowę, że dobrze się ze mną zakumplować znowu, bo przeprowadzam się za granicę, trochę mnie zabolało. Powiedziałam im, że nie mam zamiaru ich gościć, ale mama na pewno im da na bilet i hotel, za ich posłuszeństwo i dobre sprawowanie :)

#bU755

Przez całą podstawówkę i gimnazjum sama sobie wysyłałam walentynki.

Potem każdemu pokazywałam, że ta wielka, piękna i droga to od jakiegoś chłopaka jest, bo się podpisał "Tajemniczy wielbiciel". Szkoda, że nie zmieniłam pisma. Wiele osób ogarnęło, że sama sobie ją wysłałam...

#Omf2C

Mając coś koło 11-12 lat zamiesiączkowałam po raz pierwszy. Wiadomo. Burza hormonów itp. Przełożyło się to w straszny sposób na mój wygląd.

Po pierwsze - nadmierne owłosienie na ciele. Pomimo tego, że jestem dość jasną blondynką, to na rękach, nogach i pod pachami od razu miałam dość grube i czarne włosy. Chciałam się tego pozbyć. Niestety moja kochana mamusia uniemożliwiła mi to. Stwierdziła, że jestem za smarkata i nie mam prawa myśleć o takich sprawach. Że zrobię sobie krzywdę (no bo po co mnie nauczyć dbać o higienę). Skutkowało to wyzwiskami i wyśmiewaniem na lekcjach WF czy też ogólnie w cieplejsze dni przez rówieśników.

Po drugie - piersi. Wtedy miałam już coś koło B, bo byłam dość pulchną osóbką w tamtym okresie. Stanik? Mogłam o tym zapomnieć. Znowu do akcji wkroczyła mamusia. Zaczęła mi wmawiać, że od niego będę miała kiedyś obwisły biust (?!). Po błaganiach kupiła mi jeden sportowy, który mogłam nosić tylko w dni, w których miałam WF.

No i po trzecie - cera. Istna tragedia. Ropne krosty pokrywały mi całe czoło i brodę. O ile w podstawówce drwin na tym polu nie było, no bo większość coś tam miała, to w gimnazjum horror. I znowu to samo. Nie mogłam używać żadnych kremów, toników, żeli, nic. Tylko szare mydło i przekonanie mamusi o tym, że "To samo zejdzie, a tym paskudztwem zniszczysz sobie skórę".

Takim oto sposobem przez mamę jakieś 5 lat szkoły byłam wyzywana od małp i trędowatych.
Według mnie mama nie miała żadnych racjonalnych powodów, aby się tak zachowywać.

#t1y4J

Do 21 roku życia nie wiedziałam jak smakują pistacje. Albo salami. Łosoś wędzony, kabanosy czy ser camembert. Moich rodziców było na to stać (mówimy o późnych latach 90, wczesnych 00), ale woleli kupić więcej, ale byle jak niż mniej, a dobrze.
Nie oszukujmy się, chciałam tylko spróbować jak to smakuje, nie obżerać się tymi delikatesami!
Nigdy, jak byłam młoda, nie jadłam chleba z wędliną i serem. Albo ser, albo wędlina, z czego baleron to był maksymalny luksus wśród wędlin. Zazwyczaj był pasztet, ale nie taki lepszy, pasta z foliowego pudełeczka.

Przez jakiś czas miałam im to za złe. Ale w końcu doszłam do wniosku, że mimo wszystko głodna nie chodziłam, a to były ich pieniądze i ich decyzje.

Dziś zarabiam sama, już dawno spróbowałam salami z osła, wędzonych ryb, serów pleśniowych i dobrego wina. I nie ograniczam mojego dziecka, je sobie lepsze rzeczy. Może czasy się zmieniły, może mentalność.
Ostatnio się odezwałam do mamy na Skype w momencie, kiedy moja córka jadła kabanosa.
Dostałam niemiłosierny opieprz, że za tę cenę mogłabym jej nakupić z pół kilo mortadeli!
I poczułam tak niesamowity gniew, że to nie chodziło o oszczędzanie na coś konkretnego, a oszczędzenie na jedzeniu.
Powiedziałam prosto - wolę, żeby moje dziecko zjadło mniej a lepiej, niż się zapychało pasztetem z galaretką.
Głodna nie chodzi, a rodzice strzelili porządnego focha, bo rozrzucam własne pieniądze :/

#mMmlP

Historia sprzed roku. Miałam bardzo zły dzień. Zostałam oskarżona o popełnienie błędu w pracy, który tak naprawdę zrobiła inna osoba. Mimo moich tłumaczeń szef się na mnie wydarł i nie uwierzył w żadne moje słowo (szef mnie nie znosił, niestety nie wiem czemu). Potem spóźnił mi się autobus do domu, a jak już dotarłam do mieszkania, potknęłam się o stojący w przedpokoju wieszak. Żeby uchronić się przed upadkiem złapałam się szafki - takiego lekkiego, niedużego regału - który też się przewrócił i cała zawartość się z niego wysypała.
Wszystko to tak mnie zdołowało, że wybuchnęłam głośnym płaczem. Siedziałam tak na ziemi, zanosząc się nieprzerwanym szlochem, dobre kilkanaście minut, gdy nagle ktoś zadzwonił do drzwi.

Otworzyłam i kogo widzę na progu? Dwóch policjantów. Pierwsza myśl - komuś bliskiemu coś się stało. Druga - jestem o coś oskarżona, zaraz mnie aresztują. Tymczasem panowie pokazali odznaki i spytali, czy mogą wejść. Zapytali co się stało i czy jestem tu sama. Opowiedziałam im całą historię - o pracy, o autobusie, o wieszaku, o regale... i rozpłakałam się raz jeszcze (wiem, beksa jestem, ale byłam przed okresem, w fazie całkowitego rozchwiania emocjonalnego).
Panowie posadzili mnie na fotelu, jeden zrobił herbatę, drugi został i mnie pocieszał. Gdy się uspokoiłam postawili mi regał i powiedzieli, że zadzwoniła po nich moja sąsiadka, bo słyszała dziwne hałasy.

Policjanci poszli, a ja udałam się do owej sąsiadki. Jest to starsza, bardzo miła pani, którą dość rzadko spotykam. Powiedziała, że słyszała hałas i mój płacz i wystraszyła się, że coś mi się stało.
Jej postawa i troska mnie rozczuliły, dlatego zaczęłam regularnie do niej wpadać, zawsze przynosząc jakieś ciastko lub owoce. Pani Zuzanna ma chore stawy, więc rzadko wychodzi z mieszkania i takie spotkania ją cieszą.

Jakiś czas później, kiedy wybrałam się do sąsiadki, drzwi otworzył mi wnuk pani Zuzanny. Dużo mi o nim opowiadała, ale wtedy spotkałam go pierwszy raz. Jest w moim wieku i nieprzyzwoicie przystojny. Powiedział, że babcia jest w szpitalu na badaniach i zaprosił mnie na kawę.

Ach, to życie, nie? Pisze niepodziewane historie.
Z Kamilem jesteśmy razem już od 6 miesięcy.
W pracy ważny klient wybrał mój projekt (pracuję w branży reklamowej), co wpłynęło na stosunek szefa do mnie - w końcu zostałam doceniona i to mnie strasznie cieszy. Rodzice oddali mi swój stary samochód, więc nie jetem zależna od autobusów.

Jedynie z regałem mi się nie układa - ostatnio znów go przewróciłam - upadł mi prosto na stopę... Gips ściągam za tydzień.

#S2N2Z

Opowieść o niechcianym chłopcu.

Wydarzyło się to już kilka lat temu, jak córka chodziła do podstawówki (teraz jest w liceum). Niby wiejska szkoła, ale na wysokim poziomie. Wspaniała Pani Dyrektor.

Do klasy mojej córki przyszedł nowy uczeń, wiadomo, dzieci bardzo ciekawe któż to taki. I się zaczęło... dowiedzieli się, że został adoptowany. Dzieci jak dzieci, niektóre bywają bardzo okrutne w słowach i działaniu, oczywiście nie wszystkie. Chłopiec ten był bardzo agresywny. Po prostu myślał, że przemoc i agresja to jest jedyne wyjście, aby radzić sobie z zaczepkami i wyzwiskami.
I tu wkroczyła pani dyrektor. Przeprowadziła pogadanki z dziećmi (jedna w miesiącu) oraz z rodzicami. Zaproponowała chłopcu, że jeśli będzie miał jakiś kłopot, to ma przyjść do niej, nie na skargę, ale na pogaduchy.

Pracowała z nim tak około 2 lat. Sytuacja w klasie już się uspokoiła, dzieci chłopca bardzo polubiły, z wzajemnością. Niestety tu się kończy miła historia.

Okazało się, że na koniec szóstej klasy rodzice chcą oddać go z powrotem do domu dziecka. Mówili, że jednak nie dają rady, że w szkole ma same problemy (i tu była kiepska argumentacja rodziców). Dzieci i nauczyciele nie mogli uwierzyć w to co się stało. Były rozmowy z nimi (pedagog, dyrektorka, psycholog szkolny). Stanęło na tym, że zostanie z nimi do wakacji.

Jest bal, wszyscy czekają na niego z prezentem pożegnalnym, a jego nie ma. Na lekcjach jeszcze był. Pani dyrektor nie wytrzymała i pojechała do nich do domu. I co się okazuje?... Zawieźli chłopca do domu dziecka, aby "oszczędzić mu przykrości pożegnania z klasą". A na koniec powiedzieli, "że byli już jego trzecią rodziną i to chyba mówi samo za siebie, jakie to było dziecko".

Mogę dodać, że dzieci pożegnały go na rozdaniu świadectw. Pani dyrektor razem z psychologiem szkolnym wzięły go na przepustkę z domu dziecka. Było dużo łez. Moja córka i nie tylko ona utrzymuje z nim kontakt. Niestety chłopiec nadal jest w domu dziecka.

#pekC0

Masz z przyjacielem wypadek. Ratujesz jego nogę, uszkadzając swoje ciało. Czeka cię operacja, inaczej kalectwo do końca życia. 4 dni mijają od wypadku do krojenia na stole. W tym czasie przyjaciel i twoja dziewczyna opiekują się tobą. W dzień operacji nie pojawia się żadne z nich. Dopiero 2 dni po operacji odpisują na SMS. 3 dni po operacji wychodzisz do domu.
Mijają kolejne 2 dni, odwiedza cię przyjaciel z - jak się okazuje - już nie twoją, a jego dziewczyną.

Ale nie żałujesz dawnych decyzji. On jest tylko "przyjacielem", a ty możesz o sobie z dumą mówić Przyjaciel :)
Dodaj anonimowe wyznanie