Hipermarket, wieczór, robię zakupy spożywcze na następny dzień. Taka codzienność. Całkiem fajna, lubię swoją codzienność. Ten jednak dzień zakończył się dla mnie nieoczekiwanie przykro. Od momentu płacenia za zakupy minęło dokładnie dwie i pół godziny, kiedy zorientowałem się, że nie mam portfela w miejscu, w którym powinien on się znajdować. Dramat. Moje wszystkie pieniądze, których ilością nie grzeszę, karty do banku (choć na koncie 1,50 zł), dowód osobisty, prawo jazdy, legitymacja studencka i wiele ważnych papierków najpewniej przepadło.
Zacząłem szukać, lecz nie pomogło wywrócenie do góry nogami zarówno domu, jak i samochodu w garażu. W momencie podjąłem decyzję o podróży do marketu, gdyż przypomniałem sobie, że w chwili płacenia odebrałem ważny telefon, który pochłonął moją uwagę do tego stopnia, że zostawiłem portfel przy kasie, wziąwszy tylko zakupy. Wpół do dwunastej, noc. Dziewczyna wykładająca towar wymieniała ze mną wiadomości na zasadzie przykładania telefonów do szyby. Zaprosiła z tyłu budynku, tam miałem spotkać się z ochroną, którą obiecała poinformować. Na nic. Minęła ciężka noc i długi poranek, bo dopadła bezdenność. Ponownie godzina spędzona w markecie, ponownie na nic.
Bank - nie zastrzegą mi dowodu, bo nie mam czym się wylegitymować przy stanowisku... Urząd Miasta - w kolejce do referatu dowodów by wnioskować o nowy zadzwoniłem zastrzec karty do konta. Następnym krokiem miał być wydział komunikacji i wniosek o duplikat prawa jazdy. Tam jednak nie dotarłem. Zaraz po zastrzeżeniu karty dowiedziałem się o wizycie policjantów w domu. Przynieśli portfel, zaczekali, aż przyjadę. Było wszystko. I wszystkie pieniądze, co do złotówki. Ochrona danych osobowych zabrania podawania kontaktu do osoby przekazującej znalezisko policji. Dobry człowieku, dziękuję Ci. Za pół godziny idę ofiarować Ci Mszę świętą.
Miałam dwa króliczki.
Igłę i Nitkę, dwie piękne samiczki.
Szkoda tylko, że po pewnym czasie Igła okazała się Igiełem.
Miałam dwanaście króliczków.
Całe mieszkanie zakicane.
Jestem patriotą. Interesuje się historią Polski, polityką, pamiętam o świętach narodowych, modlę się w intencji zmarłych za ojczyznę, ale jakoś nie afiszuję się tym, raczej nikomu o tym nie mówię, nie mam tatuaży, nie chodzę w bluzach z symbolami Polski Walczącej, ani nic z tych rzeczy. Jestem w ostatniej klasie liceum z rozszerzoną historią. Nasza nauczycielka od historii zleciała zrobić prezentacje na temat: "Jak żyją polscy weterani wojenni". Zgłosiłem się, bo jakoś nikt w mojej klasie nie miał do tego zapału. Większość przyszła do tej klasy nie dla nauki historii, a dlatego "bo mają blisko", albo "bo nigdzie indziej się nie dostali". Moja klasa raczej wyznaje filozofię hedonistyczną i uczuć to oni nie za bardzo mają.
Poszperałem w internecie, znalazłem film. 96-letnia Polka z kresów śpiewała Rotę. Szczerze mówiąc, jeszcze nigdy tak się nie wzruszyłem. Prezentację zrobiłem, dodając ten film. Po prezentacji w której zwarłem prawdę o sytuacji weteranów, ich brak środków do życia, brak krewnych itp., oraz puszczeniu wyżej wspomnianego filmiku, który spotęgował efekt, siedziała w ciszy jak makiem zasiał. Kilku osobom poszła łezka, a może nawet kilka. Nawet chłopakom. Wieczorem, już w domu, usłyszałem dzwonek do drzwi.
Zebrała się grupka osób z mojej klasy. Chcieli pogadać (nie posiadam facebooka, ani telefonu, bo mi nie potrzebny, więc musieli przyjść do mojego domu). Okazało się, że bardzo ich ta prezentacja wzruszyła i chcą pomagać weteranom, ale nie wiedzą jak. Rozmawiałem z nimi ponad godzinę, tłumaczyłem im zasady współczesnego patriotyzmu, pokazałem różne fundacje. W ciągu tygodnia zebraliśmy wszyscy (12 osób) ponad 2.5 tys. złotych, które przeznaczyliśmy na cele charytatywne.
Teraz wspólnie chodzimy na cmentarze i sprzątamy groby poległych w obronie kraju. Odwiedzamy starców. Wszystko to dzięki prezentacji w której była zawarta Rota śpiewana przez 96-latkę.
Odwiedzałem ostatnio babcię. Kiedy weszła do jej mieszkania, od razu rzuciła mi się w oczy ulotka firmy pogrzebowej leżąca na stercie gazetek reklamowych rozrzuconych na blacie stołu. Moja babcia ma poczucie humoru, więc mogłem sobie pozwolić na niewybredny żart. Chwyciłem ulotkę, przeczytałem jej zawartość (usługi kremowania, ubieranie nieboszczyka zgodnie z grobową modą, makijaż pośmiertny, organizacja styp...) i uradowany rzekłem:
- Patrz, babciu. Czyż to nie miło z ich strony, że do Ciebie takie ładne listy piszą?
Babcia nie kazała mi zbyt długo czekać z ripostą:
- E, tam! - mruknęła z pogardą - oni lecą na mnie tylko ze względu na moje ciało!
No, tak. Widać - "typowi faceci".;)
Znaliśmy się ze szkoły. Równoległe klasy. Taki nieporadny, ale na swój sposób uroczy typ faceta. Walił zabawne gafy, był pomocny i miły. Tak się jakoś wszystko potoczyło, że postanowiliśmy być razem. Dobre złego początki...
Facet był pieprzonym psychopatą-zazdrośnikiem, sprawdzał mi telefon, komputer. Z nikim nie pozwalał się spotykać a sam szlajał się z kumplami gdzie tylko chciał. Co chwilę wybuchały jakieś awantury.
Kiedyś jego mama kupiła dla mnie fajne bluzeczki - z dekoltem. Pojechałam do niego w jednej z nich. Jak mnie zobaczył wpadł w szał. Powiedział, że nie będę się tak ubierać (jego mama chwilę wcześniej widziała, że ją na sobie mam) dał mi swój t-shirt i kazał się przebrać. Nie mam pojęcia dlaczego się zgodziłam - chyba dla świętego spokoju. Jego mama zobaczyła mnie w t-shircie i zapytała o co chodzi. Powiedziałam zgodnie z prawdą co zaszło, pobiegła do kuchni gdzie jej syn właśnie wyrzucał bluzkę i walnęła mu wykład na ten temat. Myślicie, że pomogło?
Nie.
Koniecznie chciał mnie sprawdzać. Któregoś razu kiedy nie chciałam mu dać telefonu do kontroli zamachnął się na mnie ręką i walnęłam głową o ścianę - nie spodziewałam się, że mnie uderzy. Szybko zacisnęłam pięść i przywaliłam mu z sierpowego w szczękę... Trochę go otrzeźwiło wtedy i zrozumiał, że na tyle nie może sobie pozwolić ze mną.
Teraz jedna z najlepszych akcji w moim życiu. Motyw typowo filmowy ale gęsiej skórki idzie dostać co on wtedy we łbie musiał mieć...
Umówiliśmy się po mojej pracy, że do niego przyjdę.
Przyszłam więc. Usiadłam obok niego i akurat zabrzęczał mi telefon na przedpokoju - ktoś mi strzałkę puścił. No nic to, idę sprawdzić...
Patrzę na telefon
- Kto to? - zapytał
- Krystian z poprzedniej pracy - zgodnie z prawdą odpowiedziałam
- KURWA! JA PIERDOLE CZEGO ON OD CIEBIE CHCE! Daj mi do niego numer - zadzwonię i powiem aby się od Ciebie odpierdolił.
Patrzę na niego i nie wierzę własnym uszom! Wziął sobie numer do tego kolegi, wykręcił na swoim telefonie, chwilę pomyślał wcisnął "zadzwoń". To co powiedział zmroziło mi krew. A brzmiało to dokładnie tak:
- Numer na który próbowałeś się przed chwilą dodzwonić jest nieaktualny - pogrzeb będzie w sobotę na Partynicach...
To był koniec tej chorej znajomości. Teraz mam swoją rodzinę z normalnym facetem i żyjemy sobie bardzo szczęśliwie razem z synkiem.
Co do ex natomiast... ożenił się, niedawno też urodziło mu się dziecko i podobno wyprowadził się z miasta. Nawet nie wiecie jak strasznie współczuję jego żonie...
Kiedy byłam małą dziewczynką, z tatą często bawiliśmy się w nadmuchiwanie policzków, po czym nawzajem je sobie naciskaliśmy i wydmuchiwaliśmy to powietrze ze śmiesznymi efektami dźwiękowymi.
Jednak moja natura trolla dała o sobie znać. Pewnego wieczoru nie nadmuchałam policzków, ale wypełniłam je mlekiem, a potem poszłam do taty w celu zabawy.
Nie dostałam lania, bo tata ma poczucie humoru. Ale fotel dalej wali trochę skwaśniałym mleczkiem. :D
Dziewczyny, myślicie, że wasi faceci to bezmózgie dzieciaki? Słuchajcie tego. Wieczór jak każdy inny. Planujemy obejrzeć film. On siada, ja kładę się z głową na jego kolanach. Oglądamy. 5 minut. 10. 15. Słyszę, że już nie może wytrzymać ze śmiechu. Film nie jest zabawny. Podnoszę głowę, żeby zerknąć na niego. Co widzę? Jego penisa. Na mojej głowie. Uznał za niesamowicie zabawne, jeżeli będę oglądać film z jego fają w moich włosach. Dawno nie słyszałam, żeby tak się śmiał. Przypomina to mi średnio 5 razy dziennie.
Dorosły facet.
Na co dzień w mundurze.
Boże.
Byłam dziwnym dzieckiem.
Razem z koleżanką zorganizowałyśmy sobie konkurs na... sikanie. Piłyśmy dużo soku, czekałyśmy, a gdy się uzbierało leciałyśmy na pole i sikałyśmy do celu. Najgorsze jest to, że same sobie robiłyśmy za cel.
Mam nadzieję, że tego nie pamięta...
A gówno prawda. Pamięta. Wypomina mi to wszędzie i w sumie obie nieźle "lejemy" z naszego stanu umysłowego wtedy. Grunt to dobra zabawa, no nie?
O tym jaką wyrodną matką jestem.
Mam dwie córki. Starsza ma 6 lat. Miała czasem napady szału. Zwykle wieczorami kiedy trzeba było już iść spać. Z czasem zaczęła przechodzić samą siebie. Zaczynała krzyczeć, bić, kopać, wyzywać, szczypać, drapać... No armagedon.
Już nie wiedziałam co mam robić. Kary, nagrody za złe lub dobre zachowanie nie pomagały.
Obiecywała, przepraszała a po jakimś czasie znów to samo.
Psycholog? Psychiatra? Egzorcysta?
I wtedy wpadłam na szatański pomysł.
Kupiłam gumową lalkę. Napompowałam, ubrałam w swoje ubrania i przedstawiłam córce jako Drugą Mamę, którą może wyzywać, bić a nawet poprosić o czytanie książki.
Ani razu jej nie pobiła, nie poprosiła o nic ba, nawet do niej nie podchodziła. Bała się jej a kiedy miała zamiar wpaść w kolejny atak zerkała tylko na Drugą Mamę i się uspokajała.
Przytulała mnie grzecznie i kładła się spać.
Po 3 miesiącach Druga Mama wyprowadziła się od nas. Mijają kolejne 3 miesiące. Córka mnie ani nie uderzyła ani nie wyzwała.
O tym jak straciłam przyjaciela. Dla mnie przyjacielem od kilkunastu lat był mój pies. Pamiętam, że jako mała dziewczynka bardzo chciałam małego czworonożnego kompana. Wraz z rodzicami pojechaliśmy do schroniska z którego wróciłam z małą, przerażoną kuleczką. Dzień po dniu piesek stawał się bardziej ufny, wychodziłam z nim na spacery, uczyłam różnych sztuczek.
Na przywitanie nauczył przybijać łapą piątkę, gdy tylko się budziłam. Nie odstępował mnie na krok. Gdy miałam gorszy dzień on zawsze był przy mnie, często wskakiwał na łóżko i kładł głowę na moich nogach. Jako, że był dość sporym psiakiem- owczarek niemiecki, sprawdzał się jako mój obrońca. Pamiętam jak pewnego jesiennego wieczoru wybrałam się na spacer do pobliskiego parku. Pies spuszczony był ze smyczy a ja z założonymi słuchawkami podążałam za nim. W pewnym momencie poczułam, że ktoś mnie szarpie i wyrywa torebkę.
Nawet nie zdążyłam krzyknąć a mój psiak już skakał i szarpał za rękę tego bandziora, który uciekł w popłochu goniony parę metrów przez mojego obrońcę. Zwierzak był po prostu cudowny. I tak razem się wychowywaliśmy aż do wczoraj. Musieliśmy go uśpić ze względu na to jak się męczył. Starość dała się we znaki i mój kochany pies zaczął z dnia na dzień słabnąć, męczył się. Był nieuleczalnie chory. I wiecie co? Bezsilność to najgorsze uczucie. Teraz mam w sobie pustkę. Ten psiak był niekiedy lepszym i wierniejszym przyjacielem od niejednego człowieka. Najgorsze uczucie jest ranem, gdy nie widzę już mojego 'maleństwa', które chce mi przybić piątkę na dzień dobry. Mam w sobie ogromną pustkę i musiałam z siebie to gdzieś wyrzucić.
Dodaj anonimowe wyznanie