#Xo4ki

Mam 19 lat, jestem wolontariuszką Szlachetnej Paczki. W tym roku odwiedziłam parę z ogródków działkowych. Tak, tam mieszkają. Od 10 lat. Pani ma na imię Magda, pan Stanisław. Żyją bez prądu, bez bieżącej wody a jedzenie, z braku lodówki, często chowają w garnku, który po prostu zakopują w ziemi. To nie wszystko. Pan Stanisław miał 3 lata temu wypadek, stracił obie nogi i od tej pory nie wychodzi na zewnątrz. Całe trzy lata. Chce mi się płakać kiedy to piszę... Gdy pierwszy raz przyszłam do nich jako wolontariusz Paczki, zaczęli płakać, bo nie wierzyli, że kogokolwiek może interesować to jak im się żyje. Cieszę się, że mogę pomagać.

#KqDPj

Od dziecka bardzo kochałem święta. Do ubiegłego roku.

Co ważne, z moim bratem mam bardzo złe relacje. Głównie to on prowokuje wszelkie kłótnie, rozpowiada o mnie plotki w szkole, niszczy moje rzeczy, wyciera ręce w moje ubrania i można by wymieniać wiele sytuacji, ale zabrakłoby mi znaków. Przechodząc do sytuacji właściwej:

Rok temu jak zwykle bardzo angażowałem się w pomoc w przygotowaniu kolacji wigilijnej. Kiedy wreszcie zasiedliśmy do stołu, przyszedł czas na składanie sobie życzeń. Nigdy nie zapomnę, jak mama powiedziała: "Żebyś się wreszcie zmienił, bo ja już z tobą nie wytrzymuję".

Resztę świąt spędziłem zapłakany w swoim pokoju.

#eQnq1

Już prawie od dwóch lat pracuję jako animatorka na jednej z sal zabaw dla dzieci w centrum dużego miasta. Pracę zaczęłam na studiach by sobie "dorobić", aczkolwiek okazała się dla mnie stworzona i postanowiłam zostać na dłużej.

Pomimo kilku wyjątków dzieciaki są naprawdę cudowne, potrafią poprawić nam humory na cały dzień i odciąć się od problemów czekających poza pracą. Niektóre są u nas tak często, że zapamiętują nasze imiona, zostajemy ich "ciociami" i najlepszymi powierniczkami szkolnych bądź przedszkolnych dramatów i sekretów, z których już nie raz było sporo śmiechu. Generalnie zajęcie byłoby idealne, gdyby nie... Rodzice, a jakże.

Nie chcę tym wyznaniem się skarżyć, a jedynie zaapelować do osób wychowujących dzieci, a wiem, że m.in. wśród czytających ten portal jest ich sporo. Notorycznie przytrafiają się osoby, które potrafią kłamać w żywe oczy co do wieku swojego dziecka, byle tylko móc je zostawić i wybrać się na shopping ze znajomymi, doskonale wiedząc, że za kilkanaście minut dziecko będzie płakało lub wynikną problemy ze skorzystaniem z łazienki. To nie tak, że nie chcemy zajmować się czyimś dzieckiem i lecimy na wygodę - wbrew pozorom na sali jest naprawdę mnóstwo dzieciaków, a dziecko 2-3-letnie pozostawione bez opiekuna non stop jest naprawdę narażone na wiele niebezpieczeństw, przed którymi nie zawsze jesteśmy w stanie je uchronić. Ba, zdarzają się sytuacje, w których dziecko płacze już na wejściu, ale niewzruszeni opiekunowie machają szybko na pożegnanie i się ulatniają. W kryzysowych sytuacjach (zazwyczaj kiedy kłamstwo na temat wieku nie przechodzi) padają propozycje łapówek (w kwotach 5 - 10 zł) za "rzucenie okiem" na dzieciaka. Do tego dochodzi szereg osób pozostawiających dzieci na 8-9 godzin (!), często nie zaopatrując ich w nic do jedzenia czy picia.

Sama nie jestem jeszcze rodzicem, co często zarzucają mi moi klienci, których decyzje krytykuję, ale na miłość boską - to ich własne dzieci. Ukochane, wyczekane, najlepsze, najwspanialsze, nawet jeśli czasem dają w kość. Powinni myśleć o nich zawsze w pierwszej kolejności. Place zabaw to miejsca, które mają dawać dzieciakom radość i fajne wspomnienia, a nie przechowalnie dla przeszkadzających w zakupach "bachorów".

#Sdq0t

Cześć wszystkim, historia może nie na miarę anonimowych, ale zabawna, dlatego postanowiłem się nią podzielić.
25.11.2016 - ważny dla mnie dzień, egzamin praktyczny z prawka, pełen stresik, godzina 17 wchodzę do MORD'u w Krakowie, zajmuje swoje miejsce w poczekalni i staram udawać, że choć trochę nie chce stamtąd uciekać. Mija 10 minut i jakieś dziewczyny za mną zaczynają rozmawiać o egzaminie, stresie, itp. - więc się odwracam i zagaduje, co by mniej myśleć o nadchodzącej zagładzie.

40 minut minęło na miłej rozmowie, śmieszkach i kawałach, w międzyczasie wszyscy ludzie wychodzili i nie zdawali - zwłaszcza jeden egzaminator zadowolony ze swoich wyników wchodził i wychodził z pokoju. Korzystając z tego, że jeszcze moja sentencja śmierci nie została podpisana zaczęliśmy opowiadać sobie rasistowskie kawały - poleciał jeden, drugi, trzeci i nadeszła moja kolej - opowiedziałem na cały głos żart: "Czym się różni parasol od murzyna? - Parasol nie śmierdzi jak się rozkłada". W tym samym momencie wyszedł egzaminator i wywołał mnie.

W przerażeniu udałem się z nim poza ośrodek, a tam mi się przedstawił "Witam nazywam się P. Murzyn i będę dzisiaj oceniał Pana umiejętności jazdy"... Poczułem, że to najwyższy czas, żeby uciekać, a wyniku możecie się domyślić.

Podejrzewam, że żart mu się podobał bo zdałem :D :D, straszny egzaminator okazał się być naprawdę potworem, ale za to ze sporym dystansem, ponieważ po zakończonym egzaminie opowiedział mi kolejny kawał o murzynach :D, pozdrawiam dziewczyny, które umiliły mi swoim towarzystwem czas, dzięki wam ten egzamin nie był dla mnie aż taki straszny!

#lLgi6

Historia wydarzyła się, kiedy miałam 13 lat, podczas obozu nad naszym polskim morzem. Wówczas wśród gimnazjalistek panowała moda na "belibers"( dla niewtajemniczonych - psychofanki Justina Biebera), sama byłam raczej antyfanką wszystkiego co się jakkolwiek wiązało z Bieberem.

Akcja dzieje się w ostatnich dwóch dniach pobytu w hotelu. Przyjechał inny obóz z gimnazjalistami, a wśród nich ON, ucieleśnienie Biebera w najczystszej postaci. Koleżanki wariowały na jego widok, kleiły się i próbowały choć skupić na sobie uwagę owego młodzieńca. Szczególnie moje dwie współlokatorki. W ostatnią noc obudziłam się wyjątkowo zła na "współlokatorki" za rozpylenie męskich perfum w pokoju, na wpół śpiąca z zamkniętymi oczami mówiłam do nich o bólach głowy, które nie pozwolą mi zasnąć. Wtedy usłyszałam słowa "Stary, to dziewczyna" - to od razu wyrwało mnie ze snu. Patrzę... leżę w łóżku, ale u chłopaka, do którego wzdychało pół obozu.
Tak właśnie dowiedziałam się, że lunatykuję ;)

#mJm5u

Jakiś czas temu będąc na imprezie poczułem potrzebę skorzystania z toalety, ale ponieważ wszystkie męskie były zajęte, poszedłem do damskiej.
Otworzyłem pierwszą lepszą kabinę i zastałem tam na wpół żywą dziewczynę. Próbowałem jakoś do niej dotrzeć, ale totalnie nie reagowała, pewnie ktoś jej coś dosypał...

Przeszukałem jej kieszenie w poszukiwaniu telefonu, dzięki Bogu nie miała kodu zabezpieczającego, więc mogłem zadzwonić do jej mamy i poinformować ją o zaistniałej sytuacji.
Jak się okazało, jej mama nawet nie wiedziała o żadnej imprezie, a dziewczyna ponoć miała przenocować tego dnia u koleżanki.

Nie wiem, co się z nią teraz dzieje. Wiem tylko, że miała 16 lat, może jednak nikt jej nie zgwałcił i jakoś się trzyma, a może jednak...
Nie wiem, nie chcę o tym myśleć, ale dziewczyny, błagam: pilnujcie się, zwłaszcza w takich miejscach.

#558cW

Zawsze chciałam pomagać. Niestety, moja wrodzona nieśmiałość uniemożliwiała wolontariat dla ludzi, a liczne alergie - dla zwierząt. Mam wirusa od urodzenia, więc wszelkie oddawanie krwi czy szpiku odpada.

Nawet nie wiecie, jakie to było super uczucie, gdy w końcu udało mi się wyhodować na tyle długie włosy (zawsze mi się końcówki rozdwajały), że mogłam je oddać do fundacji walki z rakiem!

#knmCH

Parę lat temu, gdy byłem w podstawówce, poprosiłem tatę aby kupił mi pewną grę na komputer. Była wtedy na nią przecena z iluś tam na 12 zł. Tata zgodził się, a ja uradowany, bo owa gra mi się bardzo spodobała, nie mogłem się doczekać jej uruchomienia. Jednakże mimo zachwytu widziałem, że tata jakoś dziwnie się uśmiecha.

A dlaczego się uśmiechał? Jak tylko gierka została zakupiona, powiedział mi:
- Dostań szóstkę, to sobie pograsz.
I sam zaczął grać, a także odgonił mnie od WŁASNEGO komputera. Zdziwiły mnie jego wymagania, bo oceny wtedy miałem dobre i jakoś nikt się na mnie nie skarżył.

No ale utarłem mu nosa, bo dostałem parę dni potem szóstkę. Nawet dwie.
Ale z plastyki :D

#EJQba

Przedmieścia Miasta Chytrej Baby, okolice miejsca zamieszkania mego.
Czas: mniej więcej 2010.
Gdy byliśmy jeszcze małymi gnojkami z gimnazjum, często bawiliśmy się w podchody/policjantów i złodziei w opuszczonym gospodarstwie obok domu mojego kolegi.

Ot stodoła, obórki, cegły z których zrobiliśmy bunker i czasem używany drewniany wychodek obok stodoły.
Wiele rzeczy odwalaliśmy, ale tutaj opiszę akurat wychodek.
Nieraz podczas zabawy koledzy i koleżanki kryli się tam całą grupą, nie dało się ich wtedy złapać. Kminiliśmy długo jak ich zmusić do wyjścia.

No i nagle wpadliśmy na genialny pomysł, a mianowicie...nasikaliśmy do znalezionej miski, umoczyliśmy w sikach kawałki karton-gipsu i wrzucaliśmy do środka przez niewielki otwór wentylacyjny nad drzwiami. Było to wprost zabójczo skuteczne, drużyna przeciwna uciekła z kibla szybciej niż iracka armia z Mossulu.

Parę razy obie drużyny próbowały się jeszcze w owym kibelku chować, lecz skończyło się to gdy pewnego dnia, a raczej późnego wieczora ktoś wymyślił że będzie cwany i ukryje się na dachu wychodka. Dach nie był zbyt wytrzymały, więc się załamał, a pechowy delikwent mało że spadł na dół, to jeszcze z powodu tego że dziura była dość szeroka i nie było na niej deski kibelkowej, to spadł jeszcze niżej głową w dół i tkwił tak z czerepem w gównie przez jakiś czas zanim się wydostał.
Dodaj anonimowe wyznanie