Podzielę się z Wami historią ostatniego weekendu.
Otóż już we wstępie muszę zaznaczyć, że jestem lunatykiem, i to przez duże L.
Wie o tym tylko moja rodzinka.
W sobotę organizowałem u siebie domówkę, po której mój przyjaciel wraz ze swoją młodszą o rok siostrą nocowali u mnie. Dla ścisłości: spaliśmy smacznie wszyscy w jednym pokoju.
Jednak kiedy się obudziłem, mój kumpel pokazał mi filmik, który nagrał tej nocy, na którym oświadczam się jego siostrze, a ona z radością odpowiada TAK.
Nie mam serca powiedzieć jej, że zrobiłem to nieświadomy przez sen.
Po tej imprezie nie tylko mam kaca, ale i narzeczoną. No cóż, myślałem, że takie rzeczy dzieją się tylko w "Kac Vegas".
A dla wszystkich tych, którzy mają problem i boją się zrobić ten krok i oświadczyć się swojej drugiej połówce mam radę: nie musicie wykosztowywać się na drogie restauracje. Kobiety mają słabość do lunatyków ;)
Wyobraź sobie, że poprzedniego wieczoru byłeś na urodzinach przyjaciółki. Na imprezie w jej domu byli różni ludzie, młodsi, starsi, mężczyźni, kobiety, ale wszyscy byli bliscy, przyjaciele, znajomi. Dobrze się bawiliście, piliście, graliście w gry, gadaliście i nic nie wskazywało na katastrofę. W środku nocy położyliście się spać. Ty w pokoju na górze z koleżanką, kilka osób w pokoju na drugim piętrze domku, część w pokojach gościnnych. Jubilatka postanowiła położyć się w pokoju w piwnicy, a ty nie widzisz w tym nic złego.
Rano budzisz się przed wszystkimi, jesz śniadanie i wychodzisz, cały dzień spędzasz jak zwykłą niedzielę, spotykasz najbliższych, wychodzisz do miasta niczego nie świadomy. Wieczorem wracasz do domu, uczysz się i dziwisz się, że twoja współlokatorka, która też była na urodzinach, jeszcze nie wróciła. W końcu dzwoni. Mówi, że nie mogła wcześniej dać znać, że będzie później. Spieszy się. Zadajesz pytania, martwisz się. Mówi, że coś się stało, ale to nie jest rozmowa na telefon.
Wchodzi do domu i jej mina wcale nie wróży niczego dobrego. Siadacie w pokoju, rozmawiacie, robi ci się niedobrze na samą myśl o tym co słyszysz. Chce ci się płakać. Słyszysz o szpitalach, lekarzach i aptece, w której w końcu udało się kupić tabletkę "dzień po".
Wyobraź sobie, że twoja przyjaciółka została zgwałcona na swoich własnych urodzinach. W domu pełnym ludzi przez chłopaka, którego znała całe życie, z którym dobre stosunki miała cała rodzina. Wykorzystał ją, ponieważ była pijana. Wykorzystał ją, bo mu wszyscy ufali. Wykorzystał ją, bo mógł. Wyszedł rano wiedząc, że nikt nic nie słyszał, nikt o niczym nie wie, przekonany, że ona nikomu o niczym nie powie, że nikt jej nie uwierzy.
Jaki jest morał tej historii? Patrzymy płytko. Gwałcicielem może być sąsiad, kuzyn, a nawet przyjaciel czy też ojciec. Oprawcą może być każdy, nawet ten, kogo nigdy byśmy o to nie podejrzewali.
Kiedyś, w szóstej klasie podstawówki, zostałam poproszona przez panią katechetkę o podziękowanie księdzu w czasie mszy na zakończenie rekolekcji. Mszy, na którą zabrano nas ze szkoły, wiec był tam cały mój rocznik.
Wszystko spoko, dostałam bukiet, który miałam potem panu księdzu wręczyć, zostałam zapewniona, że mogę czytać tekst z karteczki. Nadszedł w końcu ten moment. Pani katechetka podchodzi do mnie i mówi grobowym głosem, że to już. Potem dodaje tylko, żebym schowała tę karteczkę. I w tym momencie, wchodząc na ołtarz dostałam odmóżdżenia. Myślę sobie, no nic, przecież tylko ksiądz usłyszy mój żałosny bełkot... Wtedy on mówi: "Podejdź do mikrofonu, dziecko". Przez całą tę tyradę widziałam twarze ministrantów stojących po drugiej stronie ołtarza, przodem do mnie, od samego początku podśmiechiwali się pod nosem. Wisienką na torcie mojej porażki był moment, w którym powiedziałam: "Życzymy księdzu dalszych sukcesów w byciu... yyy... księdzem!". Ministranci wybuchli, nawet ksiądz śmiechnął! Dopiero wracając do ławki przypomniałam sobie, że tam miało być "duszpasterzem" :)
Krótka opowieść z czasów przedszkolnych...
Pewnego pięknego dnia ktoś z mojej grupy bezwstydnie zanieczyścił powietrze w sali.
Jak to dziecko, od razu zgrymasiłam twarz wydając z gardła jakże popularny dla tej sytuacji odgłos "Fuuuuuu!". Nie musiałam długo czekać na odpowiedź typu "Kto poczuje, produkuje". Wkurzyłam się, naprawdę. Chcąc udowodnić swoją niewinność zaczęłam wszystkim obecnym rówieśnikom wąchać pupy szukając sprawcy.
Tak, znalazłam go i udowodniłam swoją niewinność :))))
Moja żona obchodziła dziś 35 urodziny. Wybrałem się do kwiaciarni z zamiarem kupna 35 róż z tej okazji. Kwiaciarka chciała być miła i dorzuciła w gratisie jeszcze 3 dodatkowe róże.
Kiedy wręczyłem bukiet żonie, ona popatrzyła na niego i... ku mojemu zdziwieniu policzyła kwiaty.
Po chwili stwierdziła, że pomyliłem się co do jej wieku i rzuciła bukietem o ziemię. Nie pomogły mi żadne tłumaczenia.
Cóż, będzie krótko. Mam 25 lat i nie umiem jeździć na rowerze.
Mam dziewczynę, którą kocham, ale ona mi nie wierzy i kazała przy najbliższej okazji złapać ją za rękę i powiedzieć przy wszystkich, że ją kocham i potem ją pocałować. OK, co nie? Tylko że ja złapałem ją za rękę i zdezorientowany powiedziałem "Co ja miałem, kur*a, powiedzieć?".
PS Nadal jesteśmy razem :)
Mam 20 lat, jestem w 4 klasie technikum i jestem w związku z nauczycielem z mojej szkoły. Moja rodzina poznała mojego chłopaka już jakiś czas temu, ale zgrabnie wtedy ominęłam temat jego pracy.
Niedawno o tym, że jest on nauczycielem dowiedział się mój brat, nie zostawił na mnie suchej nitki i powiedział o wszystkim rodzicom. Moja kochana rodzina stwierdziła, że mój chłopak jest ''pieprzonym pedofilem'', mimo że poznali go, wiedzieli, że jest starszy 8 lat i wychwalali go pod niebiosa. Gdy im to powiedziałam, to stwierdzili, że pewnie płaci mi za seks. Przemilczę fakt, że uznali mnie za zwykłą dziwkę. Gdy obaliłam ich teorie stwierdzili, że pewnie sypiam z nim za lepsze oceny, bo z WF-u nigdy mistrzem nie byłam. No cóż, może z tym być ciężko, skoro nawet mnie nie uczy.
Rozumiem, że ciężko im teraz zaakceptować mój związek, ale wymyślanie takich rzeczy naprawdę boli, tym bardziej że znają Michała już długo i zawsze uważali go za idealną dla mnie partię. Czy naprawdę tak ciężko zaakceptować szczęście bliskiej osoby, bo ważniejsze jest to ''co ludzie powiedzą?''.
Historię opowiadała mi siostra, ja nie byłam naocznym świadkiem.
Ostatnio moja rodzina postanowiła odmalować pokoje w mieszkaniu. Do pracy tej zatrudnili malarza. Niby był już sprawdzony, bo kilka miesięcy wcześniej malował pokój w mieszkaniu mojej babci. Jednak tym razem nie wszystko poszło po naszej myśli...
Mini remont miał trwać około trzy dni. Chłopak przyszedł pierwszego dnia, zabrał się za robotę, ale wyszedł dużo wcześniej, niż to było ustalone. Zadzwonił potem, że coś mu wypadło i przyjdzie w weekend. W sobotę kolejny telefon - informacja, że będzie dalej malował dopiero w poniedziałek.
Ostatecznie faktycznie zjawił się jakoś na początku nowego tygodnia. Mama w pracy, siostra siedziała w swoim pokoju, a pilnować prac remontowych przyszła babcia. Chłopak niedługo po rozpoczęciu malowania przychodzi do babci i prosi o "zaliczkę". Bo mu się ręce trzęsą, jest na kacu, musi się napić. Tak, wszystko to powiedział, był szczery. Litościwa babcia dała mu jakieś drobne - "niech się napije, byleby zrobił do końca". Poszedł po piwo, wypił i wrócił do pracy. Kiedy już skończył robotę, wszedł do łazienki "odświeżyć się". I tu się zaczyna prawdziwa akcja! Facet siedział w tej łazience dłuższą chwilę i wyszedł zataczając się. Był ewidentnie pijany. Dotarł do kuchni, usiadł na stołku i bełkocząc poprosił babcię o... kiszonego ogórka. Zaraz zresztą spadł z tego stołka.
Ostatecznie jego próby podnoszenia się z podłogi i przemieszczania skończyły się tym, że facet zasnął na gresie w przedpokoju. A moja empatyczna babcia podłożyła mu pod głowę jaśka i nakryła kocem... :D Stwierdziła, że nie warto go budzić, bo może się awanturować. Na izbę wytrzeźwień też nie zadzwoniła, bo jeszcze ją obciążą kosztami. Tak więc robotnik poleżał tam z 2 godziny, aż mama wróciła z pracy. W tym czasie zdążył się zsikać pod siebie. Mamusia nie miała tyle litości - obudziła jegomościa i kazała się mu wynosić.
Wtedy był już przytomny, docierało do niego, co mu powiedziano. Wyszedł szybko i widać było, że mu wstyd... W międzyczasie siostra odwiedziła łazienkę w celu poszukania tam "śladów zbrodni". W końcu skąd nagle wziął wódkę?
Nie znalazła tam żadnej pustej butelki po trunku alkoholowym. Przy zlewie stało za to puste opakowanie po płynie do płukania ust. Na opakowaniu widniało, że płyn jest na alkoholu. Rano opakowanie było prawie pełne. Może wypił coś jeszcze? Kto wie... w każdym razie to jedno opakowanie rzuciło się w oczy.
To wszystko brzmiało komicznie, gdy siostra zdawała mi relację, ale w sumie to jest smutne. Podobno na trzeźwo to był kulturalny i solidny facet, na oko przed 30-stką. A alkohol z ludźmi takie rzeczy wyprawia...
Sytuacja zdarzyła się dobrą dekadę temu. W naszej paczce pojawił się gość o imieniu Kuba. Wielki kawał chłopa, łapy jak bochenki chleba, tatuaże, kolczyki. Wbrew pozorom, był to typ człowieka, który nie skrzywdziłby muchy. Co więcej - to on zawsze był pierwszy do przeprowadzania staruszek przez jezdnie, czy zdejmowania kotków, co to utknęły gdzieś wysoko na drzewach. Ilość bezdomnych psów, które zbierał z ulicy i którym potem szukał domów była nawet trudna do zliczenia. Do każdego człowieka zawsze podchodzi z empatią i szczerym uśmiechem. Nigdy nie widziałem go zdenerwowanego.
Koło miejsca, gdzie się uczyliśmy uchował się relikt ubiegłej epoki - sklepik spożywczy Społem. I to taki archetypowy - ze śmierdzącymi brudną szmatą kafelkami, niezbyt świeżymi wędlinami dojrzewającymi w słabo chłodzonej ladzie i co najważniejsze - ze sprzedawczyniami, które pamiętały jeszcze przemówienia Gomułki. Wiadomo - na nogach łapcie, na opasłych brzuchach sine fartuchy, a pod nosami dorodny wąs. Szczególnie jedna z tych pań słynęła z wyjątkowego chamstwa i absolutnego braku szacunku do klientów.
Zdarzyło się, że Kuba zechciał kupić sobie w tymże sklepie batonika. Wszedł więc do środka i jeszcze zanim zamknął za sobą drzwi, krzyknął z uśmiechem na ustach swe jowialne:
- DZIEŃ DOBRY!
Ekspedientka rzuciła w niego pogardliwe spojrzenie, po czym ostentacyjnie odwróciła się, aby od niechcenia poprzesuwać sobie konserwy mięsne na półce.
Kuba podszedł do lady i z tym samym serdecznym uśmiechem powtórzył:
- DZIEŃ DOBRY!
Babka burknęła coś pod nosem, chwyciła ścierę i niespiesznie zabrała się do przecierania blatu, lekceważąc zarówno klienta, jak i jego radosne powitanie.
- DZIEŃ DOBRY! - ryknął ciągle uśmiechnięty Kuba.
Sprzedawczyni skończyła przecierać blat, a następnie wytoczyła się na zaplecze, aby odłożyć ścierkę. Po chwili wróciła i leniwie przyczłapała do kasy. Wreszcie spojrzała na Kubę i sapnęła:
- Czego?
Klientowi nawet nie drgnęła powieka, a uśmiech na jego twarzy ani przez chwilę nie ustąpił miejsca grymasowi złości. Ciągle z radosnym wyszczerzem mieniącym się na obliczu, Kuba zamaszystym ruchem rzucił batonikiem prosto w czoło babiszcza (PUK!), a następnie grzecznie ukłonił się i rzekłszy donośnie:
- DO WIDZENIA!
...wyszedł ze sklepu.
Naprawdę szkoda tracić nerwy na ludzi, dla których niemożliwym wysiłkiem jest odpowiedzenie na szczere powitanie.
Dodaj anonimowe wyznanie