Mój wujek jest lekarzem, prawdziwym szamanem.
Wystawiał sobie zwolnienia i nie przychodził do roboty, więc go zwolnili, ale on ich podał do sądu i nie stawiał się na rozprawy, ze względu na swój słaby stan zdrowia - miał na to papiery, które sam sobie wypisał.
Prawdziwy magik!
Takie rzeczy, tylko w Polsce.
W te wakacje będę miała obronę pracy magisterskiej. Pięć lat studiów spędziłam w swoim mieście, w rodzinnym domu. Cały czas mieszkałam (i wciąż mieszkam) z rodzicami w wynajmowanej kawalerce. Nigdy nam się nie przelewało, toteż w ramach możliwości łapałam się prac tymczasowych - zaczynając od ulotek jeszcze przed pełnoletnością. Mam bogaty zakres doświadczenia zawodowego, chociaż głównie były to typowo studenckie fuchy. Dość marne pensje, ale zawsze miałam dość duże (jak na mój wiek i wyobrażenia ;] ) oszczędności na koncie.
Patrząc na wymagania społeczne i zapominając o problemach absolwentów na rynku pracy... Niedługo przydałoby się znaleźć "normalną" pracę, na "normalną" umowę. Tylko, że... Ah, boję się jej szukać. Problemem nie jest to, że nie byłoby dla mnie oferty. O tym aż tak nie myślę. Po prostu przeraża mnie stała pensja i wynikające z tego możliwości kredytowe. Związane jest to z tym, że mama wielokrotnie twierdziła, iż po znalezieniu przeze mnie pracy pójdziemy do banku i weźmiemy kredyt hipoteczny. To znaczy ja wezmę, a rodzice będą mi "pomagać", bo "sama se nie poradzisz". Oczywiście za cenę mieszkania pod jednym dachem i ich rezygnacji z wynajmowania czegoś.
W czym problem? Nie chcę dalej dzielić domu z ojcem alkoholikiem. Tak, może i jestem niewdzięczna za te wszystkie lata utrzymywania mnie... Ale nie dam rady tak dłużej żyć. Jego problemy już za bardzo odcisnęły się na mojej psychice (jestem DDA, dziecko niewidzialne), do tego rosnące zadłużenia mogące mieć wpływ i na mnie.
Mam przeczucie, że jak powiem "nie", to zostanę skreślona jako córka. A nie chcę wciąż płacić za nieporadność życiową moich rodziców. Szukam jedynie wolności, spokoju, a wiem że tylko bez nich potrafiłabym do tego dojść...
Każdy ma swoje ulubione zapachy. Czasem są one dziwne, prawda? Ja uwielbiam zapach mojego psa. Kiedy leży koło mnie albo siedzi na moich kolanach, lubię wąchać jego uszy i grzbiety przednich łap. Ich zapach jest tak uzależniający, że nie wyobrażam sobie, iż miałabym przestać to robić tak w ogóle. Trudno byłoby mi wytrzymać dzień bez sztachnięcia się psim zapachem.
To już nawyk. Każdy zużyty tampon wsadzam pod strumień wody, a następnie z impetem ją wyciskam. Czuję się wtedy jak morderca, który rozorał swoją ofiarę.
U znajomych też tak robię, drodzy Anonimowi.
Gdy piszę z jakimś kolegą na messengerze i on mi da znać, że jest z kolegami/kolegą, lubię sobie myśleć, że pokazuje jemu/im moje zdjęcie (w tym kółeczku chociażby) i mówi coś typu "patrz/patrzcie z jaką laską piszę". :')
Nigdy nikomu o tym nie powiem.
Studiowałem na kierunku z około setką ludzi (co roku ktoś odpadł, ktoś doszedł, ale zawsze było to ok. 90-110 osób) na jednym z lepszych polskich uniwersytetów. Byłem pewnym ewenementem, ponieważ udało mi się łączyć bardzo dobre oceny (przez trzy lata byłem najlepszym studentem na roku, później było gorzej, ale nadal byłem w pierwszej piątce) z imprezowaniem. I to dosyć poważnym imprezowaniem. Zdarzało się, że dwa-trzy razy w tygodniu budziłem się na kosmicznym kacu, a mimo to ruszałem przygotowany na zajęcia, byłem aktywny, zdawałem śpiewająco wszystkie wejściówki i kolokwia. Dwa razy poszedłem na egzamin jeszcze dosyć wstawiony (skończyliśmy imprezę ledwo 3-4 godziny przed nim). Otrzymywałem także wysokie stypendia naukowe i specjalne, które umożliwiały mi mniej lub bardziej poważne szastanie kasą. Moi kumple zawsze zachodzili w głowę, jak to możliwe? Przecież dzień wcześniej widzieli, jak mój organizm przyjmuje 5, 6 lub nawet 8 piw lub 0,5 l wódki, a co rano świeży, umyty, ogolony i dobrze ubrany stawiam się na zajęciach, radzę sobie ze wszystkim świetnie. Myślę, że po prostu miałem wielki talent do zdobywania wiedzy na tym konkretnie kierunku. Nie raz i nie dwa słyszałem, że ktoś chciałby móc tyle wypić i nadal zdobywać prawie same piątki.
Uczelnię opuściłem sześć lat temu po studiach magisterskich (miałem propozycję doktoratów od trzech profesorów, ale nie interesowały mnie one). Ostatnio spotkałem się z dwoma kumplami i jedną koleżanką ze studiów (z każdym z nich z osobna). Wszyscy oni wspominali mój wielki talent do łączenia skutecznej nauki z melanżami i pytali, czy dziś tak samo robię z pracą (nie, nie robię, bo to jednak coś innego, do tego człowiek już dorósł na dobre i jest poważniejszy). Mało tego - rok temu poznałem chłopaka, który był wówczas na ostatnim roku tego samego kierunki i na tej samej uczelni co ja. Ponoć do dziś studenci wspominają tam "tego X (tu moje imię, dosyć rzadkie), który kilka lat temu co dzień wieczorem chodził na bani, a mimo to miał świetne stopnie i skończył studia z wyróżnieniem" :D
Chciałam się Wam "pochwalić" zmorą mojego dzieciństwa.
Kojarzycie Teletubisie? Cztery kolorowe potwory, które razem ze swoim psychodelicznym kolegą odkurzaczem zrujnowały mi życie w przedszkolu.
Zaczęło się od tego, że panie przedszkolanki organizowały nam seansy filmowe. Wiecie, stary, mały telewizor z "dupą", sala pełna czterdziestu krzyczących dzieciaków i one... Te potwory. Wszystko było w porządku, dopóki siedziałam z tyłu sali - zawsze sobie kimnęłam albo zajęłam się czymś innym. Jednak pewnego dnia przedszkolanki weszły w potajemny spisek z Teletubisiami i siłą posadziły mnie w pierwszym rzędzie pod telewizorem. Na nic były moje prośby, krzyki, płacze. Jak tylko usłyszałam dźwięki tej pieprzonej bajki, wpadłam w jakąś histerię i wybiegłam z sali. Któraś ze wspaniałomyślnych przedszkolanek zadzwoniła po moich rodziców twierdząc, że jestem dziwna, bo boję się oglądać bajki.
I mogłabym tu zakończyć historię, ale cała ta sytuacja sprawiła, że po nocach śniły mi się te małe kurewskie potwory, biegające za mną po całym domu ze swoim zawsze ssącym wszystko co stanie mu na drodze odkurzaczem. Nigdy już nie oglądnęłam Teletubisiów... A jak tylko widziałam coś, co związane z nimi, wpadałam w histerię, jak debil. I nigdy się nikomu nie przyznałam do swojej traumy.
Wczoraj poszłam do sklepu i ukradłam jedną pistację.
Cześć! Mam 23 lata i jestem mężczyzną.
Nigdy nie miałem szczęścia do dziewczyn, może z powodu tego, że nawet nie szukałem.
Rok temu poznałem świetną dziewczynę. Piękna, inteligentna, bez nałogów. Było nam razem świetnie, pierwsze pocałunki itp. Pewnego nudnego dnia zadzwoniłem do mojej ukochanej, żeby zabrać ją do jakiejś restauracji. Gdy szliśmy ulicą nie wiadomo skąd przybiegła jakaś zapłakana dziewczyna krzycząc, że jestem szmatą, i że ona mnie kochała, myślała, że jestem inny niż wszyscy mężczyźni. Moja ukochana uwierzyła tamtej kobiecie i kontakt się urwał.
Najciekawsze jest to, że Agata (ta, którą zabrałem do restauracji) była moją pierwszą dziewczyną...
Chodzę do drugiej klasy gimnazjum.
Ostatnio na lekcji biologii siedziałam wraz z moją przyjaciółką - Weroniką. Przypomniała się nam bardzo śmieszna sytuacja, dlatego zaczęłyśmy się śmiać. Lekcja biologii dobiegła końca. Na następnej lekcji, czyli matematyce, ja i moja przyjaciółka zostałyśmy wezwane do dyrektora. Byłyśmy zdziwione, ponieważ obie nigdy nie sprawiałyśmy żadnych kłopotów, dobrze się uczyłyśmy i dla każdego byłyśmy życzliwe.
Wchodzimy do gabinetu dyrektora, dyrektor zamyka drzwi i z surową miną pyta: "Co brałyście?". Stałyśmy jak wryte. Zapytałyśmy o co chodzi, skąd te podejrzenia?
Otóż nasza nauczycielka biologii uznała, że jesteśmy pod wpływem narkotyków.
Uważajcie, jeśli śmiejecie się w szkole. Zaraz ktoś oskarży was o zażywanie narkotyków.
Dodaj anonimowe wyznanie