Sytuacja miała miejsce kilka lat temu. Zanim wyszłam do szkoły, udałam się na spacer z psem. Tuż przy moim domu znajduje się przystanek, na którym jakiś mężczyzna czekał na autobus. Mój piesek zawsze łasi się do nieznajomych, tym razem było tak samo. Facet od razu zwrócił uwagę na psiaka, pogłaskał go, po czym zagadał do mnie. Nieznajomy okazał się bardzo sympatyczny. Przedstawiliśmy się sobie, wymieniliśmy parę zdań, po czym pożegnałam się z nim, bo spieszyłam się na zajęcia. Zupełnie zapomniałam o całej sytuacji.
Parę dni później sprzątałam w domu, wystrojona w jakieś stare, wytarte dresy, włosy miałam związane trochę byle jak, do tego byłam bez makijażu - któtko mówiąc wyglądałam bardzo niekorzystnie, no ale kto się stroi do porządków w domu? Zgarnęłam worek ze śmieciami i poszłam go wyrzucić. Wychodzę na klatkę schodową, a tu nagle widzę nieznajomego sprzed tygodnia! Trochę się zdziwiłam na jego widok i aż mi się głupio zrobiło, że zastał mnie w takiej odsłonie. Już miałam się z nim przywitać, a on nagle rzucił: "Przepraszam, w którym mieszkaniu mieszka Monika?" Facet nawet mnie nie poznał :D
Kiedy chodziłam do podstawówki, nie byłam zbyt popularna. Nikt się ze mnie nie śmiał, ale byłam raczej cieniem, na który nikt nie zwracał większej uwagi. Idąc do liceum, postanowiłam to zmienić.
W tamtym czasie uwielbiałam amerykańskie seriale, a kiedy trafiłam na "Przyjaciół", tak się zafiksowałam, że obejrzałam wszystkie sezony za jednym zamachem (nadal uwielbiam ten serial i oglądam go regularnie). Wtedy uświadomiłam sobie, że chcę być jak bohaterowie tego dzieła, w każdym momencie sypać dowcipami, z których wszyscy się śmieją. Tylko że sama tak nie potrafiłam. Wzięłam więc zeszyt i zapisywałam w nim najlepsze teksty.
Będąc już w liceum, przy każdej rozmowie bazowałam na moim scenariuszu. Używałam tekstów i powiedzonek moich ulubionych postaci i tak stałam się "duszą towarzystwa", wszyscy mnie lubili, byłam czymś w rodzaju klasowego śmieszka. Nikt nie wiedział, że nad moimi powiedzonkami pracował sztab amerykańskich scenarzystów. Po jakimś czasie porzuciłam mój kajecik, ale zauważyłam, że rozmawianie z ludźmi i żartowanie przychodzi mi o wiele łatwiej niż wcześniej
Koniec końców, moi przyjaciele uwielbiają moje poczucie humoru, rodzice dziwili się skąd taka nagła zmiana, a ja oglądam "Przyjaciół" z jeszcze większym entuzjazmem niż dotychczas, bo, w pewnym sensie, ten serial zmienił moje życie.
Dwa dni temu, po zajęciach z fizjologii człowieka, czekałam na ciocię w samochodzie zaparkowanym na chodniku pod szpitalem. Zamawiała leki na oddział, trochę to trwało - ja w tym czasie siedziałam po ciemku i słuchałam muzyki (i śpiewałam sobie cicho).
Nagle moją uwagę zwraca mężczyzna, który staje na chodniku i zaczyna się nerwowo oglądać na boki. Po chwili sięga w kierunku rozporka (przerażona myślę, że zboczeniec jakiś i zamykam zamek w drzwiach), a on wyjmuje "przyjaciela" i pewny, że nikt go nie widzi, z wyraźną przyjemnością na twarzy zaczyna sikać.
Nie mogłam się powstrzymać... Puknęłam w szybę :D Jego mina bezcenna, uciekł z interesem na wierzchu :D
Mam dość tego, że mając 18 czuję jakbym był nieporadny życiowo, a wszystko przez rodziców.
Są z reguły bardzo nadopiekuńczy, więc zawsze słyszałem rzeczy pokroju "nie, ja to zrobię", "zostaw, bo nie umiesz". Gdybym mjał przynajmniej z nimi jakąś dobrą relację, ale niestety rak nie jest. Ja naprawdę chciałbym w końcu nauczyć się robić rzeczy, które faktycznie przygotują mnie do wyprowadzki i pójścia na swoje. Gotować nie umiem, pierwszy raz robiłem sobie jakiś obiadowy posiłek samemu dopiero rok temu.
To nie jest tak że ja bym nie chciał się ogarnąć w tych rzeczach, po prostu nie mam na to warunków. Bardzo nie pomogła pandemia, przez którą oboje rodzice pracują obecnie zdalnie i siedzą w domu w zasadzie cały dzień. Nie ma mowy o jakimkolwiek robieniu sobie samemu obiadu, były próby z mojej strony, ale kończyło się to na "PO CO TO ROBISZ, OBIAD JEST GOTOWY JAK JESTEŚ GŁODNY"...
Do tego dochodzi dość mocne ingerowanie w moje szafki; tyle razy mówię, że sam sobie to pranie schowam to nie dociera, potem nie umiem nic znaleźć bo jestem przyzwyczajony do mojego ułożenia rzeczy. Tak samo z pakowaniem. Wszelkie wyjazdy do dziadków czy dalej to wyręczanie mnie nawet w pakowaniu moich własnych rzeczy.
Do matki nie dociera przy tym, kiedy w ogóle chcę ubrać coś według własnego uznania a nie jej. Ona ma totalnie inną ciepłotę ciała, więc jest ciągłe walczenie, że potrafię SAM się ubrać w to, w czym MI jest dobrze. Nawet dziadkowie widzą ten problem, sami mówią, żeby "odcięła w końcu pępowinę", ale że nie mieszkamy z dziadkami razem to niewiele to daje.
Traktują mnie jak dziecko, nie potrafią zrozumieć, że może jednak mam trochę nauki w maturalnej, zdarzyło mi się zasnąć przy świetle nad lekcjami, u kuzyna taka sytuacja kończyła zrozumieniem, u mnie zwykłym opierdolem i zabraniem telefonu.
Tak, to co mam z tej mojej nauki to głównie opierdol, mimo średniej powyżej 5,0 co roku (tak, wiem że to nic później nie daje), mam wrażenie że już za duże oczekiwania względem mnie sam im narzuciłem i z tym już nic nie zrobię.
A propo oczekiwań, powiedziałbym, że za dzieciaka byłem przez nich pchany na przesadnie dużą ilość zajęć pozaszkolnych, ale w sumie to nie protestowałem, podobały mi się. Jednak jak z perspektywy czasu patrzę, to szkoda że zamiast tego nie spędzałem czasu z innymi na dworze jak reszta, mam obawy że to mogło znacząco wpłynąć na wykształcenie się moich problemów z relacjami społecznymi, ale to temat na osobną historię.
Myślę sobie, czy gdyby nie ta ich praca zdalna, to było by lepiej, mógłbym być bardziej niezależny, bo lubię to. A teraz to nawet nie mam jak znajomych do domu zapraszać. Mam potrzebę do autonomii, a nie mam nawet przestrzeni, żeby się rozwinąć.
Sory za ten żalipost, ale musiałem to w końcu z siebie wyrzucić, a naprawdę nie wiem, co mam ze sobą zrobić.
Wakacje przed trzecią grupą przedszkola spędzałam u babci. Był tam też mój brat, Paweł, który właśnie miał zamiar zacząć 3 klasę. Na ogrodzie babci rosła forsycja, której gałęzie można było do woli ścinać. Tak więc Paweł wystrugał z niej kilka kijów, i jako że w okolicy nie było innych dzieci, postanowił naparzać się kijami właśnie ze mną. Jednak ja wolałam bawić się lalkami niż "walczyć na miecze". Co zrobił mój zaradny brat? Opowiedział mi o szkole.
Otóż w jego wersji klasy były małymi państwami. Każda pierwsza klasa na początku wybierała króla (w klasie Pawła był nim oczywiście on sam), który decydował kto będzie rycerzem, kto dwórką, kto księgową, a kto będzie sprzątał. Następnie klasa zawierała sojusze bądź wypowiadała wojny innym klasom. Podczas wojny dochodziło do bitew, gdzie walka toczyła się na śmierć i pojmanie. Osoby pojmane zostawały niewolnikami i jak na niewolników przystało, harowały jak woły. Kraina, w której się to odbywało nazywała się oczywiście Pawłolandia.
Moja mama zaczęła się starać o posłanie mnie do szkoły rok wcześniej, co było koronnym argumentem Pawła. Według niego takie małe chucherko jak ja przegra wojnę i zostanie niewolnikiem. Dlatego wmówił mi też, iż mogę zostać księgową w jego królestwie (a to wiązało się z nauką liczenia, co było moim marzeniem), a następnie księżniczką. Jednak aby to się stało, muszę dużo ćwiczyć, tak aby wygrać przynajmniej kilka pojedynków i nie dać się zabić. Nie mogłam także informować mamy, ponieważ przestraszyłaby się, zostawiła mnie w domu i niczego bym się nie nauczyła.
Tak oto ja, naiwna, wierzyłam mu i przez cały rok naparzałam się kijami z Pawłem. Potem w szkole zrodziło to wiele nieporozumień, ale nie żałuję, bo nadal, gdy dostanę kij do ręki, mogę nim znokautować przeciwnika.
Czuję się sfrustrowana. Mieszkam z chłopakiem. To zawsze był trudny związek, on zawsze miał charakter księżniczki, ale nadrabiał innymi cechami charakteru i zdecydowałam się z nim być. Można z nim porozmawiać o wszystkim, ale stawianie mu jakichkolwiek wymagań nie jest łatwe. I tak mogę z nim porozmawiać, że coś mi wadzi, ale z reguły poprawa jest chwilowa, minimalna lub chwilowa i minimalna. W dodatku takie rozmowy zawsze psują mu humor. I jest jedna taka rzecz... Ja wciąż jestem czystą, zadbaną dziewczyną, on wciąż jest... Chłopakiem, bo ani zadbany, ani czysty to on już nie jest. Można powiedzieć, że zaakceptowałam, że prawie o siebie nie dba. Przestał ćwiczyć, znacząco utył, ogoli się raz na parę dni. Jest jednak jedna rzecz, której zaakceptować nie potrafię. Przestał się myć wieczorami. Tylko rano. Wiem, że są ludzie, którzy tak funkcjonują, jednak mnie jest nieprzyjemnie kłaść się czysta do łóżka obok lepkiego od potu, nieświeżego faceta. Zaczynam czuć do niego niechęć i obrzydzenie, coraz mniej chce mi się z nim kochać. Rozmawiałam z nim o tym. Nie raz. I dla mnie spoko, że czasem by wziął prysznic tylko rano, bo jest bardzo zmęczony czy coś, ale nie codziennie. Jednak on próbuje na mnie zwalić, żebym go codziennie prosiła, żeby poszedł się dziś umyć. Ale nie za wcześnie (bo bez sensu tak wcześnie) ani nie za późno (bo wtedy już mu się nie chce). A i tak jak już go poproszę wprost, to stwierdza, że dziś akurat już jest za późno i jest zmęczony i mu się nie chce. I chce, żebym się do niego przytulała, takiego lepkiego i woniejącego. Nie wiem już jak z nim gadać. Nie chcę iść na wojnę, bo wiele nas kosztowało uzyskanie obecnej względnej równowagi, ale nie chcę też kłaść się obok śmierdziela. Zwłaszcza że jak tak robi, to pościel też zaczyna bardzo szybko pachnieć nieświeżo. Raz go przycisnęłam, to udało mi się go zmusić do mycia się przez tydzień. Heh.
Od zawsze mam tak, że chciałabym, aby każdy mi współczuł. Jestem osoba nieśmiałą i z jednej strony nie lubię być w centrum uwagi, ale z drugiej cieszy mnie to, kiedy cała uwaga skupia się na mnie. Kiedy przebywałam w szpitalu, wszyscy się o mnie martwili i wypytywali. Gdy coś mi się stanie, każdy mi współczuje. Nie lubię kiedy komuś dzieje się coś złego, bo wtedy inni ludzie mówią "Bardzo mi go szkoda. Martwię się o niego". Nieraz mam myśli, aby potrącił mnie samochód, abym miała wypadek lub zachorowała na coś poważniejszego. Tylko po to, aby inni mi współczuli i martwili się.
Nie mam pojęcia dlaczego tak jest. Nigdy nie brakowało mi uwagi ze strony rodziców ani nic z tych rzeczy.
Rzecz działa się w okolicach milenium, kiedy to miałem 12 lat. Moje osiedle składało się z dwóch bloków, a między owymi blokami rósł dziki sad, który posłużył nam, czyli mi i moim ówczesnym ziomalom w podobnym wieku, do zbudowania domku na drzewie.
Jako że byliśmy wtedy jeszcze młodą ekipą, tak w naszych szeregach zagnieździł się osobnik, który był mały rozmiarem, ale najwięcej darł mordę. Taka typowa zropiała gnida, która wszystko wie najlepiej. Jego niefart polegał na tym, że mieszkał w ostatniej klatce, na ostatnim piętrze.
Pewnego letniego dnia, podczas typowych zabaw w owym sadzie, wspomniany wyżej osobnik odczuł, iż stolec mu się już uformował i musi czym prędzej pozbyć się zbędnego balastu. Droga nie była prosta, bo bieg na czwarte piętro w tym momencie to jednak ryzyko, więc po krótszym namyśle sprawę załatwił w okolicznym agreście.
Jakież było jego zdziwienie, kiedy nazajutrz podczas zabawy w podchody schował się w nieszczęsnym agreście, włażąc we własne gówno :D
Poznałem w internecie (Facebook konkretnie) kilka lat starszą ode mnie Agatę. Szybko się rozwinęła nam rozmowa w niedzielę, a w sobotę byłem już w jej mieście na pierwszym spotkaniu, które skończyło się tym, że zostaliśmy parą, co wyszło z mojej inicjatywy.
Na początku znajomości wyszła pewna sprawa.
Była w związku, który chciała przerwać, mieszkała z facetem, którego nienawidziła, a przynajmniej wtedy tak twierdziła. Zerwała z nim chwilę po zawarciu naszej znajomości i skupiliśmy się na sobie. Było świetnie, bo to była pierwsza moja taka poważniejsza relacja po trzech latach przerwy, a w dodatku wszystko się układało, byliśmy jak bratnie dusze i ludzie też to odczuwali, przynajmniej do czasu...
W czasie kiedy minął drugi miesiąc związku, w piątek wieczorem otrzymałem telefon od szefa, że mnie zwalnia. Nie podając powodu.
Agata wówczas była na wyjeździe na Mazurach, ale starała się mi pomóc, zaproponowała nawet pomoc finansową, na co początkowo nie przystałem bo nienawidzę kiedy w takiej relacji wchodzą pieniądze na stół.
To zapoczątkowało pierwszy kryzys, który jednak uratowałem marnując nockę i szkołę żeby do niej pojechać (mieszaliśmy od siebie ponad 100 km).
Od tamtej pory było znowu dobrze, do momentu kiedy do niej przyjechałem i w tym samym momencie się rozchorowaliśmy, a ja zostałem u niej na ponad tydzień...
Po upojnej nocy, w niedzielę popołudniu wstaliśmy i zaczęło się od tego, że po ugotowaniu obiadu skubnęła jego kawałek i przestała na mnie w większym stopniu reagować. Nasza komunikacja spadła do minimum i nadeszła noc wtorek/środa kiedy powiedziała "potrzeba przerwy". W środę od niej wróciłem...
W poniedziałek rano zadzwoniła i zakończyła relację przez telefon. Uznała, że dla niej za szybko to idzie i musi zająć się sobą, tylko tutaj zaczynają się schody...
Spotkanie przesuwa do dnia dzisiejszego i ma ciągłe wymówki, jej zeznania są niespójne, mówi że skupia się na sobie, a potem pisze, że ciągle imprezuje ze znajomymi i ucieka w pracę, generalnie wygląda na szczęśliwą i nie ma wyrzutów sumienia. Dzisiaj mnie zablokowała i nagle stwierdziła, że ma mnie dosyć.
Jej głównym powodem był fakt, że nie była w stanie uprawiać ze mną seksu bo ciągle miała przed oczami byłego i "błąd z nim popełniony" (nie wiem naprawdę do dzisiaj o co chodzi). Powiedziałem jej, że mi na tym nie zależy, ale tak się sfrustrowała, że nawet jednego dnia się kompletnie nie odzywała. Boli mnie najbardziej, że seks był jednym z głównym powodów rozstania.
Nie radzę sobie z tym, od miesiąca nie pracuję, zaniedbuję wszystko i całe dnie leżę w łóżku chociaż zacząłem w czwartek wizyty u terapeuty. Nienawidzę siebie i czuję się wykorzystany przez nią. W ciągu dwóch dni zniszczyła wszystko co tak chcieliśmy osiągnąć...
Ze swoim partnerem jestem od 8 lat w związku. Mój Arek to pierwszy chłopak i to z nim przeżywałam pierwsze randki, całusy, a także intymne zbliżenia.
Ostatnio byłam z najlepszymi przyjaciółkami na imprezie w klubie. Tańczyłyśmy głównie razem, ale raz na jakiś czas trafiał się jakiś gościu, z którym któraś z nas tańczyła. Oczywiście wszystko w granicach przyzwoitości, żadnego macania ani ocierania się.
Po czwartym drinku zaczęło mi szumieć w głowie, a na horyzoncie pojawił się on. Facet wyglądał jak ucieleśnienie mojego ideału. Nie wyglądał jak model na okładce magazynu, nie był wymuskany. Po prostu miał coś takiego w sobie, że nie mogłam od niego oderwać wzroku. Nogi mi mięķły. Chyba to wyczuł albo mu się spodobałam (jakaś brzydka nie jestem), bo z końca sali przeszedł, by ze mną zatańczyć. Ale jak on szedł! Wzrok miał utkwiony we mnie, nie widział innych ludzi, przechodził przez tłum jak Mojżesz przez Morze Czerwone. Nigdy, przenigdy tak nie miałam, po prostu czułam, że płonę. Taniec z nim był dziwny, taki bardzo intymny, bliski, ale bez macanek i ocierania. Oparł się głową o moje czoło i niemal leniwie kiwał się na boki, mocno mnie trzymając. Jego zapach, dotyk... wszystko na mnie działało. Dotknął mojego łańcuszka i spytał, czy od ukochanego, ale zaprzeczyłam. Potem poszliśmy na taki prowizoryczny tarasik i przy drinku rozmawialiśmy ze sobą. Po trzech godzinach zapytał mnie o numer i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że w domu ktoś na mnie czeka. Nie dałam mu numeru, szybko się zmyłam. Wiem, że on mnie szuka. Wypytywał o mnie moje koleżanki, pisał na spotted, jednej mojej przyjaciółce wyznał, że jeszcze nie spotkał takiej kobiety.
A ja po prostu czuję się jak szmata, pomimo że do niczego nie doszło, a chłopakowi powiedziałam, że tańczyłam z innym (nie miał mi za złe). Non stop myślę o tamtym facecie, nie daje mi spokoju. Jestem jednocześnie zła na siebie, bo mam fantastycznego faceta, a z drugiej strony rozpiera mnie żal, że nie mogę nic zrobić z tamtym.
Nie zrozumcie mnie źle, jestem atrakcyjna, zdarza się, że mężczyźni mnie podrywają, ale spływa to po mnie jak po kaczce. A w tym przypadku mam totalny mętlik w głowie i ciągle myślę, że chciałabym chociaż jednej nocy z tamtym. Wiem jednak, że w życiu nie skrzywdzę tak swojego partnera.
Dodaj anonimowe wyznanie